Close
Close

“Spring Breakers” – podręcznikowy przykład słabego filmu

Skip to entry content

Zobaczyłem trailer, chciałem się odmóżdżyć i poszedłem. I co? I jeśli uważasz, że „Bejbi blues” było tragiczne to masz rację, ale „Spring Breakers” jest jeszcze gorsze. Powinni to puszczać tylko skazańcom jako gra wstępna do kary śmierci i studentom reżyserii, żeby wiedzieli jak wygląda podręcznikowy gniot.

Nigdy nie miałem ambicji być wykładowcą, ale na potrzeby tego wpisu poudaję, że jestem. Drogi przyszły twórco filmów, jeśli chcesz stworzyć toporną kaszanę, to:

 

Po pierwsze: daj tyle cycków, żeby widz zaczął sie nimi męczyć

Cycki, to główny motyw wizualny filmu. Obraz zaczyna i kończy się gołymi cyckami. Ogólnie to nic nie mam do piersi. Serio. Więcej, jestem ich wielkim fanem! Ale kto miał mikroekonomię, ten wie, że użyteczność krańcowa do pewnego momentu rośnie, po czym spada.

Co to oznacza dla humanisty? Znaczy to tyle, że jeśli widzisz parę gołych cycków raz na jakiś czas, to jest okej. Jeśli widzisz je w miarę systematycznie to jest fajnie, a jeśli masz je na zawołanie to super. Jeśli jednak jesteś permanentnie osaczony przez nagie biusty, to masz ich dość! Myślisz, że to nie możliwe? Spróbuj obejrzeć „Spring Breakers”.

 

 Po drugie: przez 70% filmu puszczaj przejmującą muzykę

Kojarzysz ten moment w filmach, gdy lecą ciężkie smyczki z rozmytym pianinem w tle? Na przykład główny motyw z „Incepcji”? Taka mega przejmująca muzyka, informująca o chwili znaczącego przestoju w filmie, po której coś się stanie? Kojarzysz, no nie? Super, to teraz wyobraź sobie, że w „Spring Breakers” ten motyw grają przez większość filmu, przy czym wyczekiwane „coś” nie następuje.

Efekt jest taki, że wychodzisz z kina bardziej zamulony, niż po obejrzeniu pełnej relacji z pogrzebu księżnej Diany.

 

Po trzecie: ułóż dialogi, które będą oczywistsze, niż dzień po nocy

Kiedy głównym postaciom chce się sikać, mówią, że chce im się sikać. Kiedy źle się czuja, mówią, że źle się czują. A kiedy widzą wydziaranego latyno-amerykańca z grillem na zębach, w ztuningowanej furze za pół miliona, pozującego na gangstera, mówią, że widzą mężczyznę w aucie. Przez 92 minut nie trafisz na ani jeden dialog, który mógłby Cię czymś zaskoczyć. Ani jeden.

 

Po czwarte: powtarzaj monologi do znudzenia

Jak już wiesz z akapitu powyżej, dialogi są głębokie i nietypowe. Monologi również.  I to na tyle, że trzeba je powtarzać. Na przykład kilka razy pod rząd. Autor założył, że przeciętny widz nie wyczuje ironii w 3-krotnie powtórzonym sloganie, więc trzeba wałkować go ile się da. Najlepiej do momentu, w którym wyjdziesz z kina i w myślach będziesz słyszał echo „ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie”.

 

Po piąte: powtarzaj sceny do znudzenia

W akapicie powyżej zamień słowo „monolog” na „ujęcie”, a „slogan” na „scena”.

 

Po szóste: operuj kiczem i tandetą na takim poziomie, by nikt nie wiedział, czy to pastisz, czy nie

Ja rozumiem, że Harmony Korine chciał stworzyć satyrę. Że chciał wyśmiać tę popkulturowa modę na szybkie życie, przypadkowy seks i doświadczanie świata w wersji instant. Że „Spring Breakers” to miała być szydera. Że chciał obrzucić uśmiechem politowania zachłyśniętych drogimi ciuchami, elektroniczną muzyką i miękkimi narkotykami nastolatków. Ale cholera nie wyszło mu.

Nie wyszło mu jakby miał co najmniej zatwardzenie. W tym filmie jest i Selena Gomez (dziewczyna Justina Biebera) i Vanessa Hudgens (gwiazda „High School Musical”) i James Franco (ten z „127 godzin”). Są pistolety, coś co przypomina kokainę i piosenki Britney Spears. Jest tyle kiczowatych i niepasujących do siebie elementów, przedstawionych w silący się na realizm sposób, że nie odbierasz tej mieszanki jako satyrę. Odbierasz ją jako słaby, nieudolnie zrobiony film.

Przez pierwsze 30 minut zastanawiasz się „kiedy się zacznie?”. Przez kolejne 30, siedzisz  zdołowany jak sezonowy emigrant po umocnieniu się złotówki, bo wiesz, że to ten typ filmów, które „się nie zaczynają”. Przez ostatnie pół godziny modlisz się o planszę z końcowymi napisami.

Nie polecam.

(niżej jest kolejny tekst)

Sprzedajne szafiarki! Zamiast pójść do normalnej pracy i bloga traktować jako poboczne hobby, jak lud przykazał, to ciągle reklamy i reklamy. I to za pieniądze! Konkursiki, gratisiki, rzygać się chce! Nie mają za grosz wstydu w sobie. Jak można chwalić się publicznie, że dostało się torbę Hilfigera za darmo? Żaden porządny człowiek by tak nie zrobił.

 

A aktorzy?

Aktorzy nie lepsi. Powinni grać do 70-tki w teatrach do pustej Sali, bo nikt oprócz Moniki Kamińskiej nie chodzi tam częściej, niż raz na życie. A tym się kariery medialnej zachciewa. Spoty telewizyjne, bilboardy, citylighty i ciągle nowe auta, droższe ciuchy i większe domy. Wszystko z reklam. Aktor to powinien grać, a nie być jakimś ambasadorem marki. Jak chce zarobić pieniądze, to niech pójdzie do pracy, a nie że jemu płacą za pokazanie się na imprezie.

 

A jak z muzykami?

Muzycy zresztą są jeszcze gorsi. Sprzedają się częściej, niż akcje WIG20. Tu jakaś pioseneczka do czołówki telenoweli, tam melodia do reklamy. Nie mówiąc już ciągłym product placemencie na klipach. Jak można zarabiać na robieniu teledysków? Przecież oni mi nie płacą, za to, że ja je oglądam, więc jak sami śmią brać za to pieniądze? Nienawidzę komercyjnych wykonawców. To, że bawię się przy ich muzyce, nie znaczy, że mogą zbijać na niej kokosy. To nieuczciwe!

 

To co jest uczciwe?

Uczciwa jest ciężka praca! Gdy idziesz na 10-godzinną harówę do roboty, której nienawidzisz. Gdy wstajesz na rozkaz budzika i wymiotujesz na myśl o pójściu do pracy. Dobry człowiek z zasadami powinien przeklinać poniedziałki i zachwycać się piąteczkami. I czekać z życiem zamkniętymi w szufladzie na weekendy i dni ustawowo wolne od pracy. A marzenia i ambicje głęboko zakopać za domem sąsiada, jak zdechłego chomika w 4-tej klasie podstawówki.

To nie przystoi, żeby prawa i znająca dobre obyczaje osoba, robiła na co dzień to co chce, a nie to co musi. Żeby kładła się spać przed świtem, a wstawała kiedy jej się zachce. Tak nie można! Szanujący się człowiek pójdzie do tyrki najpóźniej po studiach i będzie wypruwał sobie żyły, aż nie osiągnie wieku emerytalnego. Wtedy, może zasłużenie odpocząć i zacząć ścierać pleśń z odbytu przed dłuższą kąpielą. Bo tak robią godziwi ludzie, a nie mentalne prostytutki!

 

Na pewno?

A teraz zastanów się jeszcze raz, co oznacza „sprzedać się”? Czy sprzedawanie siebie, to robienie czegoś co się lubi, za pieniądze, które są bardziej, niż adekwatne do wysiłku włożonego w to? Czy może jednak sprzedawanie się, to robienie czegoś, czego się nienawidzi, tylko po to by mieć kasę?

Dziwka, nie jest dziwką dlatego, że to kocha, tylko dlatego, że nie ma wyboru. To już ustaliliśmy. Idąc tym tropem – Ty, wykonując pracę, która jest dla Ciebie udręka, tylko i wyłącznie z pobudek ekonomicznych, kim jesteś?

Prostytutka sprzedaje wbrew sobie swoje ciało, a Ty umiejętności. Czy naprawdę tak wiele Was różni?

Czemu więc nazywasz osobę, która interesuje się modą od 12-go roku życia, spędza pół dnia na śledzeniu nowych trendów i wkłada całe serce w tworzenie nowych stylizacji sprzedajną szmatą? Bo kocha to, co robi i jest w tym na tyle dobra, że ktoś chce jej za to zapłacić?

Czemu uważasz, że ktoś, kto poświęcił się pasji i żyje życiem, które wybrał, a nie tym które narzucili mu rodzice i społeczeństwo, sprzedaje się? On bierze pieniądze za umiejętności. Tak samo jak Ty. Z tym, że on szlifuje je z błyskiem w oku i fascynuje go to, co robi. W odróżnieniu od Ciebie.

Szafiarka może przebierać w ofertach reklamowych, Ty polecenia szefa musisz wypełniać wszystkie, więc kto tu jest sprzedajny, co?

Przy czym zakochiwać się na wiosnę?

Skip to entry content

„Chciałbym się zakochać na wiosnę albo chociaż kochać na łące” – to jedna z lotniejszy sentencji, jakie udało mi się ułożyć będąc nastolatkiem. Mimo, że dziś sam jestem dziadkiem, to popadanie w miłość i seks w plenerze, są wciąż dwiema najfajniejszymi rzeczami, które nieodzownie łączą się z nadejściem wiosny. Najnowsza płyta Timberlake’a jest świetną ścieżką dźwiękową do obu, dziś jednak opowiem Ci się tylko o tej pierwszej (bez paniki na drugą, też przyjdzie czas).

 

Popadanie w miłość

Kto choć raz nie był zakochany, ten nie wie czym życie w pełni jest. Kto choć raz nie zatracił się w drugiej osobie, ten nie wie ile kolorów zwykły dzień może mieć. Jakie pokłady energii może w sobie człowiek znaleźć. Jak niemożliwe może się możliwym stać. Jak przeszkody tracą na znaczeniu, jak problemy znikają, gdy serce rwie się z klatki za nią.

Gdy wiesz, że ona czuje to samo.

Każda miłość ma kilka stałych elementów, które powtarzają się niezależnie od miejsca i daty, a kawałki na „The 20/20 Experience” stanowią dla nich świetne tło.

 

Pierwsze wejrzenie

To ten moment, gdy minęła Cię na szkolnym korytarzu trącając torebką. Gdy rozkojarzona wpadła na Ciebie na uczelnianym kampusie, pytając gdzie jest ksero. Gdy wybawiła Cię z opresji, pomagając uruchomić ekspres do kawy, bo właśnie zacząłeś pierwszą pracę i nie miałeś pojęcia, że to ustrojstwo ma 15 trybów.

Widziałeś ją dosłownie chwilę (według naukowców 6,73 sekundy), a już uwiłeś jej przytulne gniazdko w swojej głowie. Nie wyrzucisz jej stamtąd choćbyś zrobił sobie lobotomię. Wiesz, że musisz ją spotkać, poznać i uwieść. Jesteś poza radarem racjonalnego myślenia. Odliczasz sekundy aż nastanie…

 

Pierwsza randka

Jesteś spięty jak baranie jaja. Wiesz, że to już za 32 godziny i zastanawiasz się ile razy powinieneś umyć zęby i wziąć prysznic do tego czasu, aby Twój oddech pozostał nieskazitelnie świeży, a fryz utrzymywał idealne ułożenie. W głowie tworzysz spektakularne scenariusze randkowych gaf jakie mógłbyś popełnić. Wymyślasz ich tyle, że starczyłoby na kolejne 5 sezonów „Big bang theory”.

W końcu się spotykacie. Oczy Ci się iskrzą jakbyś pół życia pracował jako spawacz. Rezolutnie rzucasz anegdotami jak rasowy showman i dziwisz się, że nikt nie bije Ci brawo, gdy ona się z nich śmieje. Rozpływacie się w rozmowie, czas zwalania i zastanawiasz się, czy trawa po której idziecie nie jest przypadkiem świeżo malowana, bo nie przypominasz sobie by przez poprzednie 20 lat była tak zielona.

Masz więcej pałera, niż największa elektrownia w Twoim województwie. Jarasz się nią nieprzeciętnie i czujesz, że ona Tobą chyba też, a postępujące stwardnienie rozsiane Twojego brata, to teraz temat na dużo dalszy plan. Spotykacie się codziennie. Co drugi dzień. No najrzadziej co trzeci i żyjecie w bajce Disneya, aż do momentu, gdy pojawi się…

 

Pierwszy zgrzyt

Mimo, że wariujesz, gdy odgarnia włosy rzucając dwuznaczne spojrzenie, to coś zaczyna być nie halo. Dociera do Ciebie, że jak ostatnio szliście na miasto, to tych Crocsów nie ubrała dla beki. Zauważasz, że składa przyjaciółkom życzenia przez Facebooka, albo co gorsza ma „Gangnam style” na dzwonku. Zastanawiasz się, czy to tylko niewielki defekt, czy spora ułomność, która będzie rzutować na całą relację.

W zależności jak duża jest rysa na jej porcelanowym posągu, który trzymasz w swojej głowie, chwila zwątpienia trwa dzień, tydzień lub nie mija wcale. Albo orientujesz się, że popuściłeś wodze fantazji i obiekt Twoich westchnień jest najzwyklejszą ze zwykłych dziewczyn, albo stwierdzasz, że mówienie „wziąś” zamiast „wziąć” wcale Ci nie przeszkadza i…

 

Zakochujesz się jeszcze bardziej

Zaczynacie sypiać częściej razem, niż osobno. Jadacie śniadania częsciej razem, niż osobno. Kolacje zresztą też. Rozmawiając ze znajomymi, czegokolwiek nie opowiadasz używasz liczby mnogiej, a nikomu z Twoich przyjaciół już nawet nie przyjdzie do głowy, że gdzieś mógłbyś wpaść sam.

Wszystkie kobiety dookoła zaczynają mieć małe cycki, grube dupy i krzywe nosy. Zresztą co ja mówię, nie ma innych kobiet. Jest tylko Twoja księżniczka, stado zakonnic i parę lesbijek. Gdyby zadzwoniła Penelopa Cruz i głosem dobrze wygrzanej kotki poprosiła o pomoc przy komputerze, to bez zastanowienia odesłałbyś ją do Piotra Koniecznego.

Jest Twoją Nefretete. Jest Wam dobrze razem. Świetnie! Lepiej, niż mógłbyś przypuszczać. Czujecie tę kosmiczną harmonię dusz. Zabiłaby za Ciebie, zamordowałbyś za nią. Nie ma nic ponad Was!

Mimo to, gdzieś głęboko, gdzieś w okolicach miejsca, w którym trzymasz wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, czujesz, że to nie może trwać wiecznie, bo…

 

Tylko niespełniona miłość jest prawdziwa

I choćbyś nie wiem jak zaklinał rzeczywistość i zmieniał układy planet, to wiesz, że to najbardziej gorzka z prawd jaką było Ci dane w życiu poznać.