Close
Close

Barcelona część III – Sangria, tortilla i rozkminy o Hiszpanach

Skip to entry content

Wróciłem do Polski już w zeszłą sobotę, ale pochłonęło mnie “Ognisko Kwietniowe” i chodzenie po lekarzach, z obawą, czy przypadkiem nie mam różyczki. Bo musicie wiedzieć, że w Krakowie od miesiąca szaleje epidemia i wielu moich kumpli (dorosłych gości jakby nie patrzeć) jest wykropkowana. A ja właśnie z Hiszpanii przywiozłem kropki. Na szczęście okazało się, że to tylko uczulenie (aczkolwiek dalej nie wiem na co). Tak czy inaczej, z powodu owych 2374 spraw na głowie, ostatnia część relacji z Barcelony musiała poczekać. Do dzisiaj.

A dziś niezwykle istotne sprawy, rzekłbym nawet, że najwyższej wagi, bo pokażę Wam…

 

Co jedliśmy?

Wiecie, że próbowaliśmy tradycyjnego hiszpańskiego dania, czyli paelli, która była klawa jak “Kacze opowieści” na TVP1. Ale nie samym ryżem z małżami człowiek żyje. Kosztowaliśmy też innej, typowej dla tego kraju przekąski.

To co widzicie powyżej, to hiszpańska tortilla. Jest to omlet z ziemniakami (tak, z zie-mnia-ka-mi, też się zdziwiłem) i nie przypomina ani trochę tej znanej przez nas. Nie wpadliśmy w ekstazę po zjedzeniu, ale była całkiem smaczna i chętnie spałaszuję ją ponownie, gdy będę miał okazję.

A to jakiś lokalny owoc, którego nazwy niestety nie udało nam się ustalić do dnia dzisiejszego (wiesz co to? – śmiało, pochwal się w komentarzach!). I de facto nie wiem, czy od tego tak mnie nie wysypało na rękach. Smak kwaśno-gorzki, nic specjalnego.

Próbowaliśmy też tapasów, czyli ichniejszych przekąsek/przystawek/zagryzek. Bardzo mi się podoba, że w Hiszpanii jest nawyk przekąszania czegoś dobrego podczas spotykania się/picia/robienia czegokolwiek w grupie w pozycji siedzącej. Ubolewam, że u nas po prostu się pije.

Na pierwszych dwóch zdjęciach widzicie ziemniaczki z serem i ziemniaczki z boczkiem (oni tam jedzą baaardzo dużo ziemniaków), a na trzecim kalmary po sycylijsku. Smakowały, oj smakowały. Muszę spróbować zrobić je w domu.

Wiecie już co jedliśmy, więc czas na kwestie związane z odpowiednim nawodnieniem, czyli…

 

Co piliśmy?

Na zdjęciu powyżej (obok kalmarów), pojawia się największa piękność wyjazdu magnetyzująca rozleniwione otoczenie – Pani Sangria. Jest lekka, orzeźwiająca i wybornie słodka, przez co wchodzi jak złoto (choć nigdy nie piłem złota). Gdyby w polskich barach można było dostać równie dobrą, to przestałbym pić piwo.

Obalone na Placa de Catalunya

W Hiszpanii, tak jak we Francji, są śmiesznie tanie wina. To co widzicie powyżej to winko za 2euro, które doznaniowo jest na poziomie win dostępnych w Polsce za 30zł.

Obalone na placu przy naszym mieszkaniu

To z kolei Lambrusco (różowe wino musujące) za 1,50euro. Darato może przy nim zapaść się pod ziemię na trzecim poziomie snu we śnie.

Obalone w pokoju

A tu już najniższa półka cenowa do której zeszliśmy – 1 eurasek. Nie dopiliśmy całego. To trunek raczej nie do delektowania się, lecz spokojnego odurzenia. Mimo, że nie zachwyca, to wciąż nie gorszy, niż Fresco za dychę.

Nie spodziewałbym się, ale Hiszpanie piją wyjątkowo dużo piwa. Byłem przekonany, że oni tylko wino, wino i wino, a tu nic z tych rzeczy. Próbowaliśmy jakiegoś lokalnego (serwetka z nazwą została zaszyfrowana przez deszcz) i całkiem przyzwoite – lekkie i raczej bez silnej goryczy.

Nie często, ale zdarzały się momenty, kiedy piliśmy napoje bezalkoholowe. To właśnie jeden z nich – sok z tamaryndy (jeśli źle odmieniłem, to proszę mnie poprawić). Jak zobaczyłem opakowanie, to byłem przekonany, że to jakiś wyciąg z robaków, ale robaki nie mogą być tak słodkie. A ten napój był niesamowicie słodki. I co też nietypowe – miał trubo mocną puszkę. Próbowałem zgnieść, zdeptać, wrzucić pod pędzący czołg – nic, lekko się wgięła tylko.

Takie to dziwne rzeczy w tej Barcelonie, bo w ogóle to…

 

Ci Hiszpanie to inni jacyś

Osobnicy zamieszkujący teren między Portugalią, a Francją, żyją na dużo-do-sześcianu większym luzie, niż Polacy. Nie miałem w Barcelonie barometru, ale podejrzewam, że wskazywałby zero, bo Hiszpanie żyją totalnie bez ciśnienia. Im się nigdzie nie śpieszy, niezależnie czy wracają z zakupów, czy są w pracy. W drugorzędnym fast-foodzie na frytki czekasz 15 minut, mimo, że 3/4 lokalu jest puste i obsługa się nudzi.

Barman/kelner/sprzedawca zanim Cię obsłuży musi przybić piątkę z kumplami i pouśmiechać się do lasek na sali (niezależnie, czy go w ogóle zauważają). A o 16:00, oczywiście, żeby nie zwariować od nawału pracy, siesta. Do 20:00. Trochę im zazdroszczę podejścia do życia, ale z drugiej strony przy takim nastawieniu do biznesu, wcale się nie dziwię, że mają kryzys.

Pomijając egzystencję w wiecznym trybie co-masz-zrobić-dzisiaj-zrób-jutro,  zszokował mnie ich…

 

Stosunek do czerwonego światła

Wydawało mi się, że na całym świecie ten symbol oznacza to samo – NIE PRZECHODŹ, BO COŚ MOŻE CI POŁAMAĆ ŻEBRA I URWAĆ ŁEB. Byłem w większym błędzie, niż ludzkość sądząc, że ziemia jest płaska. W Hiszpanii czerwone światło, to tylko delikatna sugestia, mówiąca o tym, że jeśli masz ochotę, ale taką naprawdę silną, to możesz na momencik stanąć. W każdym innym przypadku nie zatrzymuj się, tylko idź prosto przed siebie, w końcu to miasto, kraj i planeta jest Twoje i nikt nie będzie Ci mówił co masz robić.

W tych trzech zdaniach, chciałem Wam powiedzieć, że nie widziałem ani jednego Hiszpana, który respektowałby czerwone światło i przez całą długość jego trwania, stałby w miejscu czekając, aż zapali się zielone. Oni to mają, zupełnie, kompletnie i całościowo w odbycie. Jedzie, nie jedzie – idę. Z prawej wyjeżdża TIR, betoniarka, autobus szkolny i karetka na sygnale? Co z tego! Idę! Nie wiem czy to dlatego, że palą tyle marihuany (w żadnym holenderskim coffee shopie nie czuć tyle palonej gandży, co na barcelońskich ulicach), czy po prostu ten naród ma tendencje samobójcze.

Z jakich powodów by nagminnie nie łamali przepisów ruchu drogowego, to podobało mi się tam i z pewnością wrócę do Barcelony (po jeszcze ruszające się krewetki). Ale najszybciej w przyszłym roku. Za to natchniony sukcesem niepomylenia samolotów, lotnisk i adresów zamieszkania, zacząłem już się zastanawiać jaki będzie…

 

Kolejny kraj do poznania?

Chyba Malta. Jeszcze nie byłem w państwie, które ma mniejszą powierzchnię, niż miasto, w którym mieszkam. To może być ciekawe.

(niżej jest kolejny tekst)

Na Hadoukena! trafiłem w 2009 roku. Szukałem w Wikipedii zespołów tworzących podobną muzykę do Crystal Castles i po kliknięciu w “dance punk”, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to właśnie ta onomatopeja z wykrzyknikiem. Byli wtedy po wydaniu świetnego długogrającego albumu “Music for an Accelerated Culture” i epki z kozackimi remiksami “M.A.D.”.

Z Crystal Castles łączyło ich tyle, że oboje mieli “a” w nazwie zespołu, ale wciągnąłem się. Ich pierwszy numer jaki usłyszałem, to właśnie wcześniej wspomniany “M.A.D.” w remiksie Phace’a. Oszalałem! Energia w najczystszej postaci. Zresztą sprawdźcie sobie sami, jakiego to ma kopa (z pół obrotu, z wyskoku i znienacka).

To były czasy, gdy furorę robił filmik “Hitler w poszukiwaniu electro”, a puszka pandory z dubstepem została dopiero co otwarta. Nie dało się uciec przed epidemią mody na muzykę elektroniczną. Nawet kujonki nie odróżniające wobbli od robót drogowych kojarzyły “Nympho” Borgore’a. A ja dryfując na tej fali zachłysnąłem się Hadoukenem! i katowałem ich numery codziennie (co nie szczególnie podobało się moim współlokatorkom).

I myślałem sobie, że bardzo, ale to bardzo…

 

Chciałbym pójść na ich koncert

W 2010 grali na Audioriverze w Płocku i chciałem jechać, ale praca, praca, praca. W 2012 byli w Krakowie na Selectorze, ale kasa, kasa, kasa (a w zasadzie jej brak). Teraz (mówiąc teraz mam na myśli 14 maja) znów są w mieście z największą liczbą kościołów przypadających na metr kwadratowy. I tym razem już nie ma wymówek. Tym razem idę, idę, idę!

Hadouken! wystąpi na kampusie Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie przy Rakowickiej 27, w ramach juwenaliów organizowanych przez tę uczelnię. Będzie gwiazdą pierwszego dnia koncertów, w trakcie którego wystąpi także Kamp! (możecie ich znać z remiksu Brodki, albo z tego, że robią świetną muzykę), więc jaranko jest podwójne. Zanim dźwięki syntezatorów zwiną asfalt z okolicznych dróg, na scenie pojawią się również Muchy oraz Vavamuffin.

Dokładną rozpiskę macie tutaj, wraz z planem drugiego dnia koncertów, w trakcie, którego zagra Ostry i Grubson. Biorąc pod uwagę, jacy zawodnicy pojawią się na scenie 14 maja, bilety są w dość przyzwoitych cenach.

Podejrzewam, że możecie jarać się tym koncertem tak jak ja i już odliczacie godziny do usłyszenia “Mic check” na żywo. W takim wypadku macie trzy drogi, żeby zdobyć bilety (oczywiście, jeśli jeszcze jakimś dziwnym trafem tego nie zrobiliście). Możecie je kupić bezpośrednio tutaj, lub w Klubie Studenckim zaUEK, lub…

 

Wygrać w konkursie

Akcja jest prosta, piłka krótka, a Twoja odpowiedź ma być zakręcona jak dobry rollercoaster.

Pytanie konkursowe: Czemu akurat Ty masz wygrać bilet na koncert Hadoukena!?

Odpowiedzi mogą być irracjonalne, absurdalne i abstrakcyjne, ale te logiczne, rzeczowe, lub po prostu śmieszne, też będą dobre. Ważne, żeby były oryginalne i nieszablonowe. Czekam na nie w komentarzach pod tym tekstem do przyszłej środy (8 maja), do godziny 19:00.

Pojedynczym biletem na koncert Hadoukena! zostaną nagrodzone dwie odpowiedzi. Jedna, która najbardziej spodoba się mnie i druga, która najbardziej spodoba się Wam. Czyli dostanie najwięcej łapek w górę i będzie najwyżej w komentarzach.

No to jedziecie z tematem!

 
 
 

/EDYCJA 09.05.2013 – MAMY WYNIKI/

Okej, konkurs dobiegł końca i mamy wyniki. Nagroda publiczności, czyli komentarz, który miał najwięcej łapek, raczej nie jest zaskoczeniem – pierwszy bilet wygrywa Katarzyna Karyś.

Drugi bilet, czyli nagrodę ode mnie, otrzymuje Venegoor. Za jaranie się Hadoukenem!, za jaranie się Kampem!, za chomika na Wawelu, ale przede wszystkim za wątek romansowo-miłosny. Zajmij się tam odpowiednio dziewczyną, żeby jednak nie emigrowała.

Bilety będą do odebrania od jutra w Klubie Studenckim zaUEK na terenie Kampusu Uniwersytetu Ekonomicznego (https://www.facebook.com/zauek/info), za okazaniem dowodu.

Gratuluję zwycięzcom i do zobaczenia we wtorek!

Miałem 19 lat. Byłem po maturze. Był koniec czerwca, a studia miały zacząć się dopiero za 3 miesiące. Większość moich znajomych z liceum bujała się po ciepłych krajach za hajs starych. Mniejszość zapijała nudę w parku w centrum miasta. Ja z dwoma kumplami pracowałem dorywczo w Castoramie na nocki, za tak śmieszną stawkę, że żarty Abelarda Gizy są przy niej czerstwe. Oczywiście po to, żeby mieć na to drugie.

Któregoś dnia mama pokazała mi ogłoszenie w „Wyborczej” z działu „praca – inne”. Szukali osób do sprzedawania gazet nad morzem. Z każdego sprzedanego egzemplarza dawali procent. Wychodziło jakieś 50 groszy od sztuki. Coś takiego. Za to zakwaterowanie – polówka w trzyosobowym kempingu – było za darmo. Pojechałem.

Wstawałem o 8:00, żeby o 8:30 odebrać świeże gazety od koordynatora, a o 9:00 być już na plaży i zacząć pracę. Przez 6 godzin chodziłem wzdłuż wybrzeża między parawanami i namawiałem ludzi na „Super Express”, „Politykę” i „Mojego Psa”. Niektórzy kupowali, większość to zlewała, a część po moim pytaniu „może gazetkę?” siliła się na ultra lotny żart „nie dziękuję, nie umiem czytać”. Nie omieszkałem ich poinformować, że „wiem, wiem, widać po twarzy”.

Każdego dnia, gdy szedłem przez deptak widząc jak miasteczko budzi się do życia, gdy witałem się po imieniu ze sprzedawcami na straganach, gdy kupowałem jagodziankę i jogurt u pani Zosi, gdy chodziłem sobie bez koszulki, wchodząc do wody i kładąc się na piasku kiedy miałem na to ochotę, gdy liczyłem napiwki po pracy i jadłem dorsza z frytkami za pół ceny w zaprzyjaźnionej knajpie, gdy wieczorem z innymi gazeciarzami robiłem grilla przed kempingiem albo piłem na plaży do wschodu słońca, za każdym razem myślałem sobie, że życie jest spoko.

 

***

 

Była dziewczyną mojego przyjaciela z piaskownicy. Byliśmy w drugiej klasie podstawówki i właśnie poznaliśmy się na jego urodzinach grając w „Chińczyka” albo „Eurobiznes”. Miała taki uśmiech, że wolałem go nawet od nowego zestawu LEGO. Straaasznie mi się podobała i chyba nawet powiedziałem jej coś w stylu „lubię cię”. Była najładniejszą dziewięciolatką jaką znałem, ale cóż z tego – była dziewczyną mojego przyjaciela.

Przestałem się z nim przyjaźnić gdzieś pod koniec czwartej klasy, ale jej uśmiech miałem w pamięci nieco dłużej. Chodziliśmy do innych szkół, które za specjalnie za sobą nie przepadały, zresztą byłem niewiarygodnie wstydliwy w tamtym okresie, więc szanse na to, że się spotkamy były nie wielkie. I nie spotkaliśmy się. Przez 12 lat. Mimo, że mieszkaliśmy w jednym mieście.

Przez taki szmat czasu zdążyliśmy dorosnąć i zmienić się niemal nie do poznania. Niemal.

Byłem w mieszkaniu u kumpla z grupy, bo robiliśmy reklamę na jakiś konkurs. W Krakowie. 4385 dni później. I wpadliśmy na siebie w przedpokoju, zaczynając rozmowę od hiper filmowego tekstu „czy my się przypadkiem skądś nie znamy?”. Znaliśmy się, choć po tylu latach nie wiem czy to stwierdzenie miało w sobie choć ziarenko prawdy.

Była zjawiskowa. Nie straciła nic ze swojego uroku odkąd widzieliśmy się ostatni raz. Ba, spotęgował się wielokrotnie, bo nie była już dzieckiem, a wyjątkowo atrakcyjną kobietą.

Z lekkim niedowierzaniem, że to dzieje się naprawdę, zacząłem się z nią spotykać. Uwiedzenie jej było wyzwaniem, to było coś! Musiałem być błyskotliwy, elokwentny, spontaniczny, pewny siebie i wyjątkowy. I to naraz. Musiałem być najlepszą wersją siebie. W pewnym momencie poczułem, że nic z tego nie będzie. Że w najlepszym wypadku zostaniemy przyjaciółmi albo po prostu nie będziemy odwracać głowy mijając się na ulicy. Wtedy właśnie siadła mi na kolanach i zaczęła całować po szyi. Kiedy poczułem jej wilgotne, miękkie usta na swojej spękanej dolnej wardze, pomyślałem, że życie jest spoko. Spoko na maksa.

 

***

 

Były juwenalia. Czwartek – dzień przed pochodem. Poszliśmy z Marcinem na stadion Wisły, bo tego dnia gwiazdą wieczoru miało być Myslovitz. Czekając na 21:00 albo piliśmy piwo wylegując się na trawie, albo podrywaliśmy dziewczyny. Albo jedno i drugie. Od dwóch nawet wzięliśmy numery telefonów, tylko po to by nigdy do nich nie zadzwonić. W końcu na scenie pojawił się Rojek.

Ludzi było jak to na stadionie – od groma. Im bliżej barierek tym robiło się gęściej i trudniej było się przebić, ale ja musiałem być w pierwszym rzędzie. Musiałem być pod samą, ale to pod samą sceną. Po to tam przyszedłem. Dopóki nie dotknąłem ręką barierek, nie przestałem się pchać.

Zaczęli grać. I to mocno! Na pierwszy ogień poszli „Chłopcy”. Tyle razy siedziałem na chodniku słuchając tej piosenki, tak dobrze opisuje miejsce skąd pochodzę. Jej wersy mogłyby być epitafium mojego pokolenia. Dalej kolejny szlagier – „Dla Ciebie”, a potem „Chciałbym umrzeć z miłości”. Znów o mnie. Zresztą ich wszystkie numery są o mnie, dlatego śpiewałem każdy. Śpiewałem na całe gardło.

Wzruszałem się, skakałem i wyłem. Ciągle ktoś mnie popychał i deptał, a moje białe buty już nigdy miały nie być nawet szare. W powietrzu było tyle kurzu, że ciężko się oddychało i gdybym wtedy się wysmarkał, to chusteczka byłaby czarna. Po godzinie, miałem tak zdarte gardło, że Marcin nie rozumiał co do niego mówiłem, ale byłem w swoim żywiole i czułem, że życie jest spoko.

 

***

 

Dzisiaj obudziłem się o 10:00, puściłem „Can’t hold us” Macklemore’a, nalałem sobie soku ananasowego do szklanki i zrobiłem kanapkę z jajkiem, szynką i majonezem. Wyszedłem na balkon w krótkich spodenkach i japonkach wystawić buzię do słońca i popatrzeć na Wawel. Przeczesałem włosy dłonią, wziąłem gryza i pomyślałem, że życie jest spoko. Bo jest.