Close
Close

Foodpanda.pl – zamawianie jedzenia w wersji 2.0

Skip to entry content

Pamiętam czasy, gdy żeby zamówić jedzenie do domu trzeba, było przetrzepać wszystkie ulotki leżące na klatce i liczyć na farta, że akurat znajdzie się tę z pizzeri. Potem wszedł internet ze stałymi łączami i nie trzeba było już przeglądać syfu włożonego w skrzynki, tylko wpisać w Google “pizza na telefon twoje_miasto”. I liczyć na farta, że pizzerie w Twojej okolicy mają stronę internetową. Najczęściej nie miały, a jeśli już to jakąś maszkarę z niedającym się pobrać menu w PDFie (pozdrawiam serdecznie polskich mikro przedsiębiorców).

Zamawianie jedzenia przez telefon było (i bywa nadal) uciążliwe, bo chcąc zamówić coś poza pizzą trzeba było się trochę nadzwonić, żeby znaleźć chińczyka dowożącego akurat pod mój adres. A o innej formie płatności, niż gotówka rzecz jasna, można było tylko pomarzyć.

“Potrzeba matką wynalazków” – frazes, frazes, frazes, ale mimo wszystko prawdziwy i co najważniejsze, mający odzwierciedlenie w naturze. Była potrzeba ułatwienia zamawiania szamy na dowóz i powstało rozwiązanie – serwisy internetowe upraszczające ten proces i redukujące zaangażowanie użytkownika do minimum. Jednym z nich jest Foodpanda.pl. Czy najlepszym? To się okaże, ale już daję im plusika za brand hero w postaci pandy (bo ile można patrzeć na takich samych pseudo supermanów we wszystkich reklamach?).

 

Czym dokładnie jest Foodpanda?

To serwis pozwalający zamawiać jedzenie przez internet. I mówiąc jedzenie, nie mam na myśli pizzy, pizzy i tylko pizzy, ale też inne dania kryjące się po tym hasłem (zupy, klopsiki, de volaille, sałatki, makarony, czy pierogi z gruszkami i serem pleśniowym).

Serwis jest ładny, czytelny i przyjazny dla użytkownika (dla użytkowniczki zresztą też), a korzystanie z niego nie sprawia trudności nawet ludziom nie czytającym blogów. Wybór knajp jest bardzo intuicyjny. Na samym starcie podajemy naszą lokalizację, po czym pojawia się lista restauracji dostarczających jedzenie do miejsca, w którym się znajdujemy (nie ma dzwonienia, googlowani i szukania, wszystko jest na talerzu). Od razu mamy podany czas oczekiwania, minimalną  kwotę zamówienia i koszt dostawy (jeśli taki w ogóle istnieje).

Później pojawia się menu danej restauracji. Wybieramy co tam chcemy, cały czas po prawej mając aktualny stan zamówienia. Po kliknięciu “zamawiam” wyskakują dane kontaktowe z wyborem adresu, na który jedzenie ma być dostarczone i wybór sposobu płatności. Nie jest to jakaś ultra nowość, ale dla mnie to super sprawa, że można zapłacić i przelewem i przez PayPala, bo wielokrotnie byłem w sytuacji, kiedy zadzwoniłem do chińczyka po szamę, po czym olśniło mnie, że mój portfel jest pusty jak szkoły w lipcu.

Po dokonaniu płatności wychodzi ekran potwierdzający zamówienie i przychodzi sms z dokładnym czasem oczekiwania. Jeśli wiecie co chcecie zjeść, to całość nie zajmuje więcej, niż minutę.

Żeby wznieść zamawianie jedzenia na jeszcze wyższy poziom…

 

Jest też aplikacja

Możecie ją ściągnąć stąd i zasadniczo nie powiem Wam więcej na jej temat, niż możecie dowiedzieć się z powyższego filmiku, ale…

 

Powiem Wam jak to wszystko działa w praktyce

Za miesiąc. W ramach współpracy z Foodpandą przez 30 dni będę testował ich serwis szukając plusów dodatnich i plusów ujemnych (cytując najpopularniejszego polskiego elektryka), a na końcu podzielę się z Wami wrażeniami. Będę sprawdzał czy zamawianie szamy przez internet faktycznie jest takie łouł, żeby się tym podniecać, sikać w majtki i nie robić tego przez telefon (lub gołębiem pocztowym). Zrobię rozeznanie jakie są najczęstsze zgrzyty na linii człowiek-serwis_pośredniczący-restauracja i czy w ogóle ktoś realizuje te zamówienia, czy pieniądze lecą w kosmos i zahaczają o Kometę Halleya.

(niżej jest kolejny tekst)

Barcelona część III – Sangria, tortilla i rozkminy o Hiszpanach

Skip to entry content

Wróciłem do Polski już w zeszłą sobotę, ale pochłonęło mnie “Ognisko Kwietniowe” i chodzenie po lekarzach, z obawą, czy przypadkiem nie mam różyczki. Bo musicie wiedzieć, że w Krakowie od miesiąca szaleje epidemia i wielu moich kumpli (dorosłych gości jakby nie patrzeć) jest wykropkowana. A ja właśnie z Hiszpanii przywiozłem kropki. Na szczęście okazało się, że to tylko uczulenie (aczkolwiek dalej nie wiem na co). Tak czy inaczej, z powodu owych 2374 spraw na głowie, ostatnia część relacji z Barcelony musiała poczekać. Do dzisiaj.

A dziś niezwykle istotne sprawy, rzekłbym nawet, że najwyższej wagi, bo pokażę Wam…

 

Co jedliśmy?

Wiecie, że próbowaliśmy tradycyjnego hiszpańskiego dania, czyli paelli, która była klawa jak “Kacze opowieści” na TVP1. Ale nie samym ryżem z małżami człowiek żyje. Kosztowaliśmy też innej, typowej dla tego kraju przekąski.

To co widzicie powyżej, to hiszpańska tortilla. Jest to omlet z ziemniakami (tak, z zie-mnia-ka-mi, też się zdziwiłem) i nie przypomina ani trochę tej znanej przez nas. Nie wpadliśmy w ekstazę po zjedzeniu, ale była całkiem smaczna i chętnie spałaszuję ją ponownie, gdy będę miał okazję.

A to jakiś lokalny owoc, którego nazwy niestety nie udało nam się ustalić do dnia dzisiejszego (wiesz co to? – śmiało, pochwal się w komentarzach!). I de facto nie wiem, czy od tego tak mnie nie wysypało na rękach. Smak kwaśno-gorzki, nic specjalnego.

Próbowaliśmy też tapasów, czyli ichniejszych przekąsek/przystawek/zagryzek. Bardzo mi się podoba, że w Hiszpanii jest nawyk przekąszania czegoś dobrego podczas spotykania się/picia/robienia czegokolwiek w grupie w pozycji siedzącej. Ubolewam, że u nas po prostu się pije.

Na pierwszych dwóch zdjęciach widzicie ziemniaczki z serem i ziemniaczki z boczkiem (oni tam jedzą baaardzo dużo ziemniaków), a na trzecim kalmary po sycylijsku. Smakowały, oj smakowały. Muszę spróbować zrobić je w domu.

Wiecie już co jedliśmy, więc czas na kwestie związane z odpowiednim nawodnieniem, czyli…

 

Co piliśmy?

Na zdjęciu powyżej (obok kalmarów), pojawia się największa piękność wyjazdu magnetyzująca rozleniwione otoczenie – Pani Sangria. Jest lekka, orzeźwiająca i wybornie słodka, przez co wchodzi jak złoto (choć nigdy nie piłem złota). Gdyby w polskich barach można było dostać równie dobrą, to przestałbym pić piwo.

Obalone na Placa de Catalunya

W Hiszpanii, tak jak we Francji, są śmiesznie tanie wina. To co widzicie powyżej to winko za 2euro, które doznaniowo jest na poziomie win dostępnych w Polsce za 30zł.

Obalone na placu przy naszym mieszkaniu

To z kolei Lambrusco (różowe wino musujące) za 1,50euro. Darato może przy nim zapaść się pod ziemię na trzecim poziomie snu we śnie.

Obalone w pokoju

A tu już najniższa półka cenowa do której zeszliśmy – 1 eurasek. Nie dopiliśmy całego. To trunek raczej nie do delektowania się, lecz spokojnego odurzenia. Mimo, że nie zachwyca, to wciąż nie gorszy, niż Fresco za dychę.

Nie spodziewałbym się, ale Hiszpanie piją wyjątkowo dużo piwa. Byłem przekonany, że oni tylko wino, wino i wino, a tu nic z tych rzeczy. Próbowaliśmy jakiegoś lokalnego (serwetka z nazwą została zaszyfrowana przez deszcz) i całkiem przyzwoite – lekkie i raczej bez silnej goryczy.

Nie często, ale zdarzały się momenty, kiedy piliśmy napoje bezalkoholowe. To właśnie jeden z nich – sok z tamaryndy (jeśli źle odmieniłem, to proszę mnie poprawić). Jak zobaczyłem opakowanie, to byłem przekonany, że to jakiś wyciąg z robaków, ale robaki nie mogą być tak słodkie. A ten napój był niesamowicie słodki. I co też nietypowe – miał trubo mocną puszkę. Próbowałem zgnieść, zdeptać, wrzucić pod pędzący czołg – nic, lekko się wgięła tylko.

Takie to dziwne rzeczy w tej Barcelonie, bo w ogóle to…

 

Ci Hiszpanie to inni jacyś

Osobnicy zamieszkujący teren między Portugalią, a Francją, żyją na dużo-do-sześcianu większym luzie, niż Polacy. Nie miałem w Barcelonie barometru, ale podejrzewam, że wskazywałby zero, bo Hiszpanie żyją totalnie bez ciśnienia. Im się nigdzie nie śpieszy, niezależnie czy wracają z zakupów, czy są w pracy. W drugorzędnym fast-foodzie na frytki czekasz 15 minut, mimo, że 3/4 lokalu jest puste i obsługa się nudzi.

Barman/kelner/sprzedawca zanim Cię obsłuży musi przybić piątkę z kumplami i pouśmiechać się do lasek na sali (niezależnie, czy go w ogóle zauważają). A o 16:00, oczywiście, żeby nie zwariować od nawału pracy, siesta. Do 20:00. Trochę im zazdroszczę podejścia do życia, ale z drugiej strony przy takim nastawieniu do biznesu, wcale się nie dziwię, że mają kryzys.

Pomijając egzystencję w wiecznym trybie co-masz-zrobić-dzisiaj-zrób-jutro,  zszokował mnie ich…

 

Stosunek do czerwonego światła

Wydawało mi się, że na całym świecie ten symbol oznacza to samo – NIE PRZECHODŹ, BO COŚ MOŻE CI POŁAMAĆ ŻEBRA I URWAĆ ŁEB. Byłem w większym błędzie, niż ludzkość sądząc, że ziemia jest płaska. W Hiszpanii czerwone światło, to tylko delikatna sugestia, mówiąca o tym, że jeśli masz ochotę, ale taką naprawdę silną, to możesz na momencik stanąć. W każdym innym przypadku nie zatrzymuj się, tylko idź prosto przed siebie, w końcu to miasto, kraj i planeta jest Twoje i nikt nie będzie Ci mówił co masz robić.

W tych trzech zdaniach, chciałem Wam powiedzieć, że nie widziałem ani jednego Hiszpana, który respektowałby czerwone światło i przez całą długość jego trwania, stałby w miejscu czekając, aż zapali się zielone. Oni to mają, zupełnie, kompletnie i całościowo w odbycie. Jedzie, nie jedzie – idę. Z prawej wyjeżdża TIR, betoniarka, autobus szkolny i karetka na sygnale? Co z tego! Idę! Nie wiem czy to dlatego, że palą tyle marihuany (w żadnym holenderskim coffee shopie nie czuć tyle palonej gandży, co na barcelońskich ulicach), czy po prostu ten naród ma tendencje samobójcze.

Z jakich powodów by nagminnie nie łamali przepisów ruchu drogowego, to podobało mi się tam i z pewnością wrócę do Barcelony (po jeszcze ruszające się krewetki). Ale najszybciej w przyszłym roku. Za to natchniony sukcesem niepomylenia samolotów, lotnisk i adresów zamieszkania, zacząłem już się zastanawiać jaki będzie…

 

Kolejny kraj do poznania?

Chyba Malta. Jeszcze nie byłem w państwie, które ma mniejszą powierzchnię, niż miasto, w którym mieszkam. To może być ciekawe.

Na Hadoukena! trafiłem w 2009 roku. Szukałem w Wikipedii zespołów tworzących podobną muzykę do Crystal Castles i po kliknięciu w “dance punk”, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to właśnie ta onomatopeja z wykrzyknikiem. Byli wtedy po wydaniu świetnego długogrającego albumu “Music for an Accelerated Culture” i epki z kozackimi remiksami “M.A.D.”.

Z Crystal Castles łączyło ich tyle, że oboje mieli “a” w nazwie zespołu, ale wciągnąłem się. Ich pierwszy numer jaki usłyszałem, to właśnie wcześniej wspomniany “M.A.D.” w remiksie Phace’a. Oszalałem! Energia w najczystszej postaci. Zresztą sprawdźcie sobie sami, jakiego to ma kopa (z pół obrotu, z wyskoku i znienacka).

To były czasy, gdy furorę robił filmik “Hitler w poszukiwaniu electro”, a puszka pandory z dubstepem została dopiero co otwarta. Nie dało się uciec przed epidemią mody na muzykę elektroniczną. Nawet kujonki nie odróżniające wobbli od robót drogowych kojarzyły “Nympho” Borgore’a. A ja dryfując na tej fali zachłysnąłem się Hadoukenem! i katowałem ich numery codziennie (co nie szczególnie podobało się moim współlokatorkom).

I myślałem sobie, że bardzo, ale to bardzo…

 

Chciałbym pójść na ich koncert

W 2010 grali na Audioriverze w Płocku i chciałem jechać, ale praca, praca, praca. W 2012 byli w Krakowie na Selectorze, ale kasa, kasa, kasa (a w zasadzie jej brak). Teraz (mówiąc teraz mam na myśli 14 maja) znów są w mieście z największą liczbą kościołów przypadających na metr kwadratowy. I tym razem już nie ma wymówek. Tym razem idę, idę, idę!

Hadouken! wystąpi na kampusie Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie przy Rakowickiej 27, w ramach juwenaliów organizowanych przez tę uczelnię. Będzie gwiazdą pierwszego dnia koncertów, w trakcie którego wystąpi także Kamp! (możecie ich znać z remiksu Brodki, albo z tego, że robią świetną muzykę), więc jaranko jest podwójne. Zanim dźwięki syntezatorów zwiną asfalt z okolicznych dróg, na scenie pojawią się również Muchy oraz Vavamuffin.

Dokładną rozpiskę macie tutaj, wraz z planem drugiego dnia koncertów, w trakcie, którego zagra Ostry i Grubson. Biorąc pod uwagę, jacy zawodnicy pojawią się na scenie 14 maja, bilety są w dość przyzwoitych cenach.

Podejrzewam, że możecie jarać się tym koncertem tak jak ja i już odliczacie godziny do usłyszenia “Mic check” na żywo. W takim wypadku macie trzy drogi, żeby zdobyć bilety (oczywiście, jeśli jeszcze jakimś dziwnym trafem tego nie zrobiliście). Możecie je kupić bezpośrednio tutaj, lub w Klubie Studenckim zaUEK, lub…

 

Wygrać w konkursie

Akcja jest prosta, piłka krótka, a Twoja odpowiedź ma być zakręcona jak dobry rollercoaster.

Pytanie konkursowe: Czemu akurat Ty masz wygrać bilet na koncert Hadoukena!?

Odpowiedzi mogą być irracjonalne, absurdalne i abstrakcyjne, ale te logiczne, rzeczowe, lub po prostu śmieszne, też będą dobre. Ważne, żeby były oryginalne i nieszablonowe. Czekam na nie w komentarzach pod tym tekstem do przyszłej środy (8 maja), do godziny 19:00.

Pojedynczym biletem na koncert Hadoukena! zostaną nagrodzone dwie odpowiedzi. Jedna, która najbardziej spodoba się mnie i druga, która najbardziej spodoba się Wam. Czyli dostanie najwięcej łapek w górę i będzie najwyżej w komentarzach.

No to jedziecie z tematem!

 
 
 

/EDYCJA 09.05.2013 – MAMY WYNIKI/

Okej, konkurs dobiegł końca i mamy wyniki. Nagroda publiczności, czyli komentarz, który miał najwięcej łapek, raczej nie jest zaskoczeniem – pierwszy bilet wygrywa Katarzyna Karyś.

Drugi bilet, czyli nagrodę ode mnie, otrzymuje Venegoor. Za jaranie się Hadoukenem!, za jaranie się Kampem!, za chomika na Wawelu, ale przede wszystkim za wątek romansowo-miłosny. Zajmij się tam odpowiednio dziewczyną, żeby jednak nie emigrowała.

Bilety będą do odebrania od jutra w Klubie Studenckim zaUEK na terenie Kampusu Uniwersytetu Ekonomicznego (https://www.facebook.com/zauek/info), za okazaniem dowodu.

Gratuluję zwycięzcom i do zobaczenia we wtorek!