Close
Close

Na Hadoukena! trafiłem w 2009 roku. Szukałem w Wikipedii zespołów tworzących podobną muzykę do Crystal Castles i po kliknięciu w “dance punk”, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to właśnie ta onomatopeja z wykrzyknikiem. Byli wtedy po wydaniu świetnego długogrającego albumu “Music for an Accelerated Culture” i epki z kozackimi remiksami “M.A.D.”.

Z Crystal Castles łączyło ich tyle, że oboje mieli “a” w nazwie zespołu, ale wciągnąłem się. Ich pierwszy numer jaki usłyszałem, to właśnie wcześniej wspomniany “M.A.D.” w remiksie Phace’a. Oszalałem! Energia w najczystszej postaci. Zresztą sprawdźcie sobie sami, jakiego to ma kopa (z pół obrotu, z wyskoku i znienacka).

To były czasy, gdy furorę robił filmik “Hitler w poszukiwaniu electro”, a puszka pandory z dubstepem została dopiero co otwarta. Nie dało się uciec przed epidemią mody na muzykę elektroniczną. Nawet kujonki nie odróżniające wobbli od robót drogowych kojarzyły “Nympho” Borgore’a. A ja dryfując na tej fali zachłysnąłem się Hadoukenem! i katowałem ich numery codziennie (co nie szczególnie podobało się moim współlokatorkom).

I myślałem sobie, że bardzo, ale to bardzo…

 

Chciałbym pójść na ich koncert

W 2010 grali na Audioriverze w Płocku i chciałem jechać, ale praca, praca, praca. W 2012 byli w Krakowie na Selectorze, ale kasa, kasa, kasa (a w zasadzie jej brak). Teraz (mówiąc teraz mam na myśli 14 maja) znów są w mieście z największą liczbą kościołów przypadających na metr kwadratowy. I tym razem już nie ma wymówek. Tym razem idę, idę, idę!

Hadouken! wystąpi na kampusie Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie przy Rakowickiej 27, w ramach juwenaliów organizowanych przez tę uczelnię. Będzie gwiazdą pierwszego dnia koncertów, w trakcie którego wystąpi także Kamp! (możecie ich znać z remiksu Brodki, albo z tego, że robią świetną muzykę), więc jaranko jest podwójne. Zanim dźwięki syntezatorów zwiną asfalt z okolicznych dróg, na scenie pojawią się również Muchy oraz Vavamuffin.

Dokładną rozpiskę macie tutaj, wraz z planem drugiego dnia koncertów, w trakcie, którego zagra Ostry i Grubson. Biorąc pod uwagę, jacy zawodnicy pojawią się na scenie 14 maja, bilety są w dość przyzwoitych cenach.

Podejrzewam, że możecie jarać się tym koncertem tak jak ja i już odliczacie godziny do usłyszenia “Mic check” na żywo. W takim wypadku macie trzy drogi, żeby zdobyć bilety (oczywiście, jeśli jeszcze jakimś dziwnym trafem tego nie zrobiliście). Możecie je kupić bezpośrednio tutaj, lub w Klubie Studenckim zaUEK, lub…

 

Wygrać w konkursie

Akcja jest prosta, piłka krótka, a Twoja odpowiedź ma być zakręcona jak dobry rollercoaster.

Pytanie konkursowe: Czemu akurat Ty masz wygrać bilet na koncert Hadoukena!?

Odpowiedzi mogą być irracjonalne, absurdalne i abstrakcyjne, ale te logiczne, rzeczowe, lub po prostu śmieszne, też będą dobre. Ważne, żeby były oryginalne i nieszablonowe. Czekam na nie w komentarzach pod tym tekstem do przyszłej środy (8 maja), do godziny 19:00.

Pojedynczym biletem na koncert Hadoukena! zostaną nagrodzone dwie odpowiedzi. Jedna, która najbardziej spodoba się mnie i druga, która najbardziej spodoba się Wam. Czyli dostanie najwięcej łapek w górę i będzie najwyżej w komentarzach.

No to jedziecie z tematem!

 
 
 

/EDYCJA 09.05.2013 – MAMY WYNIKI/

Okej, konkurs dobiegł końca i mamy wyniki. Nagroda publiczności, czyli komentarz, który miał najwięcej łapek, raczej nie jest zaskoczeniem – pierwszy bilet wygrywa Katarzyna Karyś.

Drugi bilet, czyli nagrodę ode mnie, otrzymuje Venegoor. Za jaranie się Hadoukenem!, za jaranie się Kampem!, za chomika na Wawelu, ale przede wszystkim za wątek romansowo-miłosny. Zajmij się tam odpowiednio dziewczyną, żeby jednak nie emigrowała.

Bilety będą do odebrania od jutra w Klubie Studenckim zaUEK na terenie Kampusu Uniwersytetu Ekonomicznego (https://www.facebook.com/zauek/info), za okazaniem dowodu.

Gratuluję zwycięzcom i do zobaczenia we wtorek!

(niżej jest kolejny tekst)

Miałem 19 lat. Byłem po maturze. Był koniec czerwca, a studia miały zacząć się dopiero za 3 miesiące. Większość moich znajomych z liceum bujała się po ciepłych krajach za hajs starych. Mniejszość zapijała nudę w parku w centrum miasta. Ja z dwoma kumplami pracowałem dorywczo w Castoramie na nocki, za tak śmieszną stawkę, że żarty Abelarda Gizy są przy niej czerstwe. Oczywiście po to, żeby mieć na to drugie.

Któregoś dnia mama pokazała mi ogłoszenie w „Wyborczej” z działu „praca – inne”. Szukali osób do sprzedawania gazet nad morzem. Z każdego sprzedanego egzemplarza dawali procent. Wychodziło jakieś 50 groszy od sztuki. Coś takiego. Za to zakwaterowanie – polówka w trzyosobowym kempingu – było za darmo. Pojechałem.

Wstawałem o 8:00, żeby o 8:30 odebrać świeże gazety od koordynatora, a o 9:00 być już na plaży i zacząć pracę. Przez 6 godzin chodziłem wzdłuż wybrzeża między parawanami i namawiałem ludzi na „Super Express”, „Politykę” i „Mojego Psa”. Niektórzy kupowali, większość to zlewała, a część po moim pytaniu „może gazetkę?” siliła się na ultra lotny żart „nie dziękuję, nie umiem czytać”. Nie omieszkałem ich poinformować, że „wiem, wiem, widać po twarzy”.

Każdego dnia, gdy szedłem przez deptak widząc jak miasteczko budzi się do życia, gdy witałem się po imieniu ze sprzedawcami na straganach, gdy kupowałem jagodziankę i jogurt u pani Zosi, gdy chodziłem sobie bez koszulki, wchodząc do wody i kładąc się na piasku kiedy miałem na to ochotę, gdy liczyłem napiwki po pracy i jadłem dorsza z frytkami za pół ceny w zaprzyjaźnionej knajpie, gdy wieczorem z innymi gazeciarzami robiłem grilla przed kempingiem albo piłem na plaży do wschodu słońca, za każdym razem myślałem sobie, że życie jest spoko.

 

***

 

Była dziewczyną mojego przyjaciela z piaskownicy. Byliśmy w drugiej klasie podstawówki i właśnie poznaliśmy się na jego urodzinach grając w „Chińczyka” albo „Eurobiznes”. Miała taki uśmiech, że wolałem go nawet od nowego zestawu LEGO. Straaasznie mi się podobała i chyba nawet powiedziałem jej coś w stylu „lubię cię”. Była najładniejszą dziewięciolatką jaką znałem, ale cóż z tego – była dziewczyną mojego przyjaciela.

Przestałem się z nim przyjaźnić gdzieś pod koniec czwartej klasy, ale jej uśmiech miałem w pamięci nieco dłużej. Chodziliśmy do innych szkół, które za specjalnie za sobą nie przepadały, zresztą byłem niewiarygodnie wstydliwy w tamtym okresie, więc szanse na to, że się spotkamy były nie wielkie. I nie spotkaliśmy się. Przez 12 lat. Mimo, że mieszkaliśmy w jednym mieście.

Przez taki szmat czasu zdążyliśmy dorosnąć i zmienić się niemal nie do poznania. Niemal.

Byłem w mieszkaniu u kumpla z grupy, bo robiliśmy reklamę na jakiś konkurs. W Krakowie. 4385 dni później. I wpadliśmy na siebie w przedpokoju, zaczynając rozmowę od hiper filmowego tekstu „czy my się przypadkiem skądś nie znamy?”. Znaliśmy się, choć po tylu latach nie wiem czy to stwierdzenie miało w sobie choć ziarenko prawdy.

Była zjawiskowa. Nie straciła nic ze swojego uroku odkąd widzieliśmy się ostatni raz. Ba, spotęgował się wielokrotnie, bo nie była już dzieckiem, a wyjątkowo atrakcyjną kobietą.

Z lekkim niedowierzaniem, że to dzieje się naprawdę, zacząłem się z nią spotykać. Uwiedzenie jej było wyzwaniem, to było coś! Musiałem być błyskotliwy, elokwentny, spontaniczny, pewny siebie i wyjątkowy. I to naraz. Musiałem być najlepszą wersją siebie. W pewnym momencie poczułem, że nic z tego nie będzie. Że w najlepszym wypadku zostaniemy przyjaciółmi albo po prostu nie będziemy odwracać głowy mijając się na ulicy. Wtedy właśnie siadła mi na kolanach i zaczęła całować po szyi. Kiedy poczułem jej wilgotne, miękkie usta na swojej spękanej dolnej wardze, pomyślałem, że życie jest spoko. Spoko na maksa.

 

***

 

Były juwenalia. Czwartek – dzień przed pochodem. Poszliśmy z Marcinem na stadion Wisły, bo tego dnia gwiazdą wieczoru miało być Myslovitz. Czekając na 21:00 albo piliśmy piwo wylegując się na trawie, albo podrywaliśmy dziewczyny. Albo jedno i drugie. Od dwóch nawet wzięliśmy numery telefonów, tylko po to by nigdy do nich nie zadzwonić. W końcu na scenie pojawił się Rojek.

Ludzi było jak to na stadionie – od groma. Im bliżej barierek tym robiło się gęściej i trudniej było się przebić, ale ja musiałem być w pierwszym rzędzie. Musiałem być pod samą, ale to pod samą sceną. Po to tam przyszedłem. Dopóki nie dotknąłem ręką barierek, nie przestałem się pchać.

Zaczęli grać. I to mocno! Na pierwszy ogień poszli „Chłopcy”. Tyle razy siedziałem na chodniku słuchając tej piosenki, tak dobrze opisuje miejsce skąd pochodzę. Jej wersy mogłyby być epitafium mojego pokolenia. Dalej kolejny szlagier – „Dla Ciebie”, a potem „Chciałbym umrzeć z miłości”. Znów o mnie. Zresztą ich wszystkie numery są o mnie, dlatego śpiewałem każdy. Śpiewałem na całe gardło.

Wzruszałem się, skakałem i wyłem. Ciągle ktoś mnie popychał i deptał, a moje białe buty już nigdy miały nie być nawet szare. W powietrzu było tyle kurzu, że ciężko się oddychało i gdybym wtedy się wysmarkał, to chusteczka byłaby czarna. Po godzinie, miałem tak zdarte gardło, że Marcin nie rozumiał co do niego mówiłem, ale byłem w swoim żywiole i czułem, że życie jest spoko.

 

***

 

Dzisiaj obudziłem się o 10:00, puściłem „Can’t hold us” Macklemore’a, nalałem sobie soku ananasowego do szklanki i zrobiłem kanapkę z jajkiem, szynką i majonezem. Wyszedłem na balkon w krótkich spodenkach i japonkach wystawić buzię do słońca i popatrzeć na Wawel. Przeczesałem włosy dłonią, wziąłem gryza i pomyślałem, że życie jest spoko. Bo jest.

“Bates Motel” – tak się rodzi psychoza

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z kanałem 13th Street Universal

Pewnie nie kojarzycie “Psychozy”, co? “Scena pod prysznicem” wiązała Wam się z chwilą grozy tylko w momencie, gdy zabrakło wody przy spłukiwaniu farby do włosów?

Okej, słaby żart. Wiem, że doskonale znacie ten turbo klasyk Alfreda Hitchcocka z 1960 roku, a gdy zobaczyliście go po raz pierwszy jako nastolatkowie, przez kwartał kąpaliście się tylko w wannie. Spoko, ja też tak miałem. Zresztą, kto nie? Chyba tylko Ci, którzy nie widzieli tego thrillera owianego większym kultem, niż Całun Turyński. Kto widział choćby jednym okiem, drżał i zaciskał dłonie na poduszce w ataku paniki, ten z pewnością zadawał sobie pytanie…

 

Czemu Norman Bates został psychopatycznym mordercą?

Świeżtuki serial “Bates Motel” stara się opowiedzieć na to pytanie. Od 14 kwietnia na kanale 13th Street Universal możecie oglądać serię wydarzeń będących preludium do aktów zbrodni z “Psychozy”. “Bates Motel” opowiada historię Normana Batesa i jego symbiotycznej matki od momentu, gdy ten pierwszy ma 17 lat i dopiero zaczyna się zmieniać z wrażliwego introwertyka w zwyrodniałego socjopatę. Owa diaboliczna metamorfoza ukazana jest dość szczegółowo i każdy średnio wczuty widz będzie w stanie wyłapać doświadczenia wpływające na nią.

Ilość patologicznych sytuacji, w które pakuje się główny bohater przysporzyłaby o ból głowy nawet psychoterapeutów z Arkham. W serialu stopniowo pojawia się cały wachlarz toksycznych relacji jakie jest w stanie nawiązać nastolatek. Przy czym tą dominującą jest oczywiście “wyjątkowo bliski” związek z jego matką. Nie będę Wam zdradzał pikantniejszych szczegółów, ale nie tylko propagatorzy psychoanalizy Freuda stwierdziliby, że ten układ nie jest zdrowy.

Zaburzenia osobowości zaburzeniami, ale Was pewnie najbardziej zastanawia…

 

Jak się ogląda dojrzewanie przyszłego mordercy?

Dobrze. Serial nie jest arcy ciężki i po każdym odcinku nie trzeba odmawiać zdrowasiek odpędzających demony, aczkolwiek wprowadza uczucie niepokoju. Powiedziałbym, że jest wyważony. Nie ma serii drastycznych morderstw, jedno po drugim i wodotrysków z krwi. Jest stopniowe budowanie napięcia, tak aby zbrodnia była osadzona w konkretnym kontekście, a widz był świadomy jakie konsekwencje ze sobą niesie dla bohatera.

Pierwsze dwa odcinki są mocno wprowadzające. Wydawało mi się, że mnie nie wciągną, bo są zbyt lajtowe. Trzeci to zmienił. Kulminacja wydarzeń z poprzednich, wraz z ujawnianiem coraz mroczniejszego oblicza Normana Bates, sprawia, że czekasz na następny epizod. Czekasz, bo chcesz się dowiedzieć czy zabił. I jak sobie z tym poradzi. Wkręcasz się w ten chory świat zmanipulowanego 17-latka, bo chcesz zobaczyć jak uwikłanie się w fatalne sytuacje wpłynie na niego . Jak go zmieni.

A zmienia.

 

Tylko dla fanów “Psychozy”?

Nie tylko. Osoby, które widziały to kultowe dzieło, na pewno z serialu wyniosą więcej. Odkrywanie poszczególnych smaczków nawiązujących do filmu i dokładne poznanie podłoża późniejszego mordowania pod prysznicem, powinno sprawić im frajdę. Jednak Ci, którzy mają gdzieś thriller sprzed ponad 50 lat (gdzieś powyżej ud, a poniżej krzyża), a po prostu lubią się bać, będą mieli ku temu okazję. Wielokrotnie. Bo chyba są tu też tacy.

Są?