Close
Close

Koncert z komórki jest lepszy, niż na żywo?

Skip to entry content

W niedzielę w Krakowie grało Hey. Gwiazda. Artyści. Tacy prawdziwi, nie jak Gosia Andrzejewicz, czy Kasia Cerekwicka.

Każdy ich koncert jest dla mnie jak utrata dziewictwa. Najpierw o tym czytam, nerwowo zaciskając palce. Potem o tym myślę przed zaśnięciem, wizualizując „jak by to było gdyby…”. Później odliczam dni, godziny i minuty, aż w końcu jest, jest ten dzień. Idę nabuzowany. Lekko wstrząśnięty, niezmieszany. Pełen nadziei, pełen oczekiwań, przekonany, że będzie się działo. Oj, będzie!

I w odróżnieniu od pierwszego, bliższego kontaktu z reprezentantką płci przeciwnej, dzieje się. Oj, dzieje.

Pierwszy rząd mój, skopane kostki moje, zdarte gardło moje, wilgotne powieki moje. Powietrze gęste jest od nostalgii i nieszczęśliwej miłości. Ziemia pokryta jest krwią z otwartych ran w sercach publiczności. Przypływy emocji powodują powodzie po kostki. Brodzę w tym, współodczuwając weltschmerz z prowodyrką tego zamieszania. Patrzę na nią i widzę, że przeżywa na nowo, na nowo i na nowo, to o czym śpiewa. Przeżywam to razem z nią. Potrzebujemy tego, żeby się oczyścić. Oboje po to tu przyszliśmy.

Śpiewam z Nosowską zahipnotyzowany „chciałbym móc zanurzyć głowę w strumieniu twojej świadomości”, wspominając wszystkie byłe i myśląc o tej jednej jedynej przyszłej, a tu mi ktoś kurwa zasłania scenę komórką. No kurwa mać!

Chce się pochwalić, że ma Samsung Galaxy S III, czy wysyła sygnały do nadlatujących samolotów? No cholera jasna nic nie widzę, bo on nagrywa! Jest foto-wideo kamerzystą-montażystą-onanistą i będzie nagrywał cały koncert, a potem wyśle go na „Off Plus Camerę” albo na festiwal w Cannes nakładając filtry z Instragama. Przyszedł na koncert jednej z trzech kobiet w polskim mainstreamie, które same piszą sobie teksty i nie będzie słuchał. Nie będzie się wczuwał, przeżywał uniesień i otwierał sfery uczuć, do której normalnie nie jest w stanie dotrzeć. Nie dozna katharsis. Nie. On będzie nagrywał.

Nagrywał, żeby wrócić do domu i zobaczyć jak dobrze można było się bawić na tym koncercie. Żeby obejrzeć na komputerze, jakie emocje wywołuje w ludziach bezpośredni kontakt z świetną muzyką. Emocje, których nie doświadczył, bo nie miał kiedy. Bo nie było na to czasu. Bo był zajęty, skupiony, zaabsorbowany nagrywaniem.

Na komórce.

Zasłaniając mi scenę.

(niżej jest kolejny tekst)

Trasy Magiczne – wychodzenie z domu wersja ogólnopolska

Skip to entry content

Pamiętacie, że wychodzenie z domu działa i wyjeżdżanie za miasto też? Nie do końca, co? Spoko, odświeżę Wam pamięć.

Gazeta Wyborcza wraz z producentem opon Continental, przygotowała akcję o kryptonimie “Trasy Magiczne”. Z grubsza chodzi o to, żeby:

  • zachęcić ludzi do wyjazdów za miasto, plenerowych wycieczek i spędzania czasu na świeżym powietrzu
  • stworzyć największą bazę inspirujących, tras podróżniczych po Polsce, która finalnie zostanie wydana jako przewodnik.

Cele szczytne, założenia piękne, zdjęcia dodane w aplikacji też nie gorsze. Ale, ale, poza stricte ideowymi przesłankami, jest też inny motywator, który powinien Was zachęcić do uczestnictwa w akcji i dodania swojej propozycji wycieczkowej. Przy pierwszym etapie “Tras Magicznych” mogliście wygrać wszystko mający aparat Sony NEX-F3. Aktualnie, właśnie zaczął się drugi etap inicjatywy i…

 

Do zgarnięcia jest Samsung Galaxy Tab 2

Do 10 czerwca trwa drugi – ogólnopolski – etap, w którym 10 osób ma szansę wygrać powyższy tablet. Żeby tak się stało, musicie dodać w aplikacji swój pomysł na ciekawą, kilkudniową wycieczkę. I tym razem nie w obrębie swojego regionu, lecz po całej Polsce. Morze, góry, Mazury – wszystkie miejsca, gdzie można zapomnieć się na chwilę i odpocząć od miejskiego zgiełku wchodzą w grę.

Jedna ważna sprawa – musi być to miejsce, w którym faktycznie byliście i uważacie jest warte rekomendacji. Dzięki temu w bazie (i w przyszłym przewodniku) znajdą się trasy, które niosą ze sobą jakieś konkretne wartości podróżniczo-relaksacyjno-poznawcze, a nie tylko kilkugodzinną jazdę samochodem.

To co, masz jakieś zdjęcia z ostatniego wypadu nad jeziora, które mógłbyś wrzucić? Bo ja mam z góry i…

 

Proponuję Giewont


Tatry niby nie są w małopolskim, ale z Krakowa do Zakopanego wcale nie jest daleko, dlatego sugeruję wyjazd na górską wędrówkę (zahaczając o Poronin albo Biały Dunajec po drodze). Po pierwsze cisza, po drugie spokój, po trzecie świeże powietrze, po czwarte łydy i jędrne pośladki się same nie zrobią. A przyjemniej pozbywać się tłuszczu zdobywając szczyty, niż kisnąć na siłce w centrum miasta. Serio.

W zależności od kondycji można porwać się na Giewont (który zawsze jest choć trochę ośnieżony) i Kasprowy Wierch, lub bardziej stonowanie – na Morskie Oko i Czarny Staw przez Halę Kondratową. Jeśli naprawdę gdzieś macie poczuć magię, to właśnie w górach. Tam jest inny świat. Na wysokości 1600 metrów jest trochę jak przy locie samolotem, można w końcu spojrzeć na pewne sprawy z dystansu i odciąć się od codziennych problemów.

Przekonałem się do “Iron Mana”

Skip to entry content

Po wiosennych niewypałach, które miałem nieprzyjemność obejrzeć (średni “Poradnik pozytywnego myślenia” i tragiczny “Spring breakers”) ze sporymi oczekiwaniami wypatrywałem “Wielkiego Gatsby’ego”. W końcu zagra tam mistrz mistrzów na mistrzami – DiCaprio i słodziutka jak malinowy sorbet Mulligan. Polska premiera dopiero w piątek, więc filmu wypatruję nadal, ale żeby nie wypatrzeć sobie oczu do cna (ogniskując źrenice na siną dal), poszedłem na coś kompletnie z innej beczki. Na “Iron Mana 3”.

Jedynki chyba nie widziałem, dwójka przeleciała mi przed oczami jak gołębie na starym mieście, a na “Avengersów” nie załapałem się do kina, więc nie zrobili na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Lubię ekranizacje komiksów i w ogóle superbohatersko-sensacyjne filmy, ale nie jestem komiksowym świrem na wzór Sheldona z “Teorii Wielkiego Podrywu”. Po prostu lubię się rozerwać, jak to mawiają japońscy kamikaze, nieprzeintelektualizowaną rozrywką.

W tym duchu skoczyłem z chłopakami do kina zobaczyć…

 

Co ma do zaoferowania gość w blaszanym kombinezonie?

Bez owijania w sreberko powiem, że sporo. “Iron Man 3” lekko burzy teorię na temat sequeli, że zwiększanie się cyfry po nazwie filmu jest odwrotnie proporcjonalne do przyjemności z oglądania.

Trzecia część przygód kolesia latającego w maluchu po liftingu, ma zasadniczo wszystko, co powinien mieć dobry film kina akcji. Jest i sensowny motyw przewodni napędzający wydarzenia, i kozackie gadżety pobudzające wyobraźnię, i dobra maniura będąca przyczyną zwrotów akcji, i śmieszne (w dosłownym tego słowa znaczeniu) elementy komediowe. No i przede wszystkim akcja! Bardzo dużo akcji, ale nie tyle, co w “Transformers 3”, gdzie trzeba było całość obejrzeć w zwolnionym tempie, żeby ogarnąć co się dzieje na ekranie.

Nie chcę popadać w wazeliniarstwo, ale reżyser złapał zdrowe proporcje, uzyskując złoty środek między poszczególnymi elementami. Przede wszystkim…

 

Efekty specjalne są, ale nie psują filmu

Teraz wszędzie jest 3D. Nawet w przykrych polskich komediach (tak, chodzi mi o “Kac Wawę”). Nawet na wydrukach faktur. Nawet w szałasach na Galapagos.

W najnowszej ekranizacji “Iron Mana” też jest 3D. Jest też masa scen kręconych na green boxie i od cholery wizualizacji, do wygenerowania których zaprzęgnięto maszyny mające większą moc obliczeniową, niż komputery w NASA. Ale to wszystko wkomponowane jest w film z umiarem. Nie ma serii niekończących się wybuchów przez 90 minut, po którym następują napisy końcowe.

Jak Robert Downey tłucze się na śmierć i życie, to sypią iskry rozświetlając całą salę kinową, a dźwięk wyginanej blachy potrafi wybić z głowy nawet piosenkę recytowana podczas pierwszej komunii świętej. Ale jak ściąga ten metalowy kombinezon, bo akurat nie lata w przestworzach, tylko błąka się po jakimś zadupiu przez 30 minut, to też jest w porządku. Jak jest w filmie czas na przekazanie istotnych dla fabuły wątków, przez co jest więcej scen mówionych, niż tłuczony, to też nie ma zamuły.

Lasery, przerośnięte roboty kuchenne, kule ognia i wybuchający ludzie, na tyle nie przesłaniają filmu, że jest też miejsce na…

 

Dobre dialogi

I w kategorii kina akcji mówiąc dobre, mam na myśli śmieszne. I to śmieszne w praktyce, a nie tylko teorii.

Tony Stark z tymi włosami na żel, bródką na latynoskiego lowelasa i ciuchami w stylu śpieszę-się-na-autobus-do-Energy-2000 wygląda ultra przypałowo. Czerstwe gadki prowadzone z komputerem, któremu w dodatku nadał imię, też nie działają na jego korzyść. Mimo to, potrafi rzucić żartem na poziomie. Żartem, z którego śmieje się cała sala, nie tylko laski kolesi z logiem pitbulla na spodniach.

“Iron Man 3” doprawiony jest bardzo adekwatną ilością smaczków komediowych. Poza hasełkami Tony’ego, które rezolutnie rzuca do swojej dziewczyny (Gwyneth Paltrow – brałbym, brał!), 8-latka i czarnych charakterów, pojawia się sporo żartów sytuacyjnych. Choćby ten, gdy w kulminacyjnym momencie ostatecznej walki dobra ze złem, tuż przed zadaniem ciosu oswobodzającego ludzkość z rąk psychopaty, rozlatuje mu się zbroja.

O pozostałych gagach Wam nie powiem, żeby nie psuć zabawy, ale wiedzcie, że…

 

“Człowiek Z Żelaza 3” jest naszpikowany emocjami

…o których wcześniej nie wspomniałem.

Ekscytacja i zaskoczenie miesza się ze smutkiem i złością, przechodząc w końcu w radość i wzruszenie. Tak, dobrze przeczytałeś – wzruszenie. Też bym się nie spodziewał, ale na tej hollywoodzkiej, typowo komercyjnej produkcji można się nawet wzruszyć. Nie jest to taki strumień łez jak na “Avatarze”, “Titanicu”, czy choćby “Królu Lwie”, ale jest moment, że powieki robią się wilgotniejsze. Równoważy się to z momentami przejęcia się tragiczną i bezwyjściową sytuacją głównego bohatera, i poczuciem ognistej chęci dokopanie “temu złemu”.

Jeśli w korzystaniu z rozrywki chodzi o emocje, to tu je znajdziecie.