Close
Close

Maffashion vs. Jakóbiak – wstyd vs. duma

Skip to entry content

W momencie, w którym byłem przekonany, że na temat szafiarek padło już wszystko, co mogło zostać powiedziane, pojawił się odcinek Wojewódzkiego z  Maffashion i Łukaszem Jakóbiakiem. Katarzyna Same-słabe-filmy Bujakiewicz raczyła utożsamić w nim blogerki modowe z nastolatkami połykającymi nasienie w zamian za odzież. Jak bardzo absurdalnie z ust ćwierć aktoreczki by to nie brzmiało, nikt nie wyprowadził jej z błędu. Zwłaszcza główna zainteresowana – najpopularniejsza w Polsce szafiarka – Julia Kuczyńska.

Jak wypadła Maffashion u Wojewódzkiego? Cały zeszły tydzień upłynął na linczowaniu Maff. Nie ma co ukrywać wypadła słabo. Dużo poniżej oczekiwań i jej niezgrabne wypowiedzi na pewno nie wpłyną pozytywnie na nikogo z blogosfery. Ale nie mam zamiaru się nad nią pastwić. Mimo, że mocno jej kibicowałem i się zawiodłem, to nie mam pojęcia jak sam bym się zachował na jej miejscu. Może bym wszedł, zemdlał z emocji i zszedł, albo zamknął się w sobie i nie powiedział nic poza “cześć” przez cały program.

Nie wiem. Ale oglądając ten odcinek drugi, a później trzeci raz, zupełnie na spokojnie, rzuciło mi się w oczy coś innego. Zwróciłem uwagę na to, jak bardzo…

 

Łukasz Jakóbiak jest dumny z tego co robi

Od momentu zapowiedzenia przez Wojewódzkiego, aż do napisów końcowych emanował samozadowoleniem i przekonaniem o wyjątkowości tego co robi. Bez zbędnej fałszywej skromności chwalił się swoimi osiągnięciami i planami rozwoju programu. Totalnie na luzie opowiadał o tym gdzie chce dojść i co chce zdobyć. Nie wiem czy to kwestia solidnego przygotowania, czy wynika to bezpośrednio z jego charakteru, ale zupełnie naturalnie wyszło mu mówienie o swoich zaletach i podkreślanie mocnych stron.

Był ewidentnie dumny z tego, że – jak sam powiedział – jest bardzo komunikatywny i to dzięki temu gwiazdy pokazują swoje prawdziwe oblicze w jego kawalerce. I co jeszcze ważniejsze, ani przez chwilę nie dał odczuć, że internet to coś gorszego. Że sieć to punkt startowy, ale ogólnie prowadzenie programu na YouTube to przypał i robią tak tylko gimnazjaliści bez życia. Że niby jego sukces wziął się z internetu, ale tak naprawdę to go w ogóle nie lubi i to tylko chwilowe.

Zresztą sam rozmawiając z nim kilka miesięcy temu, czułem, że jest bardzo, ale to bardzo dumny z tego, że zyskał popularność robiąc w sieci  swoją autorską rzecz, a nie będąc telewizyjnym błaznem w jakimś infantylnym chłamie. Rozumiem to jak najbardziej i mam zresztą podobną postawę. Gdy ktoś mnie pyta czym się zajmuję, przede wszystkim mówię, że piszę bloga. Dopiero potem, że pracuję w agencji, a na końcu, że jeszcze studiuję. Zawsze w tej kolejności.

Jaram się tym co robię i nigdy w życiu by mi do głowy nie przyszło, że blog to jakaś ujma na honorze. A słuchając Julii miałem wrażenie, że

 

Maffashion wstydzi się, że jest szafiarką?

Wojewódzki: Czym się zajmuje Julia Kuczyńska?

Maffashion: Inaczej pytanie proszę.

Wojewódzki: Co robisz na co dzień.

Maffashion: Jem kanapkę.

Naprawdę nie mogła powiedzieć, że jest blogerką modową i zajmuje się tworzeniem stylizacji? Publiczne przyznanie się do swojej pasji jest jakimś wyższym stopniem żenady?

Wojewódzki: Jak zapytałem którą dziewczynę z internetu zaprosić, która zajmuje się modą, wszyscy mówili “najlepsza jest Julia”. Dlaczego?

Maffashion: Według statystyk. Czy jestem najlepsza? To nie mnie oceniać, każdy lubi co innego lubi inny styl. Niczym w żaden sposób się nie wyróżniam – nie mam zielonego irokeza, nie mam dredów, ubieram się raczej normalnie.

Rozumiem, że wrodzona skromność i jakaś dziwna kurtuazja kazała jej zaprzeczyć, że jest najlepsza. Przecież ma tylko 170 000 fanów na Fejsie (gdy inni mają góra po kilkadziesiąt), grała w teledysku Mroza, reklamówka z nią lata na MTV, a ona sama po całym świecie. Rozumiem, to jeszcze nic nie znaczy. Zresztą sam fakt, że Wojewódzki zaprosił akurat ją spośród tysięcy blogerek modowych, też nie jest czymś niezwykłym. Ale wmawianie, że niczym się nie wyróżnia i ubiera się normalnie? No to już przesada.

Ludzie kupujący w C&A niczym się nie wyróżniają, moje koleżanki z licencjatu ubierają się raczej normalnie, ale ona? Jeśli koturny z ćwiekami i złote lateksowe pończochy nie są niczym wyjątkowym, to albo jestem niewidomy, albo Warszawa straaasznie różni się od Krakowa. Czy to tak wielki wstyd powiedzieć “tak, jestem najpopularniejszą szafiarką w tym kraju i zajebiście się ubieram” w momencie, gdy faktycznie tak jest?

Przez cały program starała się uciec od tego, że jej sukces wziął się z dodawania świetnych zdjęć z rewelacyjnymi stylizacjami na stronę w internecie. Jakby sama nie wierzyła, że zajmowanie się modą w sieci to coś wartościowego. Ba, miałem wrażenie, że w ogóle rozróżnianie krojów, fasonów, faktur i interesowanie się ciuchami to przypał i lepiej o tym nie mówić, bo jeszcze ktoś weźmie to na serio. Nie wiem czy to ze względu na to, że sama nie ma przekonania do tego co robi, czy przez krzywdzący stereotyp na temat szafiarek jaki panuje w środowisku.

Z Julią nie mam kontaktu, więc nie ma szans na bezpośrednią rozmowę. Wątpię też, żeby ten tekst do niej dotarł, więc cała nadziej w Was drodzy czytelnicy. Możecie mi powiedzieć…

 

Co jest wstydliwego w byciu najlepszym?

Zawsze wydawało mi się, że każdy dąży do tego, żeby być specem w swojej dziedzinie. Czy to sportowcy, czy naukowcy, czy artyści, czy choćby striptizerki – jeśli ktoś robi coś z zamiłowania, to chce być w tym świetny. A jeśli już do tego dojdzie, to czuje dumę, że “tak, udało mi się, osiągnąłem to o czym zawsze marzyłem”. Wytłumaczcie mi proszę, czemu bycie najlepszą blogerką modową jest powodem do wstydu?

(niżej jest kolejny tekst)

Koncert z komórki jest lepszy, niż na żywo?

Skip to entry content

W niedzielę w Krakowie grało Hey. Gwiazda. Artyści. Tacy prawdziwi, nie jak Gosia Andrzejewicz, czy Kasia Cerekwicka.

Każdy ich koncert jest dla mnie jak utrata dziewictwa. Najpierw o tym czytam, nerwowo zaciskając palce. Potem o tym myślę przed zaśnięciem, wizualizując „jak by to było gdyby…”. Później odliczam dni, godziny i minuty, aż w końcu jest, jest ten dzień. Idę nabuzowany. Lekko wstrząśnięty, niezmieszany. Pełen nadziei, pełen oczekiwań, przekonany, że będzie się działo. Oj, będzie!

I w odróżnieniu od pierwszego, bliższego kontaktu z reprezentantką płci przeciwnej, dzieje się. Oj, dzieje.

Pierwszy rząd mój, skopane kostki moje, zdarte gardło moje, wilgotne powieki moje. Powietrze gęste jest od nostalgii i nieszczęśliwej miłości. Ziemia pokryta jest krwią z otwartych ran w sercach publiczności. Przypływy emocji powodują powodzie po kostki. Brodzę w tym, współodczuwając weltschmerz z prowodyrką tego zamieszania. Patrzę na nią i widzę, że przeżywa na nowo, na nowo i na nowo, to o czym śpiewa. Przeżywam to razem z nią. Potrzebujemy tego, żeby się oczyścić. Oboje po to tu przyszliśmy.

Śpiewam z Nosowską zahipnotyzowany „chciałbym móc zanurzyć głowę w strumieniu twojej świadomości”, wspominając wszystkie byłe i myśląc o tej jednej jedynej przyszłej, a tu mi ktoś kurwa zasłania scenę komórką. No kurwa mać!

Chce się pochwalić, że ma Samsung Galaxy S III, czy wysyła sygnały do nadlatujących samolotów? No cholera jasna nic nie widzę, bo on nagrywa! Jest foto-wideo kamerzystą-montażystą-onanistą i będzie nagrywał cały koncert, a potem wyśle go na „Off Plus Camerę” albo na festiwal w Cannes nakładając filtry z Instragama. Przyszedł na koncert jednej z trzech kobiet w polskim mainstreamie, które same piszą sobie teksty i nie będzie słuchał. Nie będzie się wczuwał, przeżywał uniesień i otwierał sfery uczuć, do której normalnie nie jest w stanie dotrzeć. Nie dozna katharsis. Nie. On będzie nagrywał.

Nagrywał, żeby wrócić do domu i zobaczyć jak dobrze można było się bawić na tym koncercie. Żeby obejrzeć na komputerze, jakie emocje wywołuje w ludziach bezpośredni kontakt z świetną muzyką. Emocje, których nie doświadczył, bo nie miał kiedy. Bo nie było na to czasu. Bo był zajęty, skupiony, zaabsorbowany nagrywaniem.

Na komórce.

Zasłaniając mi scenę.

Trasy Magiczne – wychodzenie z domu wersja ogólnopolska

Skip to entry content

Pamiętacie, że wychodzenie z domu działa i wyjeżdżanie za miasto też? Nie do końca, co? Spoko, odświeżę Wam pamięć.

Gazeta Wyborcza wraz z producentem opon Continental, przygotowała akcję o kryptonimie “Trasy Magiczne”. Z grubsza chodzi o to, żeby:

  • zachęcić ludzi do wyjazdów za miasto, plenerowych wycieczek i spędzania czasu na świeżym powietrzu
  • stworzyć największą bazę inspirujących, tras podróżniczych po Polsce, która finalnie zostanie wydana jako przewodnik.

Cele szczytne, założenia piękne, zdjęcia dodane w aplikacji też nie gorsze. Ale, ale, poza stricte ideowymi przesłankami, jest też inny motywator, który powinien Was zachęcić do uczestnictwa w akcji i dodania swojej propozycji wycieczkowej. Przy pierwszym etapie “Tras Magicznych” mogliście wygrać wszystko mający aparat Sony NEX-F3. Aktualnie, właśnie zaczął się drugi etap inicjatywy i…

 

Do zgarnięcia jest Samsung Galaxy Tab 2

Do 10 czerwca trwa drugi – ogólnopolski – etap, w którym 10 osób ma szansę wygrać powyższy tablet. Żeby tak się stało, musicie dodać w aplikacji swój pomysł na ciekawą, kilkudniową wycieczkę. I tym razem nie w obrębie swojego regionu, lecz po całej Polsce. Morze, góry, Mazury – wszystkie miejsca, gdzie można zapomnieć się na chwilę i odpocząć od miejskiego zgiełku wchodzą w grę.

Jedna ważna sprawa – musi być to miejsce, w którym faktycznie byliście i uważacie jest warte rekomendacji. Dzięki temu w bazie (i w przyszłym przewodniku) znajdą się trasy, które niosą ze sobą jakieś konkretne wartości podróżniczo-relaksacyjno-poznawcze, a nie tylko kilkugodzinną jazdę samochodem.

To co, masz jakieś zdjęcia z ostatniego wypadu nad jeziora, które mógłbyś wrzucić? Bo ja mam z góry i…

 

Proponuję Giewont


Tatry niby nie są w małopolskim, ale z Krakowa do Zakopanego wcale nie jest daleko, dlatego sugeruję wyjazd na górską wędrówkę (zahaczając o Poronin albo Biały Dunajec po drodze). Po pierwsze cisza, po drugie spokój, po trzecie świeże powietrze, po czwarte łydy i jędrne pośladki się same nie zrobią. A przyjemniej pozbywać się tłuszczu zdobywając szczyty, niż kisnąć na siłce w centrum miasta. Serio.

W zależności od kondycji można porwać się na Giewont (który zawsze jest choć trochę ośnieżony) i Kasprowy Wierch, lub bardziej stonowanie – na Morskie Oko i Czarny Staw przez Halę Kondratową. Jeśli naprawdę gdzieś macie poczuć magię, to właśnie w górach. Tam jest inny świat. Na wysokości 1600 metrów jest trochę jak przy locie samolotem, można w końcu spojrzeć na pewne sprawy z dystansu i odciąć się od codziennych problemów.