Close
Close

99 pytań do kolesia, którego czytasz

Skip to entry content

Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo dawno temu (na przełomie lat 80′-90′), na TVP latał pierwszy polskich talk-show. Nazywał się “100 pytań do…” i polegał na tym, że publiczność zadawała zaproszonym gościom tytułową stówkę pytań. Program zniknął z anteny zanim zdążyłem mieć w domu telewizor, ale idea przetrwała. Co jakiś czas pojawia się na blogach w postaci wpisów, w których czytelnicy zadają autorom najbardziej dociekliwe pytania, bądź sprawdzają ich wiedzę z matematyki.

I u mnie też się pojawia, tyle, że w okrojonej wersji, bo zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem na tyle popularny, by ktoś zadał mi setkę pytań. Jeśli zastanawiacie się…

 

Po co to?

…to już odpowiadam.

Po pierwsze, co jakiś czas dostaję mniej lub bardziej zaskakujące maile z pytaniami typu: gdzie kupuję bandaże, w jakiej temperaturze najlepiej je prać i czy będę w sobotę w Rozrywkach. Chcę zebrać wszystkie kluczowe i najbardziej interesujące Was kwestie w jednym miejscu, żeby zagrać w otwarte karty, odkryć moje mroczne oblicze i wprowadzić jasność na tym spowitym tajemnicami blogu.

Po drugie, strasznie pozazdrościłem tym znanym i lubianym, którzy przeprowadzali u siebie pytaniową akcję i też tak chcę!

Po trzecie, będę debiutował na YouTube. Złapałem zajawkę na vlogi, web-showy i wydurnianie się do kamery, i odpowiadanie na Wasze pytania, to chyba najlepsza okazja, żeby zacząć przygodę z wideo.

Po czwarte, zdałem rozszerzenie z matmy na 50% i dodawanie liczb całkowitych mam w małym palcu (aczkolwiek z odejmowaniem już gorzej, więc proszę o wyrozumiałość).

No to…

 

Do dzieła!

Akcja jest prosta – w komentarzach zadajecie pytania, aż nie zobaczymy magicznej liczby 99 (założyłem, że dobijemy do niej przed końcem świata, więc powinno się udać). Gdy to się stanie, biorę kamerę (Nokię 3310 przerobioną na toster), odpowiadam na Wasze pytania i nagrywam epokowe dzieło, które przejdzie do historii kinematografii. Można pytać o wszystko, ale z wyczuciem. Poglądy polityczne, pomysły na wpisy, przepisy na jajecznicę – tak, obwód w pasie, wielkość nosa – nie. Odpowiem na wszystkie rzeczowe i absurdalne pytania, pod warunkiem, że drastycznie nie wkroczą w moją prywatność.

No to bawimy się! Zawsze chciałeś spytać o…

(niżej jest kolejny tekst)

7 irytujących motywów w filmach akcji

Skip to entry content

Odradzaliście “Tylko bóg wybacza”, to poszedłem na “Człowieka ze stali”. Po świetnym “Iron Manie 3”, liczyłem, że kolejna reinkarnacja Supermana będzie równie lekką i zgrabnie podaną formą rozrywki. No nie była. Z której strony by nie patrzeć, to typowy średniak. Ani spektakularna porażka, ani wybitne dzieło. Superman chowając majtki pod kostium, ukrył też dreszczyk emocji magnetyzujący widzów. W filmie zabrakło napięcia i fascynacji głównym bohaterem. Za to obraz pełen był irytujących motywów, notorycznie powielanych w niemal wszystkich filmach akcji.

Najbardziej wkurzające akcenty we wszystkich “Spider-manach”, “Szklanych pułapkach”, “Matrixach”, “Terminatorach” i “Predatorach”, to:

 

#1 – Niekończące się magazynki

Choćby mieli strzelać do siebie 6 dni i 15 nocy, to amunicja się nie kończy. Co z tego, że główny bohater używa AK-47, który mieści 30 naboi? To przecież jeszcze nie oznacza, że nie może oddać 180 strzałów bez przeładowania.

 

#2 – Kod na niewidzialność

Cały oddział SWAT zrzuca bomby, wąglika i wygłodzoną Chytrą Babę z Radomia na naszego herosa. Nie trafia. Nawet powiew wiatru z bazooki mu włosków nie zmierzwi. Nic, zero. Wszystkie naboje go omijają. Po czym on jeden (wyposażony w zardzewiałą łyżkę), morduje 6 tuzinów żołnierzy jednostki specjalnej.

 

#3 – Zdewastuj całe miasto, uratuj kulawego psa

To już motyw stricte z “Człowieka z żelaza” i innych filmów o gościach z nadprzyrodzonymi mocami.

Typ naparza się po całym śródmieściu Nowego Jorku. Rozpieprza wszystkie wieżowce w zasięgu rzutu cysterną. Miasto płonie, sodoma i gomora, martwe dzieci i zniszczenie. W zgliszczach drapaczy chmur dogorywa z pół miliona ofiar, a pozostały milion zginął na miejscu w trakcie wypłacania sobie liści z Tym Złym. Ale to nic, że miasto poniosło takie straty. W końcu czarny charakter został schwytany! 

I co?

I nic. Zostaje wypuszczony!

Czemu? 

Bo super-hero stwierdził, że życie kulawego psa i bezdomnego (których Ten Zły wziął za zakładników) jest ważniejsze, niż unicestwienie wroga ludzkości z którym zmaga się od początku filmu.

 

#4 – Niepotrzebne akty miłosierdzia

Arcy mocne trzęsienie ziemi. Podłoga pod stopami Tego Dobrego i Tego Złego pęka na głębokość 18 Jezusów ze Świebodzinia. Wystarczy chuchnąć mocniej w twarz Temu Złemu, żeby spadł w przepaść. Zresztą tak chłopaka zarzuciło, że sam w nią wpadł i tylko opuszkiem małego palca u stopy trzyma się na krawędzi. Ten Dobry mógłby już pójść do domu i popijać Piccolo, świętując kolejne uratowanie świata, ale nie. Stwierdza, że czarny charakter jest jednak szary i zamiast go unicestwić, albo chociaż urwać jaja, podaje mu rękę. Zbiera mu się na litość, wybawia go z opresji, ratuje mu życie i zaraz po tym naiwnym akcie miłosierdzia dostaje od niego bęcki.

 

#5 – Rozmowy w przestworzach

Każdy absolwent podstawówki wie, że na wysokości 10 000 kilometrów (a zwłaszcza w kosmosie) dźwięk rozchodzi się lepiej, niż na ziemi. Lewitując w powietrzu nic nie zakłóca fal dźwiękowych i można swobodnie rozmawiać, bez obawy o szumy komunikacyjne.

 

#6 – Złam miednicę, skacz po ciężarówkach

Główni bohaterowie są niezniszczalni. To wiadome i taka jest konwencja. Mogą zeżreć kilo śrutu popijając wanną napalmu i nic. W najgorszym wypadku lekko im się odbije. Natomiast wszystkie pozostałe postacie – pucybuty, pomagierzy, padawani i rodzina super-hero – są zniszczalne i śmiertelne. O to chodzi i tak jest cel. Jeśli by tak nie było, to główny bohater nie miałby kogo bronić. Mimo to, gdy kompan Tego Dobrego (zazwyczaj w jednej z końcowych scen) straci nogę dostając manto od Tego Złego, już po 5 minutach jest w pełni sił by beztrosko skakać między wieżowcami.

 

#7 – Pokonaj prędkość światła by uratować świat, spędź pół godziny na słuchania sentymentalnych głupot

W każdy szanującym się filmie akcji jest scena wyścigu z czasem. Głównym bohater pędzi z duszą na ramieniu, żeby wyłączyć zapalnik bomby wodorowo-amotowo-neutronowo-drożdżowej i uratować świat. Łamie ograniczenie 50km/h w terenie zabudowanym i często wyprzedza bez świateł mijania (nawet na pasach). Wszystko po to, by nasza planeta nie wybuchła. Gdy w końcu dociera do celu, trzaska freeza jak rasowy b-boy i przez 2 kwadranse słucha tendencyjnych wynurzeń Tego Złego, na temat tego, czemu chce zniszczyć świat. A zegar tyka.

 

#8 – Wkurza Cię coś jeszcze?

Jeśli zapomniałem o jakimś wybitnie irytującym motywie, powtarzającym się w filmach akcji jak piątek po czwartku, to śmiało – komentarze są Twoje. Reżyserowie i producenci raczej nagle się nie ogarną, ale zawsze będzie lżej na sercu.

Wczoraj czekając na przypływ weny, siedziałem na plantach i liczyłem dziewczyny bez staników. Gdy już poczułem falę endorfin wywołaną nieobwisłym 75C, w kadr wtarabanił się szalony 40-latek. Taki ze stylówą na wykładowcę z UEKu – białe skarpy, sandacze, szare bojówki, flanela w kratę, przetarta na łokciach marynara i grzywa. Naturalna, epicka grzywa wyhodowana na odżywkach L’Oreal, zaczesana z karku na czoło. Typowy ruchacz łamiący serca wszystkim polonistkom z pierwszego roku.

Gdy słodka woń zielonego Bonda, wymieszana z świeżym potem spod niemytej pachy owego dżentelmena, przestała drażnić moje nozdrza i pobudzać żołądek do wymiotów, na pierwszym planie pojawił się równie fascynujący obiekt. Niestety nie był nim ani dojrzewający biust niewinnej licealistki, ani obfity dekolt wulgarnej bizneswoman. Frapującym obrazem, który do tej pory nie może opuścić mojej głowy, były pseudo-dredy przyczepione do potylicy na wpół wyłysiałej czaszki.

Takie 3 kikuty, podobne do zasuszonych psich odchodów, odstające z tyłu głowy. Bardzo estetyczne.

Właściciel tego dzieła Edwarda Nożycorękiego po kodeinie, ewidentnie nie mógł się pogodzić z utratą włosów.  I nie jest jedyny. Odkąd zrobiło się ciepło, falami widuję podobnych wirtuozów grzebienia i lakieru. Z ledwie zauważalnej kępki włosów próbują wytapirować afro godne Williamsa z „Wejścia smoka”. Zaginają czasoprzestrzeń jak mogą. Albo usiłują naciągnąć włosy łonowe na zakola, albo wmawiają otoczeniu, że to czoło od brwi do karku z meszkiem po bokach, to tak specjalnie. Albo nie daj boże z ostatnich 5 kłaczków będą stawiać irokeza.

Sorry ziom, ale jak masz słabe geny i wyłysiałeś przed 30-stką, to tego nie cofniesz.

Nie bądź głupi. Nie okłamuj się. I przede wszystkim – przestań robić z siebie pośmiewisko. Jeśli dałoby się zatrzymać lub cofnąć łysienie, to myślisz, że…

 

Książę William by nie skorzystał?

Tak jak panny nie zaczarują cellulitu (o czym pisała Monika z Black Dresses), tak faceci w magiczny sposób nie zaczną się nagle budzić z bujnymi czuprynami. Domyślam się, że to przykre stracić włosy szybciej, niż zdolność kredytową, ale bądź mężczyzną. Przyjmij to na klatę! Zetnij te żałosne krzaczki doszczętnie niszczące Twoją aparycję. Łysienie to przypadłość, brak włosów to wybór.

Zgolenie się na zero, to jedyna słuszna droga w tym przypadku. Przestajesz wyglądać jak komiczny oblech, zaczynasz być zadbanym facetem. Czasu nie cofniesz, włosów nie przylepisz. Jedyne co możesz zrobić, to pogodzić się z sytuacją i dostosować się do niej. Zresztą, zupełnie nie ma nad czym rozpaczać.

Dziewczyny lubią łysych facetów. Całkowicie.