Close
Close

Odkąd zacząłem pisać bloga (i ktoś poza mną zaczął go czytać) chciałem zrobić sobie koszulki z nim związane. Głównie po to, żeby nadać mu wymiar materialny. Żeby przenieść tę stronę z wirtualnej rzeczywistości na podwórka, parki, miejsca pracy, uczelnie i kluby (i przede na wszystkim czytelniczki). Poza zmaterializowaniem bloga w świecie realnym, te koszulki to też trochę test mojej pozycji i zarazem spełnienie ambicji. Zawsze chciałem zrobić coś, co dotrze do ludzi, co ich poruszy i z czym będą chcieli się utożsamiać. Manifestować zbieżność poglądów. I de facto teraz się okaże czy Stay Fly jest już na takim poziomie, czy to tylko mnie się coś uroiło od siedzenia przed komputerem.

Razem z moją przyjaciółką – Ewą Chruściel (absolwentką krakowskiej ASP, której prace możecie sprawdzić tu i tu), zaprojektowaliśmy dwa wzory. Pierwszy…

 

“Czytam polskie blogi”

I drugi…

 

“Serce z tagów”

Negocjujemy z jedną szwalnią, ale jeśli akcja koszulkowa dojdzie do skutku, to będą to bardzo dobre gatunkowo t-shirty, które nie prześwitują, nie spierają się, ani nie drą. Zasadniczo będą tej samej jakości, co ciuchy pewnej modnej streetwearowej marki, której nazwy nie mogę wymienić, bo by mnie ukamienowali. Orientacyjna cena – około 5 dych. Ale zanim do tego dojdzie, chciałbym dowiedzieć się co o tym w ogóle sądzicie.

Czy to dobry pomysł, czy mnie za mocno fantazja poniosła? I który wzór lepszy (bo na starcie możemy puścić tylko jeden)?

(niżej jest kolejny tekst)

Ludzie usprawiedliwią każdą farsę

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Kevin Clary

Tomek nie był typem turbo romantyka czekającego na tę jedną, jedyną, ze świeżo ściętym tulipanem w ręku. Lubił imprezy, dziewczyny i używki. W liczbie mnogiej, z wzajemnością, w różnej kolejności. Dołóż do tego hajs i sławę, i masz wszystko czego mógł chcieć nastolatek pochodzący z rozbitej rodziny, z robotniczego osiedla.

Fejm w miarę się zgadzał, ale z kasą było średnio, bo nie był na tyle głupi by w wpakować się w dilerkę, jak większość kumpli z osiedla. Nie powiem, żeby był mądry, ale inteligentny z pewnością i, co więcej, utalentowany. Nie był jednym z tych, co wrzucają chrom na mur, tagując to 3-literową ksywką i dumnie obwieszczają, że są wizjonerami street artu. Koleś autentycznie portafił tworzyć graffiti. Świetne graffiti! Na tyle dobre, że trafiło na okładki dwóch płyt, które pojawiły się na półkach w Empiku i kilkunastu gazet.

Miał potencjał. Spory. Musiał go tylko rozwijać. I miał go rozwijać.

Za każdym razem, gdy tylko gadaliśmy o nauce, szkole i maturach, dumnie deklarował, że gdy będzie już po, to wszystkim pokaże. Będzie miał w końcu czas na malowanie i wszystkim udowodni, jak bardzo jest w tym dobry. Bedzie artystą! Nie pójdzie do pracy na 8 godzin, jak te dziobaki z dobrych rodzin, które nigdy nie dawały mu ściagąć na klasówkach. Nie będzie tyrał jak ojceic. Nie będzie chodził do roboty jak matka.

Nigdy!

Zrobi sobie pracę z hobby. Ludzie, przedsiębiorcy, organizacje, miasta, wytwórnie muzyczne, inni artyści będą mu płacić za to żeby malował. Żeby tworzył dla nich. A ta stara raszpla z historii zacznie bić się w pierś, przepraszając niebiosa za to, że co semestr wystawiała mu zagrożenie. Taki był plan, tak miało być, to było pewne. Do dziś pamiętam jego mantrę recytowaną przy każdym pieszym powrocie z imprezy:

Kiedyś namaluję mural na Spodku. Mural na spodku, za który miasto Katowice zapłaci mi tyle hajsu, że już nigdy nie będę chodził z buta. Zawsze będę jeździł taksą.

W życiowych planach Tomka oczywiście pojawiały się też takie przymioty ulicznego artysty jak: buty na każdy dzień roku, 200-metrowe mieszkanie z oknami od podłogi po sufit, własne pełnowymiarowe boisko do kosza, czy żona – modelka Victoria’s Secret. Jednak tylko ten mural, za który wszędzie będzie mógł wozić się taryfą, powtarzał gorliwie przy każdej rozmowie o przyszłości.

Mówił to z takim przekonaniem, taką pewnością w głosie, takim skupieniem w oczach…

Nikt nie miał wątpliwości, że tak będzie. On sam również nie dopuszczał możliwości, że może być inaczej. W jego, bądź co bądź, sporej wyobraźni, nie mieściła się sytuacja, w której od poniedziałku do piątku chodzi do zakładu pracy, mieszka w M2 z żoną i dwójką dzieci, i odkłada na nowy telewizor. Przysięgał, że prędzej rzuci się pod tramwaj, niż zacznie nim regularnie jeździć do tyrki.

Nie rzucił się.

Po skończeniu liceum dalej trzymaliśmy się razem, ale coś jakby mniej. Mniej było tych wspólnych powrotów ze wspólnych imprez i śmiałych planów, które w zasadzie powinny być już w fazie realizacji. Gdy rok później wyjechałem do Krakowa, kontakt zupełnie się urwał. Trochę to przykre, ale byłem na tyle dużym chłopcem, by zrozumieć, że „tak bywa”.

Nie gadaliśmy kilka lat. Aż do ostatniej Wielkanocy.

Wróciłem do domu na święta i spotkałem go w autobusie. Nic tak nie sprzyja intymnym rozmowom jak zatłoczony 723, więc zaczął mnie wypytywać „co tam w wielkim świecie”. Streściłem mu w 45 sekund 56 miesięcy mojego życia, podkreślając, że mimo niepowodzeń idę po zwycięstwo jak Mourinho z Chelsea. Po czym nastąpiło odbicie piłeczki. Już sam fakt, że spotykamy się w autobusie, a nie taksówce, lekko mnie zaniepokoił, ale nie chciałem wyprzedzać zdarzeń.

Dałem mu się zaskoczyć. I udało mu się.

Wciąż mieszkał z matką. Wciąż w tej klaustrofobicznej kawalerce. Miał za to nowe buty – chociaż nie, nowe to złe słowo, bo wyglądały na mocno zużyte. Miał inne buty, niż jak widzieliśmy się ostatnio. Z żoną też jakby nie do końca pykło. Udało mu się zapłodnić dużo za dużo młodszą dziewczynę, której imię zapamiętał dopiero na sprawie alimentacyjnej. I praca. Tak miał pracę, ale bynajmniej nie było nią jego hobby. Był magazynierem w tej samej fabryce, w której pracowała jego matka. Tak, zgarnął pełen zestaw.

Ja wiem, że w życiu różnie bywa. Wiem. Wiem, że choroby, powodzie i zły rząd. Że życie depcze wyobraźnię, a wszystkim rządzi pył z jarzeniówek w amfetaminie i martwi królowie na banknotach. Jasne. Ale gdy spytałem go, czy jest szczęśliwy, czy jest spełniony, czy tak miało być, odpowiedział, że bardzo spoko. Że wyciska życie jak cytrynę. Że w przyszłym miesiącu dostanie umowę o pracę i będzie mógł wziąć na raty 40-calowego Philipsa z HD. Że ma telefon z Androidem za półtora kafla, ale zapłacił tylko 500, bo wyczaił mega okazję na Ceneo. A w ogóle to zrobił w mieszkaniu remont i teraz ma żaluzje na pilota, a nikt na osiedlu takich nie ma. Nic o malowaniu, nic o jeżdżeniu taksą, nic o spodku.

Dzięki Tomkowi na zawsze zapamiętam co znaczy relatywizm.

Obszerna i wyczerpująca recenzja “Kac Vegas 3”

Skip to entry content

Nie oglądajcie tego filmu.

Jest beznadziejny.

Serio.