Close
Close

Ludzie usprawiedliwią każdą farsę

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Kevin Clary

Tomek nie był typem turbo romantyka czekającego na tę jedną, jedyną, ze świeżo ściętym tulipanem w ręku. Lubił imprezy, dziewczyny i używki. W liczbie mnogiej, z wzajemnością, w różnej kolejności. Dołóż do tego hajs i sławę, i masz wszystko czego mógł chcieć nastolatek pochodzący z rozbitej rodziny, z robotniczego osiedla.

Fejm w miarę się zgadzał, ale z kasą było średnio, bo nie był na tyle głupi by w wpakować się w dilerkę, jak większość kumpli z osiedla. Nie powiem, żeby był mądry, ale inteligentny z pewnością i, co więcej, utalentowany. Nie był jednym z tych, co wrzucają chrom na mur, tagując to 3-literową ksywką i dumnie obwieszczają, że są wizjonerami street artu. Koleś autentycznie portafił tworzyć graffiti. Świetne graffiti! Na tyle dobre, że trafiło na okładki dwóch płyt, które pojawiły się na półkach w Empiku i kilkunastu gazet.

Miał potencjał. Spory. Musiał go tylko rozwijać. I miał go rozwijać.

Za każdym razem, gdy tylko gadaliśmy o nauce, szkole i maturach, dumnie deklarował, że gdy będzie już po, to wszystkim pokaże. Będzie miał w końcu czas na malowanie i wszystkim udowodni, jak bardzo jest w tym dobry. Bedzie artystą! Nie pójdzie do pracy na 8 godzin, jak te dziobaki z dobrych rodzin, które nigdy nie dawały mu ściagąć na klasówkach. Nie będzie tyrał jak ojceic. Nie będzie chodził do roboty jak matka.

Nigdy!

Zrobi sobie pracę z hobby. Ludzie, przedsiębiorcy, organizacje, miasta, wytwórnie muzyczne, inni artyści będą mu płacić za to żeby malował. Żeby tworzył dla nich. A ta stara raszpla z historii zacznie bić się w pierś, przepraszając niebiosa za to, że co semestr wystawiała mu zagrożenie. Taki był plan, tak miało być, to było pewne. Do dziś pamiętam jego mantrę recytowaną przy każdym pieszym powrocie z imprezy:

Kiedyś namaluję mural na Spodku. Mural na spodku, za który miasto Katowice zapłaci mi tyle hajsu, że już nigdy nie będę chodził z buta. Zawsze będę jeździł taksą.

W życiowych planach Tomka oczywiście pojawiały się też takie przymioty ulicznego artysty jak: buty na każdy dzień roku, 200-metrowe mieszkanie z oknami od podłogi po sufit, własne pełnowymiarowe boisko do kosza, czy żona – modelka Victoria’s Secret. Jednak tylko ten mural, za który wszędzie będzie mógł wozić się taryfą, powtarzał gorliwie przy każdej rozmowie o przyszłości.

Mówił to z takim przekonaniem, taką pewnością w głosie, takim skupieniem w oczach…

Nikt nie miał wątpliwości, że tak będzie. On sam również nie dopuszczał możliwości, że może być inaczej. W jego, bądź co bądź, sporej wyobraźni, nie mieściła się sytuacja, w której od poniedziałku do piątku chodzi do zakładu pracy, mieszka w M2 z żoną i dwójką dzieci, i odkłada na nowy telewizor. Przysięgał, że prędzej rzuci się pod tramwaj, niż zacznie nim regularnie jeździć do tyrki.

Nie rzucił się.

Po skończeniu liceum dalej trzymaliśmy się razem, ale coś jakby mniej. Mniej było tych wspólnych powrotów ze wspólnych imprez i śmiałych planów, które w zasadzie powinny być już w fazie realizacji. Gdy rok później wyjechałem do Krakowa, kontakt zupełnie się urwał. Trochę to przykre, ale byłem na tyle dużym chłopcem, by zrozumieć, że „tak bywa”.

Nie gadaliśmy kilka lat. Aż do ostatniej Wielkanocy.

Wróciłem do domu na święta i spotkałem go w autobusie. Nic tak nie sprzyja intymnym rozmowom jak zatłoczony 723, więc zaczął mnie wypytywać „co tam w wielkim świecie”. Streściłem mu w 45 sekund 56 miesięcy mojego życia, podkreślając, że mimo niepowodzeń idę po zwycięstwo jak Mourinho z Chelsea. Po czym nastąpiło odbicie piłeczki. Już sam fakt, że spotykamy się w autobusie, a nie taksówce, lekko mnie zaniepokoił, ale nie chciałem wyprzedzać zdarzeń.

Dałem mu się zaskoczyć. I udało mu się.

Wciąż mieszkał z matką. Wciąż w tej klaustrofobicznej kawalerce. Miał za to nowe buty – chociaż nie, nowe to złe słowo, bo wyglądały na mocno zużyte. Miał inne buty, niż jak widzieliśmy się ostatnio. Z żoną też jakby nie do końca pykło. Udało mu się zapłodnić dużo za dużo młodszą dziewczynę, której imię zapamiętał dopiero na sprawie alimentacyjnej. I praca. Tak miał pracę, ale bynajmniej nie było nią jego hobby. Był magazynierem w tej samej fabryce, w której pracowała jego matka. Tak, zgarnął pełen zestaw.

Ja wiem, że w życiu różnie bywa. Wiem. Wiem, że choroby, powodzie i zły rząd. Że życie depcze wyobraźnię, a wszystkim rządzi pył z jarzeniówek w amfetaminie i martwi królowie na banknotach. Jasne. Ale gdy spytałem go, czy jest szczęśliwy, czy jest spełniony, czy tak miało być, odpowiedział, że bardzo spoko. Że wyciska życie jak cytrynę. Że w przyszłym miesiącu dostanie umowę o pracę i będzie mógł wziąć na raty 40-calowego Philipsa z HD. Że ma telefon z Androidem za półtora kafla, ale zapłacił tylko 500, bo wyczaił mega okazję na Ceneo. A w ogóle to zrobił w mieszkaniu remont i teraz ma żaluzje na pilota, a nikt na osiedlu takich nie ma. Nic o malowaniu, nic o jeżdżeniu taksą, nic o spodku.

Dzięki Tomkowi na zawsze zapamiętam co znaczy relatywizm.

(niżej jest kolejny tekst)

Obszerna i wyczerpująca recenzja “Kac Vegas 3”

Skip to entry content

Nie oglądajcie tego filmu.

Jest beznadziejny.

Serio.

Jakiej muzyki świadomie słuchają Polacy?

Skip to entry content

Media komercyjne z definicji nastawione są na maksymalizację zysków, przez co powinny puszczać to czego chcą ludzie. To co się sprzedaje. Co jest najpopularniejsze w danym regionie. Co ma największa liczbę odbiorców.

Celowo piszę “powinny”, bo na przykładzie polskiego podwórka można zaobserwować, że nie jest to regułą. Odkąd zacząłem interesować się muzyką (5-6 klasa podstawówki), w RMFie, Radiu Zet, na Vivie i w MTV zawsze puszczali jakiś beton. Jakieś gówno typu Varius Manx, Kasia Cerekwicka, Kombi albo niemogącą muzycznie zemrzeć Beatę Kozidrak. W życiu nie zdarzyło mi się zapamiętać żadnego ich kawałka poza refrenem “Orła cień” i nie przypominam też sobie, żeby którykolwiek z moich znajomych kupił ich kasetę. A jednak młócili to w tych dużych mediach nieustannie.

A nie powinni. Poza przypadkowymi osobami włączającymi radio do kotleta, taksówkarzami, kierowcami TIRów i emerytkami, nikt tego nie słuchał. Nikt się tym nie jarał. I jest tak nadal. Nie wierzycie? To sprawdźmy…

 

Ile osób utożsamia się z najpopularniejszymi popowcami?

Hmm… gwiazda nad gwiazdy, Dorota Doda Rabczewska, co to podobno jest królową i to w dodatku tylko jedną, ma ledwo 190 tysięcy fanów? To mniej, niż liczba mieszkańców Sosnowca. Trochę mało biorąc pod uwagę fakt, że nie ma tygodnia bez niusa o niej na Pudelku i tłoczą jej postać we wszystkich kolorowych pismach, programach i młodzieżowych radiach. Ale mniejsza z nią. Można było się domyśleć, że mało kto chce się z nią identyfikować, bo de facto jej klipów na YouTube tez nikt nie ogląda.

Za to takie asy polskiej piosenki jak “zespół” Weekend powinny rządzić, co?

No nie rządzą. 46 tysięcy fanów.  To tyle co liczebność jakieś większej dziury na Podkarpaciu. Oczywiście jak osoby w wieku okołostudenckim wyjadą do Rzeszowa. Jak to się mogło stać, przecież ich zakalec ma ponad 65 milionów? Czyżby wszyscy puszczali “Ona tańczy dla mnie” dla żartu i toczyli z nich bekę większa, niż z Pikeja? Jest tylko jedna poprawna odpowiedź na to pytanie i wiem , że ją znasz.

Dobra, skoro nikt się nie identyfikuje z popowymi gwiazdkami i słucha ich mimochodem podczas oddawania stolca, to w takim razie…

 

Z kim słuchacze w Polsce chcą się utożsamiać?

Liczby mówią same za siebie. Polski rap to siła. Siła, która ma za sobą rzesze świadomych ludzi, sięgających po tę muzykę z własnego wyboru. Siła, której ukręcało się łeb w zarodku. Która przez lata była tłamszona, spychana do podziemia. O której się nie mówiło, a duże media udawały, że nie istnieje. Że to przelotna moda, chwilowa fanaberia.

I nagle, nagle po sukcesie “Jesteś Bogiem” i “Równonocy” Donatana, wszystkich w Polsacie, TVNie i Esce olśniło. Nagle przetarli oczy i zobaczyli, że taki nurt jak rap w naszym kraju istnieje. Ba, pod kątem ilości sprzedawanych płyt i granych koncertów bezwzględnie zdominował wszystkie inne gatunki. I cieszy mnie to jak cholera.

Jasne – ani Dowbor, ani Mołek, ani żaden festiwalowy konferansjer nie potrafi sensownie ugryźć tematu. Ale po stokroć wolę widzieć na “Top Trendach” Gurala, Pezeta, czy nawet Chadę, niż kolejną bezpłciową Gosią Andrzejewicz z tekstami Jacka Cygana.

 

A Ty?

Kogo Ty słuchasz z własnego wyboru, a nie dlatego, że radiowa ramówka wepchnęła Ci go nieświadomie do uszu? Kogo widziałbyś na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu zamiast Bajmu i Budki Suflera?