Close
Close

14 dowodów na to, że nie jesteś już nastolatkiem

Skip to entry content

W sobotę byłem na koncercie Borgore’a w Fortach Kleparz. Dubstep nie jest moją największą muzyczną miłością, ale nic tak nie ożywia jak wobble z rana. Zresztą, o jakiejkolwiek porze dnia nie jechałbym na rowerze przez zatłoczone miasto, to taka łupanka też daje kopa. Biorąc pod uwagę również fakt, że moja przygoda z tym gatunkiem zaczęła się od „Nympho”, to nie miałem wyboru. Musiałem pójść na ten koncert.

Przed wejściem do klubu, w tracie imprezy i po niej, czułem się jak totalny zgred. Duża część moich znajomych też słucha ciężkiej muzyki elektronicznej, więc spodziewałem się, że na sali będą jacyś moi rówieśnicy. Niestety, rzeczywistość po raz kolejny okazała się brutalna. Wyszło na to, że mocno zawyżałem średnią wieku, która oscylowała w okolicach rocznika ’95. Tak, było masę dzieciaków, które mocno podważyły moje przekonanie o nie mijającej młodości.

Starością na szczęście również nie mogę nazwać obecnego stanu, ale uzmysłowiłem sobie, że czasy nastoletnie to jednak były co najmniej 6 lat temu (a cały czas byłem przekonany, że wczoraj). Poniżej 14 sygnałów krzyczących, że jesteś już 20+:

 

1. Nie umawiasz się 2 godziny przed startem imprezy, żeby spić się sklepowym browarami za klubem.

2. Wchodzisz na koncert 30 minut przed gwiazdą główną, a nie godzinę przed pierwszym supportem.

3. Nie wchodzisz do klubu nabity jak poduszka na szpilki.

4. Ludzie w kolejce przed Tobą wymieniają zespoły, których nazw w życiu nie słyszałeś i w sumie nie jesteś w stanie powtórzyć.

5. Nie szkoda Ci dwójki na szatnię.

6. Nie próbujesz wnieść ćwiartki Starogardzkiej w nogawce.

7. Obruszasz się, gdy ktoś chce wysępić od Ciebie fajkę.

8. Nie czujesz gigantycznego przypływu euforii za każdy razem, gdy wokalista krzyczy „zróbcie wieeelki, pierdoloooony hałaaaaas!”.

9. Denerwujesz się, gdy ktoś regularnie wbija Ci łokieć w żebra, mimo, że nie stoisz pod samą sceną.

10. Nie odpowiadasz twierdząco za każdy razem, gdy wokalista pyta „Kraków nie słyszę was, jesteście tutaj?”.

11. Flirtując z dziewczyną bardziej martwi Cię to, że Twój współlokator jest w mieszkaniu, niż że wrócisz z koncertu godzinę później, niż deklarowałeś rodzicom.

12. Stojąc w kolejce do baru, zaczepia Cię ktoś z dziewiczym zarostem i pyta, czy nie kupisz mu alkoholu.

13. Wolisz dopłacić złotówkę i pić piwo w butelce.

14. Nie pytasz ludzi czy wiedzą skąd odjeżdża nocny na Ruczaj.

 

Ile potwierdziło się u Ciebie?

autorem zdjęcia jest Winnie Liu
(niżej jest kolejny tekst)

Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność

Skip to entry content
zdjęcie pochodzi ze strony mypartyman.com

Kojarzycie ten kultowy cytat ze „Spider-Mana” w nagłówku? Młody Peter Parker usłyszał go od, co by nie mówić, starego wujka Bena. Ta, na pozór wydumana, mądrość życiowa miała go przestrzec przed używaniem swoich supermocy do błahych celów i niegodnych uczynków. Ogólnie wujaszkowi chodziło o to, żeby nie wykorzystywał swojej nadludzkiej siły i zwierzęcej zwinności do prymitywnych bójek za kasę, tylko poświęcił się wyższym celom i ratował świat. A przynajmniej zastanowił się dłużej, niż 5 sekund, nad tym co robi.

Trudno tę sentencję bezpośrednio przełożyć na życie Typowego Kowalskiego, bo Typowy Kowalski nie ma supermocy, za którą dostawałby superkasę i leciałyby na niego superlaski. Nie ma też superkostiumu ani superksywy. Ma tylko Superkonto w PKO BP, na którym hajs mu się nie zgadza, bo superzłoczyńcy odciągają z niego superpodatek.

Typowy Kowalski jednak może odnieść morał płynący z hasła do swojej osoby, jeśli nie potraktuje go dosłownie, a uzna za metaforę. Bo wbrew pozorom…

 

Typowy Kowalski ma moc. I to całkiem sporą

Mimo braku fikuśnego przebrania, poetyckiego pseudonimu i zębów bielszych, niż ciuchy wyprane w Vanishu, Typowy Kowalski ma dar, z którym nijak nie może się równać ani chodzenie po ścianach, ani podnoszenie ciężarówek.

Może dawać życie.

Ma w sobie codziennie kilkadziesiąt milionów plemników, z których każdy może być początkiem nowego istnienia. Wystarczy jeden celny strzał. Nie musi być na trzeźwo, nie musi być w najlepszym garniturze, nie musi być w wytwornej sypialni, nie musi być z kimś kogo kocha. Wystarczy, że strzeli w dobrym momencie i po 9 miesiącach w jednej z, nie zawsze przytulnych i czystych, szpitalnych sal rodzi się Mały Gość. Malutki człowieczek, który będzie miał jego geny i rósł na jego obraz i podobieństwo.

Mały Gość będzie nowy na tej planecie. Nie będzie znał tutejszy zwyczajów, konwenansów i reguł rządzących tymi dziwnymi istotami otaczającymi go ze wszystkich stron. Nie będzie wiedział jak ma się zachowywać w szkole, jak na kazaniu, a jak w kolejce do Toi-Toia na festiwalu. Nie będzie wiedział jak traktować płeć przeciwną i też czego wymagać od innych względem siebie. Nie będzie wiedział co jest dobre, a co złe…

 

Dopóki Typowy Kowalski mu tego nie powie

Typowy Kowalski i jego partnerka będą dla Małego Gościa przez długi okres najbliższymi ludźmi na świecie i wzorami do naśladowania. Które będzie naśladował. Bezrefleksyjnie.

Jeśli Typowy Kowalski będzie zwracał się do swojej partnerki częściej, niż raz na życie słowami „ty stara kurwo, znowu wyjarałaś mi szlugi!”, więcej niż prawdopodobne, że Mały Gość je zapamięta i w trakcie konwersacji ze swoją oblubienicą również ich użyje. Jeśli Małemu Gościowy od zawsze będzie wpajana nienawiść do pedałów, Azjatów i Żydów, to w przyszłości niezwykle trudno będzie mu się pozbyć tych uprzedzeń i wyjść ponad stereotypy. A jeśli w rodzinnym domu panował będzie kult biedy i przekonanie, że każdy bogacz doszedł do fortuny kradnąc, bo uczciwi ludzie nigdy nie dorabiają się dużych pieniędzy, to niemal pewne, że nie uda mu się wybić ponad średnią krajową. A równie prawdopodobne, że w myśl tego co usłyszał w domu, zacznie kręcić lewe interesy.

Typowy Kowalski będzie kształtował Małego Gościa jak plastelinę. Jak najdoskonalsze tworzywo, po obróbce którego nie wyjdzie zabawka, rzecz, czy przedmiot. Wyjdzie pełnoprawny, autonomiczny, nowy człowiek, który wchłonął w procesie socjalizacji to co najlepsze i to co najgorsze od Typowego Kowalskiego. Ów twórca nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę, ale przez to ciąży na nim…

 

Ogromna odpowiedzialność

Twórca od chwili przyjścia na świat Małego Gościa, nie może już myśleć tylko o sobie. Od chwili narodzin powinien na bieżąco interesować się i szczerze angażować również w to drugie życie. A najlepiej i trzecie. Bo tak jak natura zaprojektowała tworzenie nowego bytu w duecie, tak wychowywanie i przewodzenie po tym obcym lądzie, również nie powinno odbywać się w pojedynkę.

Twórca powinien mieć na uwadze, że hierarchia potrzeb, którą się kieruje, system wartości, który prezentuje, nie będzie dla Małego Gościa bez znaczenia. Nie przejdzie obok niego obojętnie. Nie będzie miał dystansu do tego, że zachowania osoby, która ją spłodziła mogą nie być najlepszym przykładem do powielania. Nie. Wchłonie je jak gąbka i w dorosłym życiu ilekroć będzie chciał je zmienić, za każdym razem gdy będzie chciał pozbyć się złych nawyków, przyzwyczajeń i przekonań, podświadomość będzie mu podpowiadała co innego. Bo wszystko co zobaczy u Twórcy będzie miało na niego wpływ i gdzieś w nim zostanie.

 

***

 

Moja koleżanka Tattwa napisała, że nie chce mieć dzieci, bo nie czuje instynktu macierzyńskiego i nie uważa, żeby to było powinnością kobiety. Ja nie palę się do bycia ojcem, bo nie czuję żebym w przeciągu najbliższych stu lat był w stanie wziąć na siebie tak dużą odpowiedzialność i nie spieprzył sprawy. Za dobrze wiem jakie są konsekwencje.

Od mojego ostatniego wpisu parakulinarnego minęło pół roku (łouł!). Nie żebym przez te 6 miesięcy nic nie jadł, ale oprócz doprowadzenia do perfekcji burgerów i omletu z krewetkami, to zasadniczo nie nauczyłem się gotować nic, czym mógłbym się pochwalić. Lub co byłoby do bezstresowego wykonania dla faceta. Aż do teraz, bo oto dziś…

 

Będziemy robić wodę z cytryną

Jakiś czas temu (dłuższy czas temu), pytałem Was na Fejsie co dodajecie do lemoniady oprócz wody i cytryny. Padały tak zaskakujące odpowiedzi jak maliny, jagody, czy ogórki. Po licznych próbach wkomponowywania różnych szalonych dodatków, doszedłem do składu, który jest idealny i już nie zamierzam go ulepszać. Oto on:

– 2 cytryny

– 1 limonka

– 150 gram brązowego cukru

– 6 łodyżek mięty

– 1,5 litra wody

– i 16 kostek lodu, które z powodu warunków atmosferycznych na tym zdjęciu nie mogły się pojawić.

Mimo, że lemoniada nie jest wybitnie skomplikowanym napojem, to kultywując najlepsze praktyki blogerek kulinarnych, jak zwykle pokażę jak to się robi…

 

Krok po kroku

Po pierwsze robimy syrop/wywar cukrowo-miętowy. Zalewamy szklankę z cukrem trzcinowym i świeżą mięta wrzątkiem i po solidnym zamieszaniu dajemy do “odstania się” i “przegryzienia”. W trakcie gdy cukier będzie się rozpuszczał, a mięta puści soki, zajmiemy się esencją napoju.

 

[emaillocker]

Cytryny i limonkę kroimy na połówki. Dla własnego poczucia estetyki i lansu odkrawamy kilka plasterków i wrzucamy do dzbanka z wodą. Nic to za specjalnie nie daje, ale pływające plasterki ładnie wyglądają w dzbanku. A już na pewno na zdjęciu. Resztę cytryny i limonki wyciskamy, drążymy i patroszymy metodą domowo-analogową, czyli łyżeczką.

 

Gdy siłujemy się z cytrynami, mięta z cukrem powinny już być gotowe i przestygnąć. Dolewamy ten wywar do wyciśniętych cytryn, solidnie mieszamy i wrzucamy lód (który w końcu ma okazję się pojawić i zagrać pierwsze skrzypce). Dobra, lemoniada gotowa…

 

Rozlewamy!

Wznosimy toast, pijemy, jaramy się, celebrujemy i miziamy za uchem. Jest dobre. Bardzo.

Uwaga, uwaga, to nie koniec, albowiem…

 

Jest bonus!

To co widzieliście do tej pory, to powiedzmy sobie szczerze, była wersja żeńska tego jak można przygotować lemoniadę. Teraz czas na stuprocentowe mięcho. Na prawdziwe kuchenne rewolucje. Na wersję męską!

I jak? Po męsku chyba lepsza, no nie?

[/emaillocker]