Close
Close

Od mojego ostatniego wpisu parakulinarnego minęło pół roku (łouł!). Nie żebym przez te 6 miesięcy nic nie jadł, ale oprócz doprowadzenia do perfekcji burgerów i omletu z krewetkami, to zasadniczo nie nauczyłem się gotować nic, czym mógłbym się pochwalić. Lub co byłoby do bezstresowego wykonania dla faceta. Aż do teraz, bo oto dziś…

 

Będziemy robić wodę z cytryną

Jakiś czas temu (dłuższy czas temu), pytałem Was na Fejsie co dodajecie do lemoniady oprócz wody i cytryny. Padały tak zaskakujące odpowiedzi jak maliny, jagody, czy ogórki. Po licznych próbach wkomponowywania różnych szalonych dodatków, doszedłem do składu, który jest idealny i już nie zamierzam go ulepszać. Oto on:

– 2 cytryny

– 1 limonka

– 150 gram brązowego cukru

– 6 łodyżek mięty

– 1,5 litra wody

– i 16 kostek lodu, które z powodu warunków atmosferycznych na tym zdjęciu nie mogły się pojawić.

Mimo, że lemoniada nie jest wybitnie skomplikowanym napojem, to kultywując najlepsze praktyki blogerek kulinarnych, jak zwykle pokażę jak to się robi…

 

Krok po kroku

Po pierwsze robimy syrop/wywar cukrowo-miętowy. Zalewamy szklankę z cukrem trzcinowym i świeżą mięta wrzątkiem i po solidnym zamieszaniu dajemy do “odstania się” i “przegryzienia”. W trakcie gdy cukier będzie się rozpuszczał, a mięta puści soki, zajmiemy się esencją napoju.

 

[emaillocker]

Cytryny i limonkę kroimy na połówki. Dla własnego poczucia estetyki i lansu odkrawamy kilka plasterków i wrzucamy do dzbanka z wodą. Nic to za specjalnie nie daje, ale pływające plasterki ładnie wyglądają w dzbanku. A już na pewno na zdjęciu. Resztę cytryny i limonki wyciskamy, drążymy i patroszymy metodą domowo-analogową, czyli łyżeczką.

 

Gdy siłujemy się z cytrynami, mięta z cukrem powinny już być gotowe i przestygnąć. Dolewamy ten wywar do wyciśniętych cytryn, solidnie mieszamy i wrzucamy lód (który w końcu ma okazję się pojawić i zagrać pierwsze skrzypce). Dobra, lemoniada gotowa…

 

Rozlewamy!

Wznosimy toast, pijemy, jaramy się, celebrujemy i miziamy za uchem. Jest dobre. Bardzo.

Uwaga, uwaga, to nie koniec, albowiem…

 

Jest bonus!

To co widzieliście do tej pory, to powiedzmy sobie szczerze, była wersja żeńska tego jak można przygotować lemoniadę. Teraz czas na stuprocentowe mięcho. Na prawdziwe kuchenne rewolucje. Na wersję męską!

I jak? Po męsku chyba lepsza, no nie?

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Z każdym vlogiem wznoszę się na wyższy poziom, jeszcze chwilę i zrobię dziurę w nieboskłonie. Tym razem udało mi się opanować umiejętność jednoczesnego chodzenia nocą w przeciwsłonecznych okularach i nie potykania się o własne nogi, trzymania aparatu/kamery na wysokości twarzy, i mówienia. Czasem nawet do rzeczy. Nieźle, co? Oczywiście nie ulega wątpliwości, że nie byłbym w stanie połączyć tylu czynności na raz bez ukończenia studiów wyższych.

Ale wróćmy do tematu. Dziś wypowiadam mini-recenzję “Wolverine’a” – filmu opartego na kultowym komiksie “X-men”. Nie chwalę go zbytnio, ale to wszystko w trosce o Wasz budżet. Oprócz tego głośno zastanawiam się, czy 3D w filmach jest faktycznie wartością dodaną, na którą zwraca się uwagę w trakcie seansu. Kto po 30 minutach dalej pamięta i świadomie jara się tym, że film wyświetlany jest w trzech wymiarach?

(jeśli nie widzisz filmiku kliknij tutaj)

Fly Style #6 – Promieniowanie gamma i Żydzi

Skip to entry content

Jest ciepło. Jest gorąco. Topi się asfalt. Nawet najwięksi twardziele płaczą. A przynajmniej tak wyglądają, gdy pot leje im się z czoła. Na Fejsie fala zdjęć polewających się słoni, wodospadów i basenów. Zewsząd słychać irytujący lament, że za upał, że nie da się żyć, że mózg ugotowany.

A ja mówię – jest lato! są wakacje! o to chodzi!

Właśnie dlatego nie popełniłem seppuku w trakcie półrocznej zimy, bo czekałem na taką pogodę! Czekałem, aż będzie 30-kilkustopniowy  żar i będę mógł wyjść z domu, nawet w środku nocy w krótkim rękawku. I jaram się tym bardziej, niż plecy geriatryków w Międzyzdrojach.

Promieniowanie gamma, to oczywiście nieśmieszny żart związany z tym, że bawiłem się barwą i nasyceniem w Fotoszopie przy obrabianiu zdjęć, i wyglądam jakby mnie napromieniowało. Ale czemu Żydzi pojawiają się w tytule posta, to mam nadzieję, że Wy mi powiecie. A jeśli nie, to przynajmniej będziecie googlować i dopytywać, bo powyższy mural (jak wszystkie przy których robiłem sobie foty) jest wybitny i warto znać okoliczności jego powstania.

To jak, wiecie gdzie to jest?