Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Heineken

Heineken Dropped Polska

Umberto Eco powiedział, że kto czyta książki żyje podwójnie. Ja mówię, że kto nie podróżuje nie żyje wcale. I nie są to drydymały zmanierowanego bananowca, który dla zabicia nudy lata sobie na Seszele. Nie. Przez bardzo długi czas nie podróżowałem wcale, bo nie miałem jak, za co i kiedy, ale gdy w końcu zacząłem, to poczułem, że żyję. Żyję przez duże „ż”, długie „y” i głośne „ę”. Ta żądza przygód, niepokój przy starcie samolotu, ekscytacja z wyprawy w nieznane. Dopóki tego nie spróbowałem, nie wiedziałem jakie to przyjemne.

Moim wielkim marzeniem jest lot do Stanów. Śni mi się po nocach, że szwendam się po kultowych nowojorskich miejscówkach, przybijam piątkę z tuzami internetu w Dolinie Krzemowej i konkretnie wygrzewam tyłek w Miami Beach. Póki co miałem okazję zjechać, zlecieć, przepłynąć i zwiedzić tylko niewielką część Europy, ale mimo to uważam, że podróże są zajebiste, bo…

 

Poznajesz ludzi

Czy to lecąc samolotem, czy jadąc pociągiem, czy łapiąc stopa, już w samej podróży poznajesz nowe osoby. Niby nic, tylko jakaś miałka, przelotna znajomość w zatłoczony PKP, ale tylko od Ciebie zależy czy nie wyciągniesz z niej czegoś więcej.

Gdy wybieraliśmy się z Maćkiem do Czech na Hip-Hop Kemp, nie mieliśmy zaklepanego transportu i szukaliśmy jakiejś podwózki po sieci. Znaleźliśmy ogłoszenie gościa, który miał wolne 2 miejsca w aucie i powiedział, że możemy jechać jak dorzucimy się do benzyny. Miał nas tylko podwieźć i tyle. W trakcie podróży tak się zżyliśmy, że potem przez cały festiwal bawiliśmy się razem, do tej pory utrzymujemy kontakt i śmiało mogę nazwać Mariusza swoim dobrym kumplem.

Lecąc z Bartkiem do Paryża mieliśmy nocować u kilku osób z CouchSurfingu. Ania nie dość, że opowiedziała nam o mieście wszystko co powinniśmy wiedzieć jako świeżaki, to jeszcze oprowadziła nas po miejscach, których nie znajdziesz w przewodniku dla turystów. Jeremie przyjął nas lepiej, niż gości na śniadaniu wielkanocnym, częstując najlepszymi regionalnymi specjałami, przy akompaniamencie harmonijki ustnej.

Nie dość, że nie muszę się już martwić o nocleg przy kolejnych wizytach w stolicy Francji, to zyskałem nietuzinkowych znajomych z odrębnej kultury. Innymi słowy, podróże są zajebiste, bo…

 

Poznajesz inny świat

Nie wydostając się poza Polskę B miałem przekonanie, że wszędzie jest tak samo szaro, źle i każdy skrawek zielni został zalany przez beton. Lub reklamami hipermarketów. Filmy niby pokazywały, że jest coś poza ulicami owrzodzonymi blokami i powodzią życiowej bylejakości, ale to filmy. Tak samo jak egzotyczne krajobrazy tętniące życiem, widziałem na nich kosmitów, latające samochody i nie pijących robotników., więc trudno traktować je serio.

Dopiero, gdy zobaczyłem uporządkowany Berlin, leniwą Barcelonę, czy wcześniej wspomniany, zielony Paryż, zobaczyłem, że świat nie ogranicza się do mojego podwórka. Że poza moim osiedlem jest coś więcej. Dużo więcej. Że gdzie indziej może być inaczej, lepiej, ciekawiej. To niby oczywista oczywistość, ale proza codzienności depcze wyobraźnię i skutecznie wybija z głowy myśli o tym, że gdzieś indziej też jest życie. I że możesz się tam znaleźć na dłużej, niż chwilę.

A poza odkrywaniem cywilizowanej części świata jest też ta dzika. Gdzie nie ma butiku ze świeżymi t-shirtami na każdym rogu, prywatnego gabinetu lekarskiego co dzielnicę i jedzenia na telefon. Mówię o tak niemiejskich zakątkach naszego globu jak Kenia, Tanzania, czy Borneo. Podróże do takich miejsc są zajebiste, bo…

 

Odkrywasz siebie

Nie mając pod ręką całej obecnej technologii, dostępu do wszystkich wielkomiejskich udogodnień, ani nawet telefonu do przyjaciela, jesteś zdany tylko na siebie. Poznajesz swoje mocne i słabe strony lepiej, niż na jakimkolwiek teście behawioralnym w korpo. Dowiadujesz się jak silny jest Twój instynkt samozachowawczy i sprawdzasz swoje umiejętności adaptacji. Powrót do korzeni – Ty kontra natura. Stuprocentowa przygoda.

Na tym właśnie bazuje najnowsza kampania Heinekena. Jeden z przedstawicieli naszego gatunku zostanie oderwany od komputera, codziennych obowiązków, i wyrzucony w środku afrykańskiej dżungli. Albo wśród dziewiczych pól ryżu w Azji. Albo na Alasce. Albo na ukraińskich bezdrożach. Gdzie dokładnie wyląduje, dowiemy się już 2 września, a to jak radzi sobie w starciu z matką ziemią będziemy mogli sledzić na specjalnym kanale YouTube Heinekena. Ale o szczegółach (w tym wybitnie dotyczących Was) będzie później.

Wracając do tematu, to tylko 3 najbardziej oczywiste argumenty przemawiające za tym, że podróże są zajebiste. Z pewnością jest…

 

Coś jeszcze

Halo podróżnicy! Dajcie poznać Waszą motywację. Czemu lepiej wybrać się na dziką wyprawę, niż siedzieć w ciepłym domu?

(niżej jest kolejny tekst)

Wideorelacja z festiwalu, na który miałem jechać już 5 lat temu

Skip to entry content

Na Hip-Hop Kemp wybierałem się odkąd dowiedziałem się o tym festiwalu, ale tak na serio od 5 lat. Planowałem, planowałem i planowałem i zawsze kończyło się na planach. Zawsze coś wypadało, jakaś głupota, cytując Pezeta “trafiło mnie to jak kosa na kamień – związki, rodzina, forsa, mieszkanie”. Doszło do mnie, że jak w tym roku nie pojadę, to już nigdy i kupiłem bilety w pierwszej puli sprzedażowej, tak żebym już nie miał wymówek.

Było RE-WE-LACY-JNIE! 5 dni mistrzowskiej imprezy! Totalny luz, koncerty, freestyle, mega pozytywni ludzie, grill, rum z colą i kąpanie się w stawie. Zresztą zobaczcie sami.

Mimo, że warunki namiotowo-sanitarne należały do mocno spartańskich, to za rok też jadę, choćby nie wiem co!

Smak krwi na zębach i zapach zwycięstwa

Skip to entry content

W podstawówce daleko mi było do najpopularniejszego kolesia w klasie. Dziewczyny nie krzyczały mojego imienia w trakcie meczów na wuefie, koledzy nie klepali mnie po plecach, gdy zdobywaliśmy gola. Pewnie dlatego, że nigdy żadnego nie strzeliłem. Zawsze stałem na bramce, a jedynym momentem, gdy zwracano na mnie uwagę, była chwila gdy ktoś strzelił gola mnie. Słyszałem wtedy, że tylko baba mogłaby puścić taką szmatę pod nogami i że do niczego się nie nadaję.

Widziałem ich pogardliwe spojrzenia, słyszałem ich szyderczy ton. Niewiele jest rzeczy, które mogą mocniej uderzyć w 11-letniego chłopca, niż dezaprobata rówieśników. Nawet już później, jako dorosły człowiek, mało kiedy czułem się tak beznadziejnie. Nawet gdy dowiedziałem się, że dziewczyna, w której jestem śmiertelnie zakochany zdradza mnie. Nawet, gdy wyrzucono mnie z pracy w innej części Europy i zostałem bez środków do życia.

W gimnazjum dalej nie byłem królem strzelców, ani wybitnym obrońcą. Może przeciętnym podawaczem piłek. W dodatku nauka przychodziła mi na tyle łatwo, że widząc oceny w dzienniku nauczyciele nazywali mnie prymusem. Koledzy kujonem. I tak też traktowali. Jeśli byłbym z willowego osiedla, z „dobrego domu”, miał rodziców biznesmenów, to pewnie nie robiłoby to na mnie wrażenia. Chodziłbym do prywatnej szkoły, miał wokół podobnych sobie i każde ferie spędzał w Alpach, a wakacje nad Morzem Śródziemnym. Ale nie byłem.

Mieszkałem w szarym bloku na jeszcze szarszym osiedlu, a od 16-go roku życia jeździłem na wakacje tylko wtedy, gdy sam na nie zarobiłem. Zbyt biedny na wyższe sfery, zbyt inteligentny na patologię. Nie pasowałem tam ewidentnie.

Przez długi czas próbowałem się wpasować na różne sposoby, ale to nigdy nie wychodziło. Do której grupy bym nie równał, zawsze odstawałem. Nowobogaccy traktowali mnie z góry. Jak egzotyczną ciekawostkę. Zresztą przy bliższym poznaniu nie mieli do zaoferowania nic poza markowymi ciuchami, sklepową wódką i smakowymi fajkami. Ich życie było równie puste, co kolorowe. Klasa robotnicza z kolei, nie wymagała noszenia na sobie równowartości kwartalnej pensji rodziców, ale z definicji zakładała wyzbycie się marzeń i równanie w dół. A nie po to chodziłem z głową w chmurach, by patrzeć pod nogi.

Chciałem rzeczy, których nigdy bym nie dostał godząc się ze swoim losem, a które były zbyt atrakcyjne, bym mógł je po prostu odpuścić. Wiedziałem, że jeśli chcę je mieć, muszę o nie zawalczyć. I tak zrobiłem.

Każdą jedną rzecz, którą mam zawdzięczam sobie. Praca, pieniądze, podróże, miłości? Krew, pot i łzy. Wszystko co przeżyłem, wszystko do czego doszedłem, wszystko co osiągnąłem, było okupione walką. Walką na noże, walką wręcz, walką na spojrzenia, gesty i siłę woli. Bywały dni, że budzik wyrywał mnie ze snu gięciem metalu o metal. Bywały tygodnie, że nie schodziłem z pola bitwy – dzień i noc w gotowości. Bywały miesiące, że jedyne o czym marzyłem, to zasnąć i się nie budzić.

Tyle razy chciałem się poddać. Oddać grę o wszystko walkowerem, powiesić niespełnione ambicje na haku i wrócić na tarczy. Przestać szarpać się z losem o marzenia, podkulić ogon i zadowolić się padliną, którą rozrzuca po bezdrożach. Łokcie zdarte, kolana zdarte, kostki na pięściach niezagojone od zawsze. Czasem mam wrażenie, że jedyne co dostałem za darmo, to życie. Choć każdy dzień przypomina mi jaką płacę za nie cenę. I gdy już chcę odpuścić i zostać biernym trybem w maszynie, to nie mogę. Ten ból z dzieciństwa, to pragnienie oszukania przeznaczenia nie pozwala mi.

Za długą drogę przeszedłem, zbyt wiele rzeczy poświęciłem, za dużo wyrzeczeń kosztowało mnie dojście tu gdzie jestem. Miałbym zawrócić pod koniec szlaku? Zatrzymać się metr przed metą? Zejść do podnóża góry, gdy widać już jej szczyt? Pozwolić sobie kolejny raz otrzeć się o sukces? Obejść podium dookoła, gdy mogę na nie wbiec? Popatrzeć na trofeum zamiast, trzymać je w dłoniach?

Nie mogę. Pcha mnie naprzód smaki krwi na zębach i zapach zwycięstwa.

autorem zdjęcia jest Simon Plestenjak