Close
Close

Niby ostatnio jest ciepło, ale nie ma się co oszukiwać, że idzie zima. A w zasadzie biegnie. W ciągu mrugnięcia okiem, będzie tu sypało jak z paczki z mąką, a jak nasypie, to stopnieje dopiero w kwietniu. Co robić, żeby nie skończyć jak głównych bohater “Sali samobójców” możecie sprawdzić u Moniki z Black Dresses. Ja zajmę się tym jak nie zamarznąć, a konkretnie głową, bo to właśnie przez nią ucieka najwięcej ciepła z naszego organizmu.

Poza tym, chyba doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, co jest przyczyną wszystkich chorób w życiu człowiek? Tak, brak czapki. Nawet jeśli cierpisz na wrodzoną łamliwość kości, czy jakąkolwiek inną chorobę genetyczną. Albo po prostu złamałeś nogę. Brak czapki jest odpowiedzią na wszystko. Przynajmniej tak twierdzi moja mama. A mnie się właśnie taka czapka straciła.

Miałem kozacką czapę z Timberlanda, która była ultra-ciepła i zasadniczo pasowała do wszystkiego. Wiem, że takich nie ma, ale ta taka była. I właśnie – była, bo nadgryzł ją dość solidnie ząb czasu i nie nadaje się do niczego innego, niż do chodzenia po piwnicy. Przy zgaszonym świetle. W związku z czym proszę o wsparcie (mentalne, nie materialne).

męska zimowa czapka 2

Przy butach pomogliście mi, aż nadto, więc liczę, że i tym razem będzie nie gorzej. Akcja jest taka, że szukamy zimowej, męskiej czapki, a w zasadzie dwóch. Jednej do płaszcza – smart casualowej i drugiej do kurtki – streetwearowej. Nie wierze, że znajdziemy jedną uniwersalną, stąd taki podział.

Co do wymogów, to są tylko 3. Każda musi być turbo ciepła, nie przekraczać szeroko pojętych granic wiochy i kiczu (wielkie logo na pół dyni odpada) i mieścić się w 150zł. Pozostałe chwyty dozwolone. Mogę być uszatki, mogą być plecionki, mogą być z pomponami.  Jak podrzucicie coś przyzwoitego w komentarzach, to będę zobowiązany i obiecuję przez całe pół roku nie narzekać na zimę.

Umowa stoi?

(niżej jest kolejny tekst)

Nie wystarczy mieć laptopa, żeby reprezentować informatyków

Skip to entry content

Jak to jest, że…

…nie wszyscy posiadacze komputerów są uznawani za informatyków?

…nie każdy dzieciak kopiący piłkę nazywany jest piłkarzem?

…dziewczyny dostające Glossy Boxy nie są z automatu wizażystakami?

…użytkowników Painta nie bierzemy za grafików?

…ludzie chodzący w butach trekkingowych nie są z mejsca alpinistami?

 

Dlaczego…

…osoby ze znajomością alfabetu nie są przedstawiane w radiu jako pisarze?

…nikt nie postrzega w kategoriach aktorów ludzi występujących w „Miłości na bogato”?

…nie wystarczy dostać z liścia od ochrony w klubie, żeby być zawodnikiem K1?

…trzeba zrobić coś więcej, niz tylko pojawić się „W tańcu z gwiazdami”, żeby zostać tancerzem?

…ktoś, kto śpiewa pod prysznicem nie jest anonsowany w telewizji  jako muzyk?

 

Natomiast każdy, kto ma profil na Tumblrze i dodał dwa obrazki, nazywany jest przez media blogerem. Co więcej, na podstawie jego, przypadkowych i nie do końca serio, wypowiedzi przedstawiany jest obraz blogosfery jako całości.

To celowa stronniczość, czy tylko ból dupy?

wpis jest wynikiem współpracy z marka Heineken

Heineken - Zostań legendarnym podróżnikiem - Dropped Jakub Barzak

Po konferencji Heinekena poświęconej legendarnym podróżnikom, miałem okazję pogadać z Kubą Barzakiem – Polakiem, który wziął udział w akcji “Dropped”. Akcji opartej na wyrywaniu mieszczuchów z ich naturalnego środowiska i zrzucaniu ich dokładnie w bóg-wie-gdzie. Kuba dał się ponieść chwili – zamknął oczy w Warszawie, a gdy otworzył, okazało się, że jest na egzotycznej wyspie 10 000 kilometrów dalej. Bez telefonu, bez namiotu i bez możliwości zmienienia ciuchów.

Jak w takiej sytuacji odnalazł się ktoś, kto dotąd bujał się po wyjazdach all-inclusive? Sprawdźcie poniżej.

Grzeczny Chłopiec: Co było głównym powodem dla którego wziąłeś udział w akcji Heinekena?

Jakub Barzak: Chciałem spróbować czegoś totalnie innego, sprawdzić siebie, przeżyć przygodę. Nie wiedziałem gdzie wyląduję i w jakich warunkach, chciałem stawić czoła sytuacjom, które przyniesie mi los. To chyba było głównym motorem tego wszystkiego.

Gdy już dowiedziałeś się, że będziesz uczestnikiem “Dropped”, miałeś jakieś obawy?

Raczej byłem podekscytowany, że to ja, że to przeżyję i zastanawiałem się co spakować. Myślałem o tym, co mogę wziąć ze sobą i co może mi się tam przydać. Także raczej zastanawiałem się nad tym, jak najlepiej się przygotować, niż czy to jest dobra decyzja.

A jak wyglądała sama podróż na miejsce?

W ogóle nie wiedziałem gdzie lecę. Nawet jak byłem u lekarza, to nie wiedziałem na co mnie szczepi, tylko mogłem się domyślać, bo dał mi receptę na Malarone, więc jakieś tropiki chodziły mi po głowie. Ale do samego końca nie wiedziałem gdzie polecę. Dostałem bilet na lotnisku Chopina i dopiero wtedy dowiedziałem się, że to będą Filipiny, ale to i tak było nic.

Na Filipinach odebrali mnie Filipińczycy – śmieszni mali panowie – którzy wsadzili mnie do auta z czarnymi szybami i wozili po Manili. W końcu, po 20-stu godzinach podróży, dotarłem do jakiegoś pokoju hotelowego, w którym znalazłem list mówiący o tym, że o 4-tej rano ktoś znów mnie odbierze i gdzieś zawiezie. Potem znów gdzieś jechałem, leciałem i płynąłem. Miałem cały czas opaskę na oczach i była mi nakładana muzyka na uszy, żebym nie słyszał odgłosów, nie wiedział gdzie się znajduję i co się dzieje.

Czyli to nie było tak, że doleciałeś do 5-gwiazdkowego hotelu, a tam drinki i plażowanie?

Myślałem, że to będzie trochę odpuszczone. Że poznam ekipę, w jeden dzień coś pokręcimy do tej akcji i tyle. Ale nie, nie było tak. Poza tym pogoda była straszna – czas monsunu. Jak kupowałem specyfik na komary w Dubaju, to sprzedawczyni mnie pytała po co ja tam lecę, bo tam o tej porze roku nikt się nie wybiera.

Gdy już dotarłeś, co musiałeś zrobić?

W końcu po tych godzinach podróży, gdy zdjęto mi opaskę, zobaczyłem, że jestem skuty z Murrayem.

Skuty?

Tak, skuty kajdankami z Irlandczykiem, który przeżył analogiczną historię, więc byłem lekko zaskoczony (śmiech). Ale ucieszyłem się, że wejdę z kimś w tę przygodę, bo we dwójkę zawsze raźniej. A gość był uśmiechnięty, od razu zaczęliśmy żartować, wypiliśmy piwo na spółkę, więc początek był pozytywny (śmiech).

Okej, byliście w zupełnie obcym miejscu, zmęczeni i skuci, co było waszym zadaniem?

Głównym zdaniem było znalezienie kluczyka do kajdanek znajdującego się na innej wyspie. W związku z czym, musieliśmy tak zadziałać, żeby wydostać się z naszej wyspy, znaleźć wyspę na której jest kluczyk i dostać się na nią.

Były jakieś problemy?

Tak (śmiech). Na pierwszej wyspie byliśmy dobrze widoczni, więc, gdy machaliśmy jak rozbitkowie do przepływających statków, to zwracały na nas uwagę i podpływały, po czym zauważały że jesteśmy skuci i przerażone odpływały (śmiech).

A co najbardziej Ci dokuczało podczas wyprawy?

Chyba brak udogodnień, wygodnictwa, do którego przywykłem. Na wakacjach, na których bywałem dotychczas, zawsze mogłem pójść pod prysznic albo wypić drinka, gdy miałem na to ochotę, a tu przez 5 dni nawet się nie przebrałem. Zrzucałem tylko spodnie, żeby się przemyć i tyle, a tak, cały czas w tym samym. Do tego ten monsun – wichury, łamiące się palmy, deszcz i ciemne wieczory. Będąc na odludziu pośród skalistych, wielkich gór dociera do ciebie, że jesteś tylko bezradnym małym człowieczkiem. Bywały momenty kryzysowe, gdy nie mogliśmy się przedostać na drugą wyspę, wiało, lało i mimo, że wzywaliśmy pomocy, nikt nas nie odbierał.

Czyli to nie była tylko ładna historia do mediów promująca piwo, ale faktycznie survival?

Tak, tak. Ja z początku myślałem, że będziemy tylko uczestniczyć w nagrywaniu spotu i wydarzenia będą się działy według scenariusza, ale to faktycznie było nie do przewidzenia i warunki nie były do końca przyjazne.

A ciężko było z tym, że byliście skuci kajdankami?

Na początku. Później już nie.

A w kwestiach fizjologiczno-higienicznych (śmiech)?

Heh, no ze sprawami fizjologicznymi było śmiesznie, ale jak z kimś spędzasz 24 godziny na dobę, to w ogóle o tym nie myślisz. Zresztą nie mieliśmy wyboru.

Po opuszczeniu Filipin, trudno było wrócić do rzeczywistości, przestawić się na tryb praca-dom?

Nie, nie miałem z tym większych problemów. Myślę, że po wakacjach all-inclusive i rozleniwieniu trudno byłoby wrócić do pracy i siedzenia przed komputerem, a po takiej przygodzie raczej bardziej skupiasz się na jej przeżywaniu, niż tym co się dzieje tutaj. To było coś o wiele bardziej intensywnego i złożonego dla osobowości, to był krok naprzód w tobie. Myślisz o tym, że jesteś w stanie pewne rzeczy naprawdę złamać, w trudnych warunkach pójść dalej i pokonać pewne sytuacje, a nie, że było miło i fajnie byłoby się dalej wylegiwać. Ta podróż została przebyta w tobie i możesz w każdej chwili do niej wracać.

Rozumiem, że pozytywnie z perspektywy czasu oceniasz tę akcję?

Tak, myślę, że to jest coś niesamowitego, że w czasach prostej reklamy, która tylko epatuje produktem, można zrealizować takie przedsięwzięcie.

Czyli wziąłbyś w tym udział jeszcze raz?

Tak. Nie wiem, czy jeszcze raz chciałbym przeżywać Filipiny, myślę, że wolałbym się spróbować w innych warunkach, ale z wielką przyjemnością zrobiłbym to z Murrayem.

 

***

 

Do 23:59 macie jeszcze czas, żeby zgarnąć u mnie na blogu Kindle, torby podróżnicze i t-shirty, a na stronie Heinekena, w jeszcze bardziej globtroterskim konkursie, możecie wygrać aparaty Leica i podróż w nieznane! Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!