Close
Close

W sobotę byłem na parapetówce u nowego znajomego. Poznaliśmy się w okolicznościach ćwierć-biznesowych, a na imprezie byli niemal sami ludzie z branży, toteż większość rozmów toczyła się wokół SEO, Androida i lasek. Usnęła tylko jedna osoba – bynajmniej nie z nudów – także było przyzwoicie. Branża nie branża, najżywsze dyskusje zawsze mają miejsce w kuchni lub na balkonie – w zależności od tego, gdzie można palić – i nie inaczej było tym razem.

Stoję oparty o barierkę. Kłócę się o to, czy cycki Penelopy wyglądają jak wymiona w przedostatnim filmie Allena, w międzyczasie przerzucając się uwagami na temat obcięcia zasięgów na Facebooku. Trochę wrzutek na edge rank, trochę na źle dobrany push-up. Leśmian by tego lepiej nie wymyślił. W kulminacyjnym momencie sporu, gościu, który do tej pory tylko się przysłuchiwał, rzuca magiczne 6 słów – „a czym ty się właściwie zajmujesz?”.

Wiedziałem, że jakiej odpowiedzi bym nie udzielił, będzie próbował podkopać moją profesję i zdegradować ją do poziomu nikogo znikąd, zbierającego puszki po dniach Mrągowa. Spodziewał się pewnie socialowej nindży albo początkującego accounta. No w najgorszym wariancie ułomnego copywritera. Ale w żadnym wypadku nie był przygotowany na tak absurdalną odpowiedź jaką dostał.

Gościu: – A czym ty się właściwie zajmujesz?

Ja: – Piszę bloga.

Gościu: – Co???

Ja: – Piszę bloga.

Gościu: – Ale jak piszesz bloga? O czym piszesz bloga? Ktoś ci za to płaci?

Ja: – Piszę jak żyć, jak nie żyć i ile jest 2+2×2. Czasem bezdomny sucharkiem poratuje albo dostanę półroczny zapas srajtaśmy od jakiejś marki, tak że z hajsem spoko.

Gościu: – A, to fajnie, fajnie… Bloga piszesz, fajnie… Fajnie… Ale co za 5 lat?!?

Jeśli ktoś nie jest w stanie zdeprecjonować tego co robisz, bo nic na ten temat nie wie, w akcie desperacji zarzuci Ci, że to nieprzyszłościowe. Jak to mawiają wyznawcy Puchałke – lepszy taki atak, niż żaden. Odpowiedziałem równie lotnie mówiąc, że za 5 lat albo stopią się lodowce zalewając nas wszystkich, albo dziura ozonowa, albo Al-Kadia, albo noszenie telefonu w spodniach wypali mi jaja. Więc to czy będę pisał bloga, czy łowił ryby w przerębli nie ma większego znaczenia. Po tej błyskotliwej wymianie zdań, wróciliśmy do dywagacji krążących wokół biustów hollywódzkich aktorek, ale to pytanie zostało mi w głowie na dłużej. Bo to dobre pytanie.

„Co będziesz robił za 5 lat?”

Do 6 miesięcy wstecz nie zastanawiałem się co będę robił w kolejnym kwartale, nie mówiąc już o roku, a co dopiero połowie dekady. Nie żebym nie miał jakichś planów, ale wszystko (słownie: WSZYSTKO) było tak zmienne, że raczej żyłem z tygodnia na tydzień. W tej chwili też trudno mi powiedzieć co konkretnie będzie się dziać w moim życiu za 60 miesięcy, dlatego, że to straaasznie odległa data.

Nie boję się, że moda na blogi się skończy i będę musiał iść do korpo. Moda na blogi się jeszcze nawet nie zaczęła. W Polsce z internetu korzysta 17 milionów osób, mnie nie czyta nawet jeden procent z tego. Jeszcze wszystko przede mną. Zresztą kapitał w postaci odbiorców zostaje przy twórcy, a nie na platformie, więc stronki mogą sobie umierać.

Tak, czy inaczej, wiem co będzie za rok. Będę jeździł po festiwalach jako jedno z głównych mediów promujących te wydarzenia i robił foto/wideorelacje. Będę przeprowadzał wywiady z „dużymi” gwiazdami i przedostawał się do świadomości tych, którzy w tej chwili mają w okolicach wczorajszego śniadania to, że zarywam noc, żeby pisać tekst.

Wiem też co będzie za 2 lata. W ramach współpracy z globalną marką odzieżową, będę podróżował po Azji odkrywając egzotyczną muzykę. Być może wraz z jednym z cenionych przeze mnie artystów. Będziemy latać awionetką między kolejnymi krajami i pokazywać instrumenty, których przeciętny europejczyk nie miał prawa widzieć.

Wiem nawet co będzie za 3 lata. Będę promował swoją książkę, mając nadzieję, że kupi ją ktoś poza moją mamą. Bo do tego czasu nauczę się pisać na tyle dobrze, by być pewnym, że sprawdzę się w takiej formie. Aczkolwiek będę się wahał, czy nie przesadziłem z otwartością i czy ludzie przełkną ten temat. W międzyczasie opanuję na poziomie ponad przyzwoicie-zaawansowanym Adobe Premiera i wszystkie kwestie związane z produkcją wideo.

Taki jest plan na najbliższe 3 lata. Ale co będzie za 5 lat? Nie mam najmniejszego pojęcia. To tak daleko.

Może Ty wiesz?

(niżej jest kolejny tekst)

wpis jest wynikiem współpracy z marką Heineken

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Heineken Dropped

Przez ostatnie 2 lata zwiedziłem więcej świata, niż przez poprzednie 23. Głównie dlatego, że wcześniej nie miałem kasy, czasu i kasy. Z czasem dalej jest średnio na grzybka, ale hajs się powoli zaczyna zgadzać. Żeby nie oszaleć od nadmiaru gotówki staram się ją regularnie upłynniać, nie tylko przeznaczając na płyny. Zazwyczaj na kino, super-szamę i właśnie podróże. W tej kolejności.

Jako, że w ciągu ostatniego miesiąca w kinie bywałem częściej, niż w domu i mam pełny żołądek, pora na podróże! A w zasadzie plany podróżnicze na przyszły rok. Na pierwszy ogień idzie…

 

Berlin w lutym

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Berlin
autorem zdjęcia jest kalidospokipa

W zimie nie ma sensu wybierać się do żadnych ciepłych miejsc w Europie, bo z doświadczenia wiem, że i tak tam nie jest ciepło. W Niemczech klimat zasadniczo jest taki jak u nas, więc nie wygrzeję czterech liter na słoneczku, ale i specjalnie nie zmarznę (mam nadzieję!). A przynajmniej zobaczę, gdzie nasi rodzice jeździli na saksy. To raz. Dwa, wyemigrował tam mój przyjaciel malarz, więc nie mógłbym nie pojechać go odwiedzić (i tak jest zły, że wpadam dopiero w lutym, a będzie jeszcze bardziej, że wymieniam go dopiero jaki drugi powód, wiec nie mówcie mu nic, ok?).

Druga wycieczka w nowy roku, to…

 

Paryż w kwietniu

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Paryż
autorem zdjęcia jest Juanedc

W Paryżu byłem w przedostatnie wakacje i uległem wszystkim stereotypom związanym z tym miastem. Jest po prostu PRZE-PIĘ-KNE! Dominuje śliczna, jasna zabudowa, na każdej ulicy są dziesiątki przytulnych kawiarenek i po całej stolicy można swobodnie poruszać się rowerem. A przede wszystkim jest masa ogrodów i parków, w których ludzie piknikują nie tylko po pracy, ale i w środku dnia, pijąc wino, jedząc sery i wytwarzając atmosferę ogólnej szczęśliwości! Najchętniej zamieszkałbym tam na kilka lat, ale w tej chwili mam inne priorytety, więc wpadnę tam tylko na Wielkanoc.

Świąt w plenerze jeszcze nie miałem. Tak samo jak nie miałem okazji być w kraju, który jest wielkości miasta, w którym mieszkam. Dlatego punkt trzeci, to…

 

Malta w lipcu

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Malta
autorem zdjęcia jest Giorgos~

Malta pod względem powierzchni jest nawet mniejsza, niż Kraków. Co prawda tylko o kilka kilometrów kwadratowych, ale zawsze. Natomiast co do liczby ludności, to Gród Króla Kraka jest niemal dwukrotnie większy! Strasznie mnie to ciekawi, jak się żyje w takim państwie-mieście, jaki ma to pływ na mentalność, zwyczaje i kulturę tamtejszej ludności i czy oni w ogóle ze sobą wytrzymują. Chcę tam lecieć w dużym stopniu z pobudek socjologiczno-psychologicznych, ale nie bez znaczenia jest fakt, że średnia temperatura w lecie to 32°C.

Ciepełko to również powód dla którego chcę odwiedzić…

 

Egipt w listopadzie

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Egipt
autorem zdjęcia jest jazzalnero

Podobno był tam co drugi Polak i już siara tam latać. Ja chyba jestem tym pierwszym, bo nie byłem i w żadnym wypadku nie czuję obciachu w poznawaniu starożytnych cywilizacji. Z wypiekami na twarzy będę zwiedzał budowle, które trudno byłoby wznieść przy użyciu dzisiejszej technologi, a powstały tylko dzięki pracy ludzkich rąk. Równie chętnie pośmigam w japonkach, grzejąc się przy basenie, gdy w Polsce będzie trzeba już wbijać się w płaszcze i uważać na kałuże. Dodając do tego brak tłumów, które są WSZĘDZIE latem, zapowiada się wybornie.

Jak zauważyliście (lub nie), podróże w przyszłym roku zaplanowałem tak, by w każdym kwartale gdzieś wybyć. I co do samego planowania, to jeśli mogę coś ustalać z wyprzedzeniem, staram się to robić, bo spontaniczne wypady są super, ale ogólne założenia, że “w przyszłym roku gdzieś pojedziemy”, zazwyczaj zostają na poziomie niedookreślenia. Albo to niedookreślenie zamienia się w bardzo konkretne kiedyś”. Czyli “nigdy”. Dlatego zachęcam Was…

 

Planujcie, planujcie i… szukajcie okazji!

Pochwalcie się w komentarzach jakie państwa i miasta chcecie zobaczyć w przyszłym roku. Jak zostawicie po swoich założeniach trwały ślad, to większe prawdopodobieństwo, że faktycznie zostaną zrealizowane. A i ja podejrzewam, że będę miał trochę inspiracji na kolejne wojaże. Jeśli natomiast wciąż nie macie pomysłu gdzie polecieć, “zwykłe” podróżowanie Was nudzi i chcielibyście coś extra, to… dobrze!

Na stronie Heinekena wciąż trwa podróżniczy konkurs, w którym co miesiąc możecie wygrać dziką wyprawę w nieznane dla siebie i osoby towarzyszącej. Akcja oparta jest o aplikację, w której na podstawie losowo wybranej lokalizacji w Google Street View trzeba określić jaka to część świata. Im dokładniej zaznaczycie miejsce na mapie, tym większa szansa, że uda Wam się pójść w ślady Kuby i polecicie w równie egzotyczne miejsce co Filipiny. Poza samą podróżą, zgarnąć można też aparaty Leica i Kindle, a już abstrahując od wszystkiego, ta gra po prostu wciąga.

To co, skąd przyślecie mi pocztówkę w przyszłym roku?

Zobacz “Chce się żyć”. Sprawdź czy jesteś człowiekiem

Skip to entry content

Chce się żyć - Dawid Ogrodnik recenzja

Co 3 sekundy ktoś na świecie podejmuje próbę samobójczą. Co 40 sekund ta próba jest udana. Media już nie informują o każdej śmierci. Donoszą tylko o tych najbardziej spektakularnych. Ewentualnie dotyczących znanych osób. Czasem jakiś efektowny zamach na tle religijnym przedostaje się do naszej świadomości, ale niusy o śmierci żołnierzy ginących na froncie już zupełnie nas nie ruszają. To rutyna. Media wraz ze zwiększeniem prędkości przesyłu informacji coraz bardziej nas znieczulają.

Kobieta musi poćwiartować swoje dziecko albo zakopać je w beczce, żeby obudzić w nas wrażliwość.

Częściej zobojętniamy się na rzeczywistość, niż ją zmieniamy. Nie usuwamy z ulic bezdomnych, ani nie przygarniamy ich do swoich mieszkań. Nie tworzymy gett dla dzieciaków z patologicznych rodzin, ani nie czytamy im książek. Nie łamiemy rąk damskim bokserom, ani nie wysyłamy ich wraz z żonami na terapie. Nie reagujemy. Zamykamy oczy, zatykamy uszy i uodparniamy się. Sygnały wysyłane przez otaczających nas ludzi przestają docierać.

Szczepionka na empatię działa.

Potrzebujemy coraz silniejszych bodźców, coraz mocniejszych wydarzeń. Wypadek musi się zdarzyć przy nas, żebyśmy zwrócili na niego uwagę. Musimy być naocznymi świadkami tragedii, żeby pochylić się nad jej ofiarami i zastanowić nad ich losem. To co szokowało naszych rodziców dla nas jest nudną codziennością. Zwykłe historie nie zasługują na naszą atencję. I piszę „naszą” bo nie jestem wyjątkiem. Też ignoruję żebraków, wyrodne matki i mężów alkoholików.

Ale nie uodoporniłem się do końca. Są we mnie ludzkie odruchy.

Wczoraj byłem na „Chce się żyć”. Siedziałem na sali kinowej pośród kilkudziesięciu osób, gapiłem się w ekran i płakałem. Normalnie, publicznie płakałem. Na początku próbowałem się powstrzymywać, tłumić emocje i hamować łzy, ale nie dałem rady. Ten film otworzył mnie łomem. Jest tak mocny, a jednocześnie subtelny, że nie da się na nim utrzymać wyuczonych reakcji. Współodczuwanie krzywdy drugiej osoby wygrało z obojętnością.

Zdałem – jeszcze nie jestem wypraną z uczuć kukłą ubraną w modne ciuchy. Sprawdź czy Ty też.