Close
Close

“Warsaw Shore” – grunt to właściwa reakcja

Skip to entry content

MTV w zamierzchłych czasach puszczało muzykę. Może sugerować to sama nazwa – Music Television. Niestety lub stety, przyszedł YouTube. Od tego momentu każdy sam mógł wybrać porę, o której chce patrzeć na półnagie modelki trzęsące cyckami w klipach Bennego Benassiego. MTV musiało się dostosować. Najpierw były programy randkowe. Potem nietypowe programy randkowe. Później nietypowe programy randkowe dla homoseksualistów, aż doszliśmy do miejsca w którym jesteśmy obecnie. Pół seriale, pół reality showy, gdzie każdy z każdym przy każdym pod wpływem wszystkiego.

Jednym z tego typu programów jest “Warsaw Shore – Ekipa z Warszawy”, który wystartował w zeszłą sobotę.

Wokół tytułu było gorąco już przed premierą, a od emisji pierwszego odcinka nie da się wejść na Fejsa i nie wdepnąć w jakąś treść z nim związaną. Poszła fala. Nastolatki zastanawiają się czy to na serio. Studenci zazdroszczą. Absolwenci mieszkający ze starymi, plują sobie w mleczny zarost, że poszli na politologię zamiast na siłkę. Lemingi zapisują się na kartę MultiSport. Wszyscy się bulwersują. Bulwersują się prymitywnym zachowaniem uczestników programu i komentują je tymi oto słowami:

Warsaw Shore - komentarze

Warsaw Shore - komentarze 11

Warsaw Shore - komentarze 5

Warsaw Shore - komentarze 7

Warsaw Shore - komentarze 12

 Warsaw Shore - komentarze 3

Warsaw Shore - komentarze 15

Warsaw Shore - komentarze 8

Warsaw Shore - komentarze ostatni

Oburzać się na “Warsaw Shore”, to jak być zdziwionym, że pies szczeka. Zarzucać MTV bazowanie na najprostszy instynktach, to jak mieć to samo zastrzeżenie do Faktu albo SuperExpressu. Sorry, ale to nie National Geographic ani Telewizja Trwam, żeby mieć pretensje o taki program. Taka natura rynsztoku, że płynie w nim gówno. W latrynach zazwyczaj trudno znaleźć trufle. Jak idziecie do burdelu, to macie pretensje, że nie ma w nim dziewic? Byliście kiedyś zdziwieni, że w szambie nie ma pereł?

Ja nie, ale widzę, że wielu ludzi tak.

Pomijam, że publicznie znieważają inne osoby pod własnym imieniem i nazwiskiem, ale skoro w taki sposób reagują na ten program, to może właśnie jest on dla nich? Jeśli jakaś nieingerująca w moje życie głupota nie odpowiada mi, to najczęściej ją olewam. Ignoruję bez zmarszczki na czole i żyję dalej. Czasem szepnę “psia kostka” pod nosem. Jak mnie coś wyjątkowo dotknie, to poskarżę się znajomym przy piwie, że świat jest zły i ktoś w filmiku na YouTube był niemądry. Ale nie upubliczniam zachowań cechujących zwierzęta. Nie uzewnętrzniam się od najgorszej strony.

A tu tyle chamstwa. Czyżby zbłąkane dziecko marketingu i wyników oglądalności znalazło swoją grupę docelową?

Ciągnie swój do swego.

(niżej jest kolejny tekst)

Fly Style #8 – Wielki Zderzacz Hadronów

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Sennheiser

Kraków - Czarnowiejska - Mural AGH (6)

Kraków - Czarnowiejska - Mural AGH (8)

Kraków - Czarnowiejska - Mural AGH (5)

Kraków - Czarnowiejska - Mural AGH (4)

Kraków - Czarnowiejska - Mural AGH (3)

Kraków - Czarnowiejska - Mural AGH (9)

Kraków - Czarnowiejska - Mural AGH (1)

Jeśli zainteresowały Cię słuchawy, które mam na fotach, są to bardzo pierwszoklasowe Sennheisery Momentu On, o których szeroko rozpisywałem się tutaj (a na stronie producenta, wciąż masz szansę je zgarnąć). Co do samej wielkoformatowej grafiki na ścianie budynku, to prezentuje cud współczesnej nauki – maszynę, która podobno może stworzyć czarną dziurę. Takie rzeczy.

Kto oglądał “Teorię wielkiego podrywu” ten doskonale wie czym jest Wielki Zderzacz Hadronów. Kto nie, ten może googlować to pojęcie, obejrzeć serial, albo przejść się po Krakowie. Mural, który mam za plecami, to na dobrą sprawę świeżynka, bo powstał dopiero w zeszłym miesiącu, więc liczę na to, że jestem jedną z pierwszych osób, które robią sobie przy nim zdjęcia. Znajduje się nieopodal Alej Trzech Wieszczów i zasadniczo wszyscy studenci AGHu powinni się z nim znać.

Jak zwykle za dużo podpowiedziałem i na pewno już wiesz gdzie to jest. Śmiało, pochwal się!

W sobotę byłem na parapetówce u nowego znajomego. Poznaliśmy się w okolicznościach ćwierć-biznesowych, a na imprezie byli niemal sami ludzie z branży, toteż większość rozmów toczyła się wokół SEO, Androida i lasek. Usnęła tylko jedna osoba – bynajmniej nie z nudów – także było przyzwoicie. Branża nie branża, najżywsze dyskusje zawsze mają miejsce w kuchni lub na balkonie – w zależności od tego, gdzie można palić – i nie inaczej było tym razem.

Stoję oparty o barierkę. Kłócę się o to, czy cycki Penelopy wyglądają jak wymiona w przedostatnim filmie Allena, w międzyczasie przerzucając się uwagami na temat obcięcia zasięgów na Facebooku. Trochę wrzutek na edge rank, trochę na źle dobrany push-up. Leśmian by tego lepiej nie wymyślił. W kulminacyjnym momencie sporu, gościu, który do tej pory tylko się przysłuchiwał, rzuca magiczne 6 słów – „a czym ty się właściwie zajmujesz?”.

Wiedziałem, że jakiej odpowiedzi bym nie udzielił, będzie próbował podkopać moją profesję i zdegradować ją do poziomu nikogo znikąd, zbierającego puszki po dniach Mrągowa. Spodziewał się pewnie socialowej nindży albo początkującego accounta. No w najgorszym wariancie ułomnego copywritera. Ale w żadnym wypadku nie był przygotowany na tak absurdalną odpowiedź jaką dostał.

Gościu: – A czym ty się właściwie zajmujesz?

Ja: – Piszę bloga.

Gościu: – Co???

Ja: – Piszę bloga.

Gościu: – Ale jak piszesz bloga? O czym piszesz bloga? Ktoś ci za to płaci?

Ja: – Piszę jak żyć, jak nie żyć i ile jest 2+2×2. Czasem bezdomny sucharkiem poratuje albo dostanę półroczny zapas srajtaśmy od jakiejś marki, tak że z hajsem spoko.

Gościu: – A, to fajnie, fajnie… Bloga piszesz, fajnie… Fajnie… Ale co za 5 lat?!?

Jeśli ktoś nie jest w stanie zdeprecjonować tego co robisz, bo nic na ten temat nie wie, w akcie desperacji zarzuci Ci, że to nieprzyszłościowe. Jak to mawiają wyznawcy Puchałke – lepszy taki atak, niż żaden. Odpowiedziałem równie lotnie mówiąc, że za 5 lat albo stopią się lodowce zalewając nas wszystkich, albo dziura ozonowa, albo Al-Kadia, albo noszenie telefonu w spodniach wypali mi jaja. Więc to czy będę pisał bloga, czy łowił ryby w przerębli nie ma większego znaczenia. Po tej błyskotliwej wymianie zdań, wróciliśmy do dywagacji krążących wokół biustów hollywódzkich aktorek, ale to pytanie zostało mi w głowie na dłużej. Bo to dobre pytanie.

„Co będziesz robił za 5 lat?”

Do 6 miesięcy wstecz nie zastanawiałem się co będę robił w kolejnym kwartale, nie mówiąc już o roku, a co dopiero połowie dekady. Nie żebym nie miał jakichś planów, ale wszystko (słownie: WSZYSTKO) było tak zmienne, że raczej żyłem z tygodnia na tydzień. W tej chwili też trudno mi powiedzieć co konkretnie będzie się dziać w moim życiu za 60 miesięcy, dlatego, że to straaasznie odległa data.

Nie boję się, że moda na blogi się skończy i będę musiał iść do korpo. Moda na blogi się jeszcze nawet nie zaczęła. W Polsce z internetu korzysta 17 milionów osób, mnie nie czyta nawet jeden procent z tego. Jeszcze wszystko przede mną. Zresztą kapitał w postaci odbiorców zostaje przy twórcy, a nie na platformie, więc stronki mogą sobie umierać.

Tak, czy inaczej, wiem co będzie za rok. Będę jeździł po festiwalach jako jedno z głównych mediów promujących te wydarzenia i robił foto/wideorelacje. Będę przeprowadzał wywiady z „dużymi” gwiazdami i przedostawał się do świadomości tych, którzy w tej chwili mają w okolicach wczorajszego śniadania to, że zarywam noc, żeby pisać tekst.

Wiem też co będzie za 2 lata. W ramach współpracy z globalną marką odzieżową, będę podróżował po Azji odkrywając egzotyczną muzykę. Być może wraz z jednym z cenionych przeze mnie artystów. Będziemy latać awionetką między kolejnymi krajami i pokazywać instrumenty, których przeciętny europejczyk nie miał prawa widzieć.

Wiem nawet co będzie za 3 lata. Będę promował swoją książkę, mając nadzieję, że kupi ją ktoś poza moją mamą. Bo do tego czasu nauczę się pisać na tyle dobrze, by być pewnym, że sprawdzę się w takiej formie. Aczkolwiek będę się wahał, czy nie przesadziłem z otwartością i czy ludzie przełkną ten temat. W międzyczasie opanuję na poziomie ponad przyzwoicie-zaawansowanym Adobe Premiera i wszystkie kwestie związane z produkcją wideo.

Taki jest plan na najbliższe 3 lata. Ale co będzie za 5 lat? Nie mam najmniejszego pojęcia. To tak daleko.

Może Ty wiesz?