Close
Close

W tym miesiącu kończy mi się umowa z Playem, w związku z czym od października nieustannie gwałcą mnie pozostali czterej operatorzy.

Od początku grudnia odbieram przynajmniej jeden telefon dziennie z hasłem „mam dla Pana świetną ofertę”. Mówię, że nie jestem zainteresowany. Nie rozumieją. Napastują mnie tekstami „mam już dla Pana przygotowaną do wysyłki Xperię XYZ z hydromasażem i obciągarką, kurier tylko czeka na adres”. Odpowiadam, że nie mam dzisiaj urodzin, a do gwiazdki jeszcze trochę czasu, więc niech wprost powie, że chce mi ją sprzedać, to w spokoju ducha będę mógł się rozłączyć. Nie pomaga. Muszę rzucać słuchawkę z niespokojnym sumieniem.

W księgarniach też chcą mnie naciągnąć.

Przy kasie wciskają mi jakieś słodycze i inne z odbytu wynalazki, równie mocno powiązane z książkami, co Trybson z Warsaw Shore. W Rossmanie plastry do wybielania zębów i suplementy diety dla geriatryków. A ja tam przyszedłem tylko po krem Nivea. Rozumiem, że muszą tak mówić, dlatego nie unoszę się tylko grzecznie odmawiam. Oni recytują formułkę, ja recytuję formułkę i rozstajemy się ze zmarnowaną minutą życia, którą moglibyśmy poświęcić na dłubanie w uchu.

Jestem to w stanie przeżyć, dopóki nie spotykają mnie oszustwa w aptekach, a konkretnie, gdy…

 

Ekspedientka bezczelnie chce mnie oszukać

Od wtorku leżę obłożnie chory w łóżku i łykam Ibuprom na zmianę z Cirrusem, co jakiś czas przegryzając to aspiryną (nic miłego, nie polecam). Większość zasobów na tej planecie ma to do siebie, że jest ograniczona i nie inaczej było z moimi lekarstwami. Wczoraj byłem zmuszony przyodziać pancerne swetry, wychylić nos z krypty i pójść po dokładkę prochów.

Od wejścia do apteki czułem podstęp.

– Witam pana serdecznie, w czym mogę panu pomóc?

Normalne ekspedientki są obrażone, że muszą Cię obsługiwać. Ta musiała mieć jakiś interes, że zdobyła się na taką uprzejmość.

– Dzień dobry. Poproszę aspirynę.

– Aspirynkę? Ooo, jest pan przeziębiony? Mam tutaj coś specjalnego dla pana – aspirynka z kompleksem witamin i wapnem. Jak pan to weźmie, od razu panu przejdzie.

Myślałem, że aktorki na reklamach specyfików niwelujących bóle menstruacyjne mają najsztuczniejszy uśmiech na świecie. Myliłem się.

– Dziękuję, ale poproszę najtańszą, one się niczym nie różnią.

– Tutaj ma pan witaminkę b6, b16, witaminkę C i wapno.

– Dziękuję, ale poproszę najtańszą, potrzebuję tylko apisryny.

– Nic tak panu nie pomoże jak to.

I zaczyna nabijać.

– Tak jak powiedziałem, poproszę najtańszą.

– Piętnaście sześćdziesiąt.

Wręcza mi siatkę z tym czymś i paragonem, szczerząc sztuczne zęby, i czeka na pieniądze.

– Ile?! To jest najtańsza?

– Tak.

Nawet faceci nie kłamią tak słabo odpowiadając, czy zależy im tylko na seksie.

– Tańsza, niż ta Bayeru?

Po tym pytaniu była jak drink Bonda w krzywy zwierciadle. Zmieszana, niewstrząśnięta.

– Nooo, ale tam ma pan tylko aspirynę, a tu ze wszystkim i…

– Jakbym chciał ze wszystkim, to bym powiedział „poproszę ze wszystkim”, a powiedziałem „poproszę najtańszą aspirynę”. Czemu chciała mnie pani oszukać?

Kobiecina zrobiła minę zgaszonej 5-latki, która właśnie dowiedziała się od starszego brata, że Święty Mikołaj nie istnieje.

– Nie chciałam pana oszukać tylko doradzić!

Aha.

(niżej jest kolejny tekst)

Taki komunikat przekazuje nam TVN. I chce żebyśmy w to uwierzyli.

Najpierw relacja Filipa Chajzera z „Fashion Weeku”, gdzie uczestnicy zachwycali się nieistniejącymi projektantami mody, teraz test uliczny, w którym przechodnie nie potrafią prawidłowo zaznaczyć największych polskich miast na mapie. Ten drugi filmik trafił do sieci dopiero dzisiaj, więc obstawiam, że jutro napisze o tym NaTemat i Gazeta, a do piątku będzie miał główną na YouTube. Puenta w każdym z tych mediów będzie ta sama – jesteśmy otoczeni idiotami. Faktycznie, bohaterowie „reportażu” są przedstawieni w ten sposób, ale czy na pewno tak jest?

Czy rzeczywiście otaczają nas sami debile?

Śmiem wątpić. Ja się za takiego nie uważam i swoich przyjaciół też bym tak nie określił. Podejrzewam, że Ty także. Mam znajomych bez studiów, mam kumpli po zawodówkach i takich, którzy edukację zakończyli po komersie w podstawówce. Mimo to, nie są pół-mózgami i byliby w stanie zaznaczyć Kraków na mapie (choć de facto, to o niczym nie świadczy). Skąd więc tylu głupków w materiałach TVNu?

To siła montażu.

Nagranie materiału zapewne trwało kilka godzin, w trakcie których zaczepiono kilkunastu (jeśli nie kilkudziesięciu) przechodniów, z czego 2 strzeliło gafę (słownie: DWÓCH). Wszystkich którzy wiedzieli, że Gdańsk jest u góry, a Zakopane na dole wywalili i dali tych, którzy mylili Radom z Australią. Montażysta posklejał to tak, żeby wyglądało naturalnie – jakby Chajzer Junior faktycznie spędził pół dnia na Marszałkowskiej i nie mógł znaleźć nikogo, kto miał choć dwóję z geografii – i voila. Mamy druzgocący materiał, który obnaża niewiedzę Polaków.

Po co TVN tak robi?

Żebyś to kupił. Oglądanie normalnych ludzi nie sprzedałoby się. Jeśli przez 3 minuty leciałyby same poprawne odpowiedzi widz wyłączyłby program w połowie. Albo zanudził się na śmierć. Dlatego producenci celowo wrzucili osoby, które się mylą. Wiedzą, że tylko wtedy odcinek wzbudzi emocje. Nieważne czy pozytywne, czy negatywne. Ważne, że zacznie się dyskusja. Ludzie będą go sobie podawać dalej, a wokół stacji zrobi się szum, co przełoży się na większą oglądalność.

A to tylko zgrabny montaż.

Pamiętaj o tym, gdy następnym razem podkusi Cię, by wydać osąd na jakiś temat pod wpływem kilkuminutowego filmiku.

Sylwester Wardęga od jakiegoś czasu wyzwala we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony wciąż śmieję się z jego starszych filmików. Mimo, że jawnie kserował Remiego Gaillarda, był w nich pozytywnym świrem, który wplatał abstrakcyjny koloryt w wielkomiejską szarość. Z drugiej, czuję lekkie zażenowanie, gdy publiczne obmacywanie kobiet, czy gnojenie policji, próbuje maskować akcją prospołeczną. Albo robimy show, jedziemy po bandzie i później pijemy piwo, które sobie nawarzyliśmy, albo boimy się konsekwencji i nie zrzucamy telewizorów z półek w Saturnie.

W tę albo w tę.

I wybierając pierwszą opcję, musimy być świadomi, że posiadanie kanału na YouTube nie daje nam dyspensy na psikanie ludziom po twarzach serpentynami w spreju. To, że chcesz nagrać filmik do internetu, nie daje Ci prawa niszczenia mienia, naruszania czyjejś nietykalności cielesnej, czy stawiania anonimowych osób trzeci w nieprzyjemnych sytuacjach. Jeśli przegniesz, poniesiesz tego konsekwencje. Nawet jeśli masz 700 000 subskrybentów. A niektórzy YouTuberzy  albo udają, że o tym nie wiedzą, albo doznają amnezji po przekroczeniu kilkudziesięciu tysięcy wyświetleń.

Nie wiem czy Warszawski Superman też o tym zapomniał, czy świadomie to ignorował, ale znalazł się taki, co mu przypomniał.

W 58 sekundzie, pojawia się chłopak, który na próbę napaści reaguje obroną konieczną. Nacierającego napastnika wali w głowę i kopie w kroczę. Nic nadzwyczajnego, dość naturalna reakcja, która z niewiadomego powodu dziwi Wardęgę. Sylwester był przekonany, że czajenie się w liściach, w nocy, w opustoszałym parku w upiornym przebraniu, to świetna zabawa, nie tylko dla niego, ale i dla jego ofiar. Pewnie myślał, że przechodnie podziękują mu i wręczą bombonierkę za nieoczekiwane wprawienie w stan paranoidalny. Przecież to takie śmieszne. A tu jakiś buc z Żyrardowa miał czelność nie mieć poczucia humoru.

Biorąc po uwagę stres i okoliczności w jakich Wardęga napastował chłopaka, i tak miał szczęście, że nie przestał go kopać, dopiero gdy przestał się ruszać.

To nie jest tak, że jak kręcisz filmik do sieci, to jesteś ponad obowiązującymi normami. Że możesz wszystko i za nic nie odpowiadasz. Dopóki nie dostaniesz mandatu poselskiego, funkcjonujesz w społeczeństwie na tych samych zasadach co inni, i za ich złamanie jesteś rozliczany jak każdy. Blogerom czy YouTuberom, może i wolno więcej w stosunku do marek i spraw publicznych, ale nie do osób prywatnych. Niby oczywiste, a Sylwestra zdaje się to zaskakiwać, jak 5-latka fakt, że dzieci nie przynosi bocian.

To, że dostał strzała to nic. Ciekaw jestem jakby zareagował, gdyby jedna z przerażonych dziewczyn dostała trwałej psychozy i od tego incydentu paranoicznie bała się chodzić po parkach. Opłacałby jej wieloletnią psychoterapię i żył ze świadomością, że spieprzył komuś życie? Czy może szedł w zaparte i na sali sądowej powiedział, że jest niewinny, bo kręcił tylko pranka do internetu? A co gdyby najzwyczajniej w świecie dostała zawału?

Nie chce brzmieć przesadnie patetycznie i umoralniać Sylwestra, bo użyłem jego filmiku tylko jako przykładu, ale to, że wiesz jak wykorzystać aparat w telefonie, nie sprawia, że możesz więcej, niż inni i nie poniesiesz tego konsekwencji.