Close
Close

Urodziłeś się wolny. Ubabrany krwią, śluzem i potem, ale wolny.

Twoi rodzice nie byli wtedy dużo bogatsi, niż przeciętni posiadacze malucha cisnący się w 25-metrowym M2, ale nie była to skrajna bieda. Nie musiałeś wygrzebywać resztek po śmietnikach, ani tułać się po pustostanach. Miałeś zapewniony wikt, opierunek i pewnie nawet Pampersy. Ani po narodzinach, ani gdy już zacząłeś raczkować, nie przyszedł do Ciebie nikt z Urzędu Planowania Życia, żeby w rubryce z Twoim peselem wpisać zawód i ściśle określony rodzaj prac jakie możesz wykonywać.

Byłeś wolny. Pozbawiony ograniczeń, bo nieświadomy ich istnienia.

Pamiętasz jak wracałeś z babcią z przedszkola? Mijając kolesi grających na podwórku w nogę zatrzymywałeś się na chwilę i mówiłeś, że będziesz piłkarzem. Jak dorośniesz oczywiście. Jadąc z mamą autobusem stawałeś za kabiną kierowcy tak, by móc widzieć jak steruje tym wielkim autem i oznajmiałeś, że też w przyszłości będziesz prowadził autobusy. Oglądając z dziadkiem wiadomości pytałeś jak się nazywa taki pan, który chodzi po księżycu. Bo Ty też byś się przeszedł. I przejdziesz, jak tylko skończysz szkołę!

Będąc dzieckiem miałeś bujną wyobraźnię. I nikomu to nie przeszkadzało.

Tata nie negował tego, że chcesz być maszynistą. Ciocia nie śmiała się z opowiadań o karierze koszykarza. Wujek utwierdzał Cię w przekonaniu, że możesz zostać piosenkarzem. Nawet ta bezzębną stara bryndza z 4-go piętra nie próbowała Ci wybić z głowy pomysłów o lotach w kosmos. Mogłeś marzyć, mogłeś planować, mogłeś puszczać wodze fantazji. Nikt nie szydził z Twoich aspiracji. Nie próbował ich zrównać z ziemią, zmieszać z błotem, a potem na nie nasrać i zasypać żwirkiem.

Mogłeś chcieć! Aż do końca podstawówki.

Idąc do gimnazjum dowiadywałeś się, że tylko pedały mają marzenia o aktorstwie. Poza tym z takim ryjem i tak nikt nie będzie chciał Cię kamerować. Co z tego, że czułeś się w tym dobry i od 5-tej klasy chodziłeś do ogniska artystycznego po szkole. To, że odgrywanie ról na scenie sprawiało Ci niebywałą przyjemność, a oklaski z widowni kręciły Cię bardziej, niż podglądanie dziewczyn w szatni po wuefie, nie miało znaczenia. Wyróżnienie w wojewódzkim przeglądzie szkolnych przedstawień teatralnych było nieistotne. Gra w filmach to zły pomysł. Chujowy. A już na pewno nie dla Ciebie.

Zaczęto Ci mówić, że czegoś nie możesz. Zacząłeś się z tym zgadzać.

Musiałeś schować do skarpety część swoich przekonań, żeby być akceptowanym przez grupę rówieśniczą. Żaden nastolatek nie chce być wyrzutkiem. Każdy już-prawie-prawie-jeszcze-tylko-trochę dorosły chce mieć swoją paczkę, a paczki mają to do siebie, że trzeba się dostosować. Kto za bardzo odstaje, wylatuje. No chyba, że byłeś liderem? Tyle, że bycie liderem ma to do siebie, że w każdej grupie jest dokładnie jeden. Wybacz, że Cię zmartwię, ale korzystając z bezlitosnej statystyki wiem, że nie byłeś.

Trochę Cię to uwierało, ale dostosowałeś się. I dostosowywałeś dalej.

Kończąc liceum starzy postawili sprawę jasno – żadnego pierdolenia o aktorstwie na PWST. Albo będziesz inżynierem albo już dzisiaj zaczynasz przygodę życia z łopatą. Kilka lat spędzonych z ludźmi wycierającymi sobie buty o Twoje marzenia, skutecznie osłabiło wiarę w nie, więc nagiąłeś się do ultimatum rodziców. Poza tym, liczyłeś, że w trakcie studiów sytuacja się zmieni. Mimo wszystko poznasz jakieś artystyczne dusze, założycie kabaret na wzór „Łowców .B” i rozwiniesz skrzydła.

Nie rozwinąłeś. Nawet nie udało Ci się nimi zatrzepotać.

Kolesie z polibudy chętnie naśladowali swoich wykładowców po pijaku. Świetnie karykaturyzowali ich style wypowiedzi i gesty, ale o żadnym teatrzyku nie było mowy. Gdzie typy, które na trzeźwo spinają się zaczepieniem nieznajomej z pytaniem o godzinę, będą występować przed kimś więcej, niż lustrem? Maksimum ekspresji ich wewnętrznych przeżyć, to bazgroły w zeszycie na „Podstawach organizacji i zarządzania” przypominające krowie placki. Zresztą, pod koniec czwartego roku, Ty sam wracałeś myślami do kariery filmowej już tylko wtedy, gdy solidnie się upaliłeś. Kończyłeś studia, starzy przestawali przesyłać hajs i musiałeś zacząć się rozglądać za jakąś tyrką.

Słodkie fantazje zlizała gorzka rzeczywistość. Poszedłeś do pracy.

Odkąd zacząłeś budzić się na rozkaz budzika i spędzać połowę czasu, w którym nie spałeś, w miejscu, które traktowałeś jak zło konieczne, nikt nie musiał Ci mówić, że czegoś nie możesz. Nie miałeś kiedy, nie miałeś jak, nie miałeś gdzie. Nie mogłeś. A odkąd Kasia powiedziała Ci, że okres spóźnia jej się już 4-ty miesiąc nie mogłeś podwójnie. Nie mogłeś jej zostawić. Nie mogłeś jej zostawić z dzieckiem. Nawet nie chodzi o to, czy chciałeś, ale nie mogłeś. Z czasem nawet to polubiłeś, ale ugrzązłeś.

Świat stojący otworem zamknął się jak drzwi odjeżdżającego autobusu.

Wszystko co Cię otacza ma na Ciebie wpływ, ale największy mają ludzie, z którymi przebywasz. To oni podważają Twoje przekonania, negują plany i kwestionują cele. To oni wywołują w Tobie uczucie niepewności i przekonanie, że to co robisz nie ma sensu. Mogą być wsparciem i największą ostoją na wyboistej drodze po marzenia, ale równie prawdopodobne, a nawet bardziej, że staną się Twoimi butami z betonu.

Jeśli ich nie zrzucisz, nie dotkniesz nieba.

autorem zdjęcie jest taylor levy
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie
muzyczne hity 2013
autorem zdjęcia jest Kheel Center, Cornell University

O tym jak ważna jest dla mnie muzyka pisałem na blogu ze 100 razy, jak nie 101. Jest jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Wpływa na moje myślenie, postrzeganie świata i samopoczucie. Wydałem na nią furmankę pieniędzy i gdybym miał, wydałbym drugą. Trudno mi sobie przypomnieć dzień, w którym nie przesłuchałem ani jednego utworu lub chociaż, nie nuciłem jakiegoś tekstu pod nosem. Traktuję ją wybitnie priorytetowo.

W zeszłym roku i w jeszcze poprzednim, tuż przed sylwestrem wrzucałem swój subiektywny ranking 10 hitów, które rządziły w mijających 12-stu miesiącach. W tym roku pomyślałem, że pójdę dalej i do swojego spojrzenia na muzykę dodam również Wasze, żeby pełniej oddać to jak brzmiał 2013, a przy okazji skonfrontować te dwie perspektywy i zobaczyć jak bardzo nasze gusta się pokrywają. Bo co do tego, że nasze preferencje kulturowe są zbieżne nie mam wątpliwości. Po pierwsze, widać to po utworach, które podrzuciliście mi na parapetówkę. Po drugie, gdyby tak nie było, to nie zaglądalibyście tu tak często.

Nie przedłużając, ogłaszam największy w blogosferze plebiscyt na muzyczne hity 2013 roku! Swoich faworytów typować będziemy 5-ciu kategoriach:

1. Singiel roku – szlagier domówek, klubówek i bezsennych nocy, który pojawiał się na każdej imprezie, niezależnie od wieku uczestników i ilości alkoholu we krwi.

2. Teledysk roku – klip, który z miejsca poleciał do ulubiony na YouTube i nie znudził Was nawet po godzinnym zapętleniu.

3. Ścieżka dźwiękowa roku – tło muzyczne, które było równie dobre co film lub nawet przyćmiło obraz, a Waszym pierwszym odruchem po wyjściu z kina było wpisanie w Google „nazwa_filmu + soundtrack”.

4. Album roku – kompletna płyta-klasyk, do której będziecie wracać równie chętnie za rok jak i za 10 lat, mając ciary na plecach.

5. Muzyk roku – wokalista, producent, skrzypek, dj, raper, klawiszowiec, bądź organista, który zdominował mijający rok kradnąc Wasze serca, czas antenowy i miejsce na blogach.

Głosujemy w komentarzach podając kolejne numerki i odpowiednio tytuł singla/klipu/ścieżki dźwiękowej/albumu i ksywki muzyka. Wrzucamy zarówno polskie, amerykańskie, jak i urugwajskie propozycje, byleby premiera proponowanych kawałków mieściła się między 01.01.2013 a 31.12.2013. Nie trzeba typować wszystkich kategorii, można 4, 3, 2 lub tylko jedną, ale umawiamy się, że brak udziału nie wchodzi w grę i wszyscy się bawią.

Plebiscyt trwa do 4-go stycznia włącznie. Po tym terminie moje niezawodne oko absolwenta informatyki i ekonometrii sumuje, potęguje, pierwiastkuje i mnoży wyniki zliczając tytuły i ksywki. 6-go stycznia dowiadujemy się, co królowało przez cały poprzedni rok w słuchawkach czytelników Stay Fly, i rzecz jasna w moich, pijemy Moët i obrzucamy się kawiorem z bieługi.  Nie wiem, kto się bardziej zdziwi, czy ja czy Wy, ale głęboko wierzę, że jednak nikt nawet dla żartu nie wrzuci „She dances for me”. „My Słowianie” jeszcze będę w stanie przeżyć, a widząc coś z polskiego podziemia serduszko szybciej mi zabije.

No to jedziemy, losy muzycznych hitów 2013 roku są w Waszych rękach!

Święta, święta i zamiast talii osy, dupa słonięta. Czy jakoś tak. Barszcz wypity, uszka odgryzione, poliki wycałowane, hajsik przytulony. Aby tradycji stało się za dość, w pierwszy pracujący dzień po świętach należy pognać co tchu w płucach do sklepów. Bo wyprzedaże, bo obniżki, bo promocje. W gąszczu nikomu niepotrzebny pierdół tańszych o złotówkę czają się zasadzki, niebezpieczeństwa i spoceni ludzie.

Jak po bożemu ich ominąć i zrobić zakupy jak szef, a nie jak lama? Oczywiście bardzo prosto.

1. Miej galerie cudze przede mną. Wybranie się na poświąteczne wyprzedaże, do centrum handlowego, które jest najbliżej/które najlepiej znasz, nie zawsze jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza jeśli to najpopularniejszy obiekt w mieście/usytuowany w centrum. W Galerii Krakowskiej w „zwykłe” dni są tłumy, a po jakiejkolwiek dłuższej przerwie są TŁUMY. Odpuść i pojedź do jakiejś handlówki na obrzeżach, gdzie nie zaglądają przypadkowi turyści.

2. Nie będziesz jeździł po obiedzie nadaremno. Jeśli nie chcesz skruszyć zębów zgrzytając nimi w kolejce do wejścia, przebieralni i kasy, to wyrusz na zakupy przed południem, a nie po, jak większość. Najlepiej koło 11, gdy ciuchy jeszcze nie walają się po podłodze, tylko wiszą ułożone według rozmiarów na wieszakach, a ekspedientki nie wypowiadają nazwy najstarszego zawodu świata w myślach, przed udzieleniem odpowiedzi na Twoje pytanie.

3. Pamiętaj abyś szatnię na okrycie wierzchnie święcił. Pozbądź się kurtki, czapki, rękawiczek i szalika. Nie żałuj tej trójczyny i zostaw zbędną odzież tam, gdzie jej miejsce. Taszczenie tego ze sobą po wszystkich sklepach albo, nie daj boże, ściąganie i zakładanie za każdym razem, gdy chcesz coś przymierzyć jest gorsze, niż odrastające włosy w nosie.

4. Czcij gotówkę swoją i karty płatnicze swoje. Obniżka o 10%, to nie obniżka. Przecena z 249,90zł na 229,90zł, to nie przecena. Już lepiej było kupić tę kurtkę od razu po ukazaniu się kolekcji, a nie teraz brać wymiętoloną za 2 dyszki mniej. Nie daj się omamić napisem „SALE”. Sale to były w szkole od wuefu.

5. Nie wkręcaj sobie, że nie potrzebujesz przymierzyć. To, że wszystkie spodnie z Bershki masz w rozmiarze 32 nie znaczy, że gacie w Zarze z takim numerkiem też będą na Ciebie pasowały. A już na pewno nie w H&M! Wiem, że nie chce Ci się 27 raz stać w kolejce, rozsznurowywać butów i ściągać spodni, ale lepiej zrobić to po raz kolejny, niż po przyjściu do domu dowiedzieć się, że sztruksy, których tyle się naszukałeś, jednak są za małe. I wyglądasz w nich jak po młodszym bracie.

6. Nie zabijaj. Się. O byle gówno. Stań przed lustrem w tym t-shirce z jednorożcem, i zadaj sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – „czy naprawdę chcę to mieć?”. Nie raz widząc stertę ciuchów ometkowanych „-50%” brałem co popadnie w euforycznym szale, po czym dochodziłem do kabiny w przymierzalni i doznawałem olśnienia. Wewnętrzny głos rozsądku klepał mnie po twarzy mówiąc „synu, trzymasz w rękach syf najgorszego sortu, w którym będzie ci wstyd nawet wyjść ze śmieciami”.

7. Nie cudzołóż. W sensie nie łóż gdzie popadnie. Jeśli rezygnujesz z oversize’owego swetra, w którym wyglądasz jak Dumbo po nieudanej liposukcji, to nie rzucaj go gdzie popadnie. Daj go jakiejś ekspedientce przy przymierzalni albo zostaw przy kasie, bo kładąc go byle gdzie, zrobisz większy burdel, niż w „Showgirls”.

8. Nie rób bydła. Ani rzucając się na ostatnią koszulę moro za 19,90zł w Twoim rozmiarze, ani kwitnąc w kolejce do kasy. To, że nie udało Ci się kupić po taniości tego, co chciałeś, to Twoja wina. Tak samo jak to, że wrastasz w ziemię czekając, aż kasjer Cię obsłuży. Zacznij zarabiać więcej, to pozbędziesz się takich problemów.

9. Nie miej fałszywych potrzeb przeciwko skarbonce swojej. Przy kasie dowiesz się, że jeśli weźmiesz jeszcze 15 rzeczy, to 16-sta będzie gratis. De facto okaże się, że zapłaciłeś za to, co naprawdę chciałeś kupić 3 razy więcej, niż przed przeceną, ale wiele osób się na to łapie. Bądź czujny. Nie daj się zwieść. Podążaj za brzdękiem monet w swojej świni-skarbonie.

10. Ani złudzeń, że nie potrzebujesz paragonu. Potrzebujesz i to jak cholera! Wszystkie ciuchy podlegają wymianie bądź naprawie, jeśli są wadliwe, a ciuchy z wyprzedaży bywają wybrakowane częściej, niż poza nią. Tu przetarcie na zgięciu, tam urwany guzik i bez paragonu będziesz mógł w nich już jeździć tylko na sobotnie zakupy, więc nie kozakuj wyrzucając rachunek za siebie po odejściu od kasy, tylko schowaj w portfelu.

Amen.

autorem zdjęcia w nagłówku jest twicepix