Close
Close

Tekst z emotikonami jest jak seks na viagrze

Skip to entry content

Miałaś zostać w domu, bo świat jest zły i tylko paczka Carte d’Or przepijana Kadarką Cię rozumie, ale dałaś się namówić. Wariatki z pracy wyciągnęły Cię na miasto. Najpierw kilka shotów w Pijalni Wódki, potem jedno małe w Bombie i ruszacie na polowanie na Szewską.

14-centymetrowe szpilki sprawiają, że każdy śmielszy ruch graniczy z upadkiem, ale wiesz że wyglądasz w nich jak playmate roku, więc wchodzisz do klubu krokiem modelki Victoria’s Secret. Poza tym to Louboutiny, więc nawet gdybyś miała grubą dupę i słaniała się między stolikami, wszyscy i tak patrzyliby na Ciebie jak na gwiazdę.

Stojąc przy barze jakiś studencina chce Ci postawić Kasztelana, ale Ty nie jesteś żoną pastora żeby polecieć na piwo. Spławiasz go uśmiechem politowania i zamawiasz Martini ze Spirtem, nachylając się do barmana na tyle, by sam wpadł na to, że ma tam też dolać wódki. Bierzesz łyka i idąc w stronę parkietu czujesz na pośladkach wzrok wszystkich facetów, którzy nie stoją do Ciebie przodem. Jest dobrze, ta noc będzie Twoja.

Tańce, hulanki, swawole i jakiś kilkunastu kolesi, którym musiałaś wmówić, że jesteś lesbijką, żeby przestali Cię katować tekstami o „niebiańskich oczach”. Erazmusy, metroseksy i informatycy, aż nagle, jak czynny spożywczy w pierwszy dzień świąt, przy wejściu do sali dla palących pojawia się on  – wysoki, dobrze zbudowany, z lekkim zarostem. Już od samego patrzenia na jego kark robi Ci się mokro. Wyciągasz paczkę mentolowych Vogue’ów i biegniesz zagadać o ogień.

Łyka haczyk, pyta Cię o imię i trzyma za rękę ciut mocniej, niż powinien, gdy idziecie na parkiet. Tańce, hulanki, swawole i twarde sutki, gdy dotyka dekoltu na Twoich plecach. Jeszcze raz otrze się o Ciebie biodrami i eksplodujesz. Chcesz go mieć! Teraz! Przy sobie! W łóżku! W sobie!

Gładzisz go po potylicy przyciągając ku sobie i mówisz, że chciałabyś pójść w jakieś spokojniejsze miejsce. Nie wiesz czy źle Cię zrozumiał, czy zostawił mleko na gazie, ale z niedowierzaniem słuchasz jak mówi, że mieszka niedaleko i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby, jak wychodzicie z klubu. Tak, to dzieje się naprawdę. Idziecie do niego. Do turbo-zabójczo-przystojnego bruneta przypominającego we wszystkim Ryana Goslinga, poza akcentem i kolorem włosów. Wyrwałaś najlepsze ciacho na imprezie. Jesteś niezła, naprawdę. Co prawda, gdyby nie kumpele, leżałabyś w brudnych dresach na kanapie i obżerała się lodami oglądając „How I met your mother”, ale teraz zaliczysz seks kwartału.

Jak tylko wejdziecie do jego mieszkania będziecie się rżnąć do nieprzytomności!

Wchodzicie. Meble z IKEI, świeże owoce na stole i żadnych pustych butelek przy kanapie, ani brudnych naczyń w zlewie. Cholera, jest czyściej, niż u Ciebie. Bierze kieliszki na nóżce, wyciąga z lodówki coś, co ani nie wygląda na Fresco, ani na Sophię i puszcza Pink Floydów. Albo ten koleś jest ideałem albo masz halucynacje od nowego lakieru do paznokci. Gdy kołyszecie się w podejrzanie bliskiej odległości od kanapy, mruczy Ci do ucha, że świetnie wyglądasz w tej akwamarynowej sukience, ale jeszcze bardziej do twarzy będzie Ci w samych Palmersach.

W przypływie trzeźwości robisz to, co robi każda kobieta, gdy ma za dużo czasu na myślenie – zastanawiasz czy wyglądasz idealnie. A przynajmniej na tyle perfekcyjnie, żeby po zrzuceniu kiecki nie stać się żabą w oczach tego księcia z bajki.

Biegniesz do łazienki pod pretekstem, pod którym laski zawsze wymykają się do kibla, i zaczynasz gapić się w lustro. Gapisz się, gapisz, i gapisz, i widzisz na swojej twarzy więcej niedociągnięć, niż retuszer zdjęć Madonny. Gapisz się dalej i okazuje się, że masz krzywe nogi, grube uda, asymetryczne wcięcia w talii, nienaturalnie wypukłe nadgarstki i przeraźliwie nijakie łopatki, co z pewnością zauważył każdy w klubie, łącznie z niedowidzącym didżejem. A już na pewno Twój książę.

Pewność siebie spadła Ci do -15. W wariackim transie poprawiasz makijaż, płuczesz usta, spryskujesz stopy perfumami i modlisz się, żeby nie wyrzucił Cię z sypialni, gdy już będziesz naga.

Chcesz to zrobić. Wizualizujesz jak bierze Cię od tyłu odkąd zobaczyłaś go przy palarni, ale paraliżuje Cię lęk, że jesteś za mało atrakcyjna. Przeraża Cię, że możesz nie być na tyle pociągająca, żeby go podniecić. Że gdy zaczniecie się miziać, lizać i gryźć, coś nie zatrybi. Boisz się, że mu się nie spodobasz. Nie na tyle, żeby jego ciało zareagowało, tak jak byś chciała. Twoje feromony, Twoja gra wstępna, Twoje zdolności uwodzicielki, Twoje łóżkowe umiejętności będą za słabe, żeby mu stanął.

Masz dwa wyjścia. Pierwsze – uwierzyć w to, że jesteś laską z kalendarza Pirelli, którą byłaś jeszcze godzinę temu w klubie, i dać mu grę wstępną, po której dojdzie bez wyciągania go ze spodni. Drugie – wrzucić mu viagrę do wina i cieszyć się, że po niebieskiej tabletce na pewno stanie. Nawet jeśli miałabyś makijaż jak Andrzej Gołota po walce, krzywe zęby, najbardziej wypukłe nadgarstki na świecie i zero pojęcia o tym, co zrobić, żeby postawić go do pionu.

Niby oba sposoby dają zbliżony efekt, ale przy drugim czujesz, że to nie tak powinno być. Że sama powinnaś doprowadzić do tej reakcji, a nie ją wymuszać. Że to dzieje się sztucznie. Że to lekkie oszustwo. Że to jak gra na kodach. Że satysfakcja z tego jest dużo mniejsza.

Tak samo jest emotikonami w tekście. Mogę się starać jak maniak, rzeźbić kolejne zdania, pieczołowicie dobierając każde słowo i wierząc, że po którymś porównaniu z kolei zaplujesz monitor herbatą. Mogę też wstawić dwukropek-nawias i mieć pewność, że również uniesiesz kąciki ust ku górze. Przy czym to drugie będzie pójściem na skróty, oznaką braku wiary we własne umiejętności. Dlatego nigdy tego nie robię.

Jeśli chcę Cię rozśmieszyć, to piszę tak abyś dostała skurczu brzucha i nabawiła się zmarszczek mimicznych. Nie wstawiam emotikonek.

(niżej jest kolejny tekst)

11 powodów, dla których nie warto iść na “Nimfomankę”

Skip to entry content

Z Larsem von Trierem jest jak z dzieckiem księcia Williama – nawet jak ma zrobić kupę ludzie spodziewają się, że to będzie cukierek. „Nimfomanka” jest jedną z takich śmierdzących niespodzianek, po obejrzeniu których część widzów boi się przyznać, że król jest nagi. Mocno się wczoraj zastanawiałem, czy iść na premierę, czy wyszorować sedes i odkurzyć dywany. I żałuję, że wybrałem jednak to pierwsze.

Czemu “Nimfomanka” jest słabsza, niż życzenia prezydenta dla facebookowiczów?

 

#1 – Tandeta, tandeta

Film zaczyna się pseudo-poetycko – czarny ekran, dźwięk padającego deszczu, nostalgia, melancholia i najazd na nieprzytomną, poobijaną i zakrwawioną kobietę na dziedzińcu starej, zapuszczonej kamienicy – po czym zaczyna grać Rammstein. Tak, Rammstein, ten hiper popularny niemiecki zespół metalowy bazujący na kiczu. Po takim wstępie nie da się dalszej części traktować poważnie.

 

#2 – Ambitne kino na siłę

Reżyser za wszelką cenę chciał usprawiedliwić kobiety z nieustannie wilgotną pochwą i odnieść ich palącą potrzebę stosunku płciowego do innych zjawisk. Wszelkie porównania są tak wymuszone, że ani nie ciekawią, ani nawet nie śmieszą, tylko żenują. To raz. Dwa, że wprowadzenie postaci dziadeczka, który z rozdziawioną japą słucha o obciąganiu przypadkowym kolesiom w środkach publicznej komunikacji i usilnie chce nadawać temu sens, obraża mnie jako widza.

 

#3 – Traktowanie wątków po łebkach

Główna bohaterka rżnie się jak świnie w ubojni. To motyw przewodni. Super.

Niestety wszystkie czynniki, które mogłyby mieć na to RACJONALNY wpływ i odciskać na Joe jakieś piętno, zostają potraktowane bardziej po macoszemu, niż Kopciuszek. Relacja z matką zostaje spłycona tak bardzo, że jestem zaskoczony, że jej postać w ogóle pojawia się w filmie. Ojciec też wiemy, że jest i nawet wiemy, że umiera, ale nie ma ani słowa z jakiego powodu. I czy rodzice mieli jakikolwiek stosunek do permanentnej rozwiązłości córki. Zasadniczo, to większość postaci pojawia się tylko jako pretekst, do pokazania pochwy na ekranie.

 

#4 – Nieudolność reżysera

W połowie filmu oprócz weny, Larsa opuszcza również zdolność do samokrytyki i nie wiedząc jak przejść od jednego miałkiego porównania do drugiego, stosuje rozwiązanie na poziomie szkółki aktorskiej dla niewidomych. Żeby móc powiązać nimfomanię z polifonią, reżyser wprowadza do rozmowy głównych bohaterów temat muzyki. Robi to tak topornie, jak tylko możesz sobie wyobrazić.

Joe po kilku godzinach przebywania w tym samym pomieszczeniu i gapienia się we wszystkie możliwe kąty, ni z tego, ni z owego, rezolutnie zagaja:

O, masz magnetofon. Słuchasz muzyki?

To stwierdzenie na poziomie „o, masz cycki. Jesteś kobietą?” lub „o, jeździsz na wózku inwalidzkim i nie masz nóg. Jesteś kaleką?”. „O, masz kibel. Zdarza ci się srać?” jest równie finezyjnym sposobem zmiany tematu rozmowy.

 

#5 – Ciśnienie na kasę

Larsowi widać ostatnio hajs się nie zgadza, bo nie dość, że porusza temat oklepany jak tyłek Sashy Grey, ale o niegasnącym potencjale komercyjnym, to jeszcze rozbija film na dwie części. I pod koniec tej pierwszej, w trakcie napisów końcowych, daje nachalną zapowiedź drugiej, która jest jedną wielką kanonadą wagin, penisów i jęków. Jeśli RedTube dałby możliwość kręcenia vlogów, to tak by właśnie wyglądały.

 

#6, 7, 8, 9, 10, 11 – N-U-D-A!

Pomimo tych wszystkich cycków, stosunków i orgazmów, „Nimfomanka” jest niewiarygodnie nuuużąca. Ostatni raz tak się wymęczyłem na „Tylko bóg wybacza” i wyszedłem po 25-ciu minutach. Już bardziej fascynujące jest czekanie w kolejce do lekarza. Serdecznie nie polecam.

Jak znacie coś równie nudnego, to dawajcie do komentarzy. Nie chciałbym się tak nadziać kolejny raz.

“Rolowanie” – tłumaczenie na język polski

Skip to entry content

Wszyscy się śmieją z „Rolowania” Nataszy Urbańskiej, a nikt nie wie o czym jest. Po części przez naganną dykcję, po części przez lawinę ordynarnych anglojęzycznych wtrąceń. Faktycznie, nie ma możliwości, żeby cokolwiek zrozumieć po pierwszym przesłuchaniu. Po drugim zresztą też. Kluchy w ustach mieszają się z makaronizmami, z czego wychodzi jeden wielki zakalec.

Ale, że jestem masochistą i staram się za wszelką cenę wdrażać ideę „jesteśmy Polakami, mówmy po polsku”, przesłuchałem ten „utwór” kilkukrotnie, spisałem słowa, przetłumaczyłem na języki polski i nawet wytłumaczyłem ich znaczenie. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, oto jest…

 

„Rolowanie” po polsku

Podmiot liryczny to osoba pracująca w szeroko rozumianej branży reklamowej. Najprawdopodobniej jest to content designer działający na własny rachunek, bądź jeden z przedstawicieli agencji. W piosence opowiada o trudach prowadzenia profilu marki na Facebooku.

Wielki mi big deal = wielka mi duża sprawa

After czy before = przed czy po

Podniósł mi się flow = poprawił mi się nastrój

Face demolation = demolka na Facebooku

Pierwsze 4 wersy odnoszą się do propozycji płatnego wywołania kryzysu w mediach społecznościowych. Mówi, że taki kryzys na stronie fanowskiej, to żadna duża sprawa, po czym pyta, czy płatność będzie przed, czy po zleceniu. Następnie słowami „podniósł mi się flow” oznajmia, że jest już gotowy, aby zrobić „demolation” na Fejsie.

 

Weź mnie na dancefloor = weź mnie na taneczną podłogę

Zrobię ci hardcore = zrobię ci twardy rdzeń

Tamten to asshole = tamten to otwór w odbycie

Zero temptation = bez kuszenia

W kolejnych 4 wersach przedstawia nieciekawe skutki spędzenia codziennie wielu godzin przed komputerem. Prosi swojego rozmówcę, aby zabrał go do miejsca, w którym można się rozerwać. Na przykład do klubu tanecznego. W zamian oferuje własnoręcznie zrobiony solidny rdzeń do twardego dysku. Od prośby, przechodzi do ofensywy, atakując konkurencję. Na celownik bierze inną osobę, która również własnoręcznie tworzy rdzenie komputerowe. Nazywa ją otworem w odbycie, przy czym zachowuje pozory nienachalnego – zaznacza, że wcale nie kusi swojego rozmówcy.

 

Mam „like it” na Fejsie = mam polubienia na Facebooku

W realu gubię się = w rzeczywistości gubię się

Jestem królową z bajki = jestem królową z bajki

Grandmatka truje mnie = wielka matka truje mnie

Podmiot liryczny zachwala swoje umiejętności w angażowaniu fanów na prowadzonych przez siebie profilach. Deklaruje, że jego posty mają polubienia. W stwierdzeniu „w realu gubię się” widać przełom w postawie Nataszy. Publicznie przyznaje, że jest obszar w planowaniu strategii marketingowej, w którym sobie nie radzi. Nie wie jakim algorytmem rządzi się widoczność billboardów przy ulicach i plakatów na przystankach, przez co, doznaje swoistego zagubienia. Jednak już w następnym zdaniu wraca do pierwotnej pozy, w której podtrzymuje, że jest najlepsza w tym co robi, niczym królowa z bajki. Na koniec dodaje „grandmatka truje mnie” żaląc się na kobiecą personifikację edge ranku. Mimo, że wstawia świetne posty, wielka matka (edge rank) „truje” ją, ucinając im zasięg.

 

Dziary że ho ho = dobre tatuaże

Oldschoolowy Joe = zabawka z dzieciństwa (G.I. Joe)

O co kaman? No? = co się dzieje?

Nie rób tragetion = nie jest tak źle

W tej zwrotce następuje szybkie omówienie najnowszych trendów na portalu Marcka Zuckerberga. Po kotach i psach, wróciła moda na zdjęcia tatuaży (często w głupich miejscach) i wszystkich akcesoriów z dzieciństwa typu: gumy Turbo, kartridże do Pegazusa, czy właśnie figurki G.I. Joe. Najczęściej z hashtagiem “#gimbynieznajo”. Urbańska jest tym trochę zdziwiona, bo wszyscy branżowcy zapowiadali, że treść będzie szła w stronę jakości, ale ostatecznie sugeruje aby nie robić „tragetion”. Przeżyła żebrolajki, to i temu podoła.

 

Chce zresetować się = chcę zacząć od początku

Chce exit’eować się = chcę wyjść

Jestem królową z bajki = jestem królową z bajki

Grandmatka truje mnie = wielka matka truje mnie

Urbańska boi się, że prze kupowanie fanów na Allegro z krajów arabskich, edge rank zupełnie wyrzuci jej posty z tablic użytkowników, przez co chciałaby zacząć wszystko od początku. Wyjść z portalu i utworzyć stronę fanowską jeszcze raz od zera, z czystym kontem. Na koniec powtarza afirmację osobistą „jestem królową balu” i żalenie się na facebookowy algorytm. Powtórzenie tych dwóch wersów w kontekście poprzednich, ukazuje podmiot liryczny jako człowieka z krwi i kości – z zaletami, ale i wadami. Mimo, że jest najlepszy w tym co robi, zdarza mu się popełnić błąd, od którego chciałby uciec.

 

Rolowanie blanta na backstage’u = naginanie wyników przez zmiany w kodzie

Jakaś soda, jakiś juice = trochę rozproszenia danych wyjściowych, trochę skoncentrowania danych wejściowych

Refren jest swoisty hymnem ku pokrzepieniu serc wszystkich social media specialistów. Jeśli prowadzenie profilu idzie słabiej, niż było to zakładane w umowie z klientem, zawsze można coś pomieszać w kodzie narzędzia do zliczania statystyk. Tu się zaokrągli, tu się poda wartości absolutne, a nie względne, i już liczby wyglądają dużo lepiej.

Kto z branży nigdy nie rolował blanta na backstage’u, pod koniec miesiąca, niech pierwszy rzuci kamieniem!