Close
Close

Zawsze gdy jestem śmiertelnie chory myślę o lajkach

Skip to entry content

Byłeś kiedyś chory na coś, czego współczesna medycyna nie potrafi jeszcze wyleczyć? Skoro to czytasz, to podejrzewam, że nie, ale spróbuj sobie wyobrazić taką sytuację.

Jesteś dzieciakiem. W podstawówce. Wszyscy Twoi koledzy spędzają dnie na grze w piłę, oglądaniu „Drużyny A” i podciąganiu spódniczek koleżankom z klasy, a Ty leżysz w łóżku. W szpitalu. Z kroplówką w ręce. Sala, na której leżysz jest obskurna, łóżko ma zdartą farbę, sufit jest pożółkły, a z kibla z daleka wali moczem. Jak w większości szpitali.

W przerwie między jednym pobytem w szpitalu, a drugim, masz indywidualny tok nauczania. Starasz się brać udział w tych lekcjach, ale ból kończyn od ciągłego brania sterydów i biegunki od faszerowania się wszystkimi innymi lekami, skutecznie Ci utrudniają przyswojenie czegokolwiek. Zresztą, wiesz, że to i tak bez sensu, bo zanim będziesz miał okazję wykorzystać cokolwiek czego się nauczyłeś najprawdopodobniej będziesz już martwy.

Odsiadujesz wyrok zamknięty w klatce szpitala i marzysz o tym, żeby móc choć raz w życiu pojechać z rówieśnikami na wycieczkę rowerową.  Albo chociaż zrobić wyścigi międzyosiedlowe. W zasadzie to jak byście się przejechali 3 razy wokół bloku, to też było by zajebiście. Fantazjujesz, że może stanie się cud. Że szaleni amerykańscy naukowcy, którzy stwierdzają obecność wodoru w wodzie, tym razem wynajdą coś sensownego. Na przykład lek na Twoją chorobę.

I będziesz mógł żyć.

Co prawda nie jak normalny człowiek, bo choroba i regularne przyjmowanie sterydów nieodwracalnie spustoszyły Twój organizm, ale na tyle swobodnie, by pójść na szkolną dyskotekę. Albo pojechać na kolonie wakacyjne. Budować zamki z piasku i puszczać latawce. Z kolegami. Jak normalne dziecko. Niestety jesteś z tym problemem już tyle czasu, że powoli dochodzi do Ciebie, że to nie przejdzie. Że tak już będzie zawsze, aż do śmierci, która, z tego też zaczynasz zdawać sobie sprawę, przyjdzie szybciej niż później.

Budzisz się i zasypiasz z myślą o tym, jak gówniany jest Twój los, zastanawiając się jaką zbrodnię popełniłeś w poprzednim życiu, aż tu nagle niespodzianka! Internauci założyli profil na jakimś portalu społecznościowym, na którym jest Twoje zdjęcie i można napisać, że się to lubi. Nie szukają metody, która mogłaby Cię uzdrowić, nie zbierają pieniędzy na Twoje leczenie, nawet zabawek, żebyś mniej boleśnie znosił pobyt w szpitalu. Zbierają polubienia profilu w internecie.

Pomocne, prawda?

(niżej jest kolejny tekst)

Tekst z emotikonami jest jak seks na viagrze

Skip to entry content

Miałaś zostać w domu, bo świat jest zły i tylko paczka Carte d’Or przepijana Kadarką Cię rozumie, ale dałaś się namówić. Wariatki z pracy wyciągnęły Cię na miasto. Najpierw kilka shotów w Pijalni Wódki, potem jedno małe w Bombie i ruszacie na polowanie na Szewską.

14-centymetrowe szpilki sprawiają, że każdy śmielszy ruch graniczy z upadkiem, ale wiesz że wyglądasz w nich jak playmate roku, więc wchodzisz do klubu krokiem modelki Victoria’s Secret. Poza tym to Louboutiny, więc nawet gdybyś miała grubą dupę i słaniała się między stolikami, wszyscy i tak patrzyliby na Ciebie jak na gwiazdę.

Stojąc przy barze jakiś studencina chce Ci postawić Kasztelana, ale Ty nie jesteś żoną pastora żeby polecieć na piwo. Spławiasz go uśmiechem politowania i zamawiasz Martini ze Spirtem, nachylając się do barmana na tyle, by sam wpadł na to, że ma tam też dolać wódki. Bierzesz łyka i idąc w stronę parkietu czujesz na pośladkach wzrok wszystkich facetów, którzy nie stoją do Ciebie przodem. Jest dobrze, ta noc będzie Twoja.

Tańce, hulanki, swawole i jakiś kilkunastu kolesi, którym musiałaś wmówić, że jesteś lesbijką, żeby przestali Cię katować tekstami o „niebiańskich oczach”. Erazmusy, metroseksy i informatycy, aż nagle, jak czynny spożywczy w pierwszy dzień świąt, przy wejściu do sali dla palących pojawia się on  – wysoki, dobrze zbudowany, z lekkim zarostem. Już od samego patrzenia na jego kark robi Ci się mokro. Wyciągasz paczkę mentolowych Vogue’ów i biegniesz zagadać o ogień.

Łyka haczyk, pyta Cię o imię i trzyma za rękę ciut mocniej, niż powinien, gdy idziecie na parkiet. Tańce, hulanki, swawole i twarde sutki, gdy dotyka dekoltu na Twoich plecach. Jeszcze raz otrze się o Ciebie biodrami i eksplodujesz. Chcesz go mieć! Teraz! Przy sobie! W łóżku! W sobie!

Gładzisz go po potylicy przyciągając ku sobie i mówisz, że chciałabyś pójść w jakieś spokojniejsze miejsce. Nie wiesz czy źle Cię zrozumiał, czy zostawił mleko na gazie, ale z niedowierzaniem słuchasz jak mówi, że mieszka niedaleko i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby, jak wychodzicie z klubu. Tak, to dzieje się naprawdę. Idziecie do niego. Do turbo-zabójczo-przystojnego bruneta przypominającego we wszystkim Ryana Goslinga, poza akcentem i kolorem włosów. Wyrwałaś najlepsze ciacho na imprezie. Jesteś niezła, naprawdę. Co prawda, gdyby nie kumpele, leżałabyś w brudnych dresach na kanapie i obżerała się lodami oglądając „How I met your mother”, ale teraz zaliczysz seks kwartału.

Jak tylko wejdziecie do jego mieszkania będziecie się rżnąć do nieprzytomności!

Wchodzicie. Meble z IKEI, świeże owoce na stole i żadnych pustych butelek przy kanapie, ani brudnych naczyń w zlewie. Cholera, jest czyściej, niż u Ciebie. Bierze kieliszki na nóżce, wyciąga z lodówki coś, co ani nie wygląda na Fresco, ani na Sophię i puszcza Pink Floydów. Albo ten koleś jest ideałem albo masz halucynacje od nowego lakieru do paznokci. Gdy kołyszecie się w podejrzanie bliskiej odległości od kanapy, mruczy Ci do ucha, że świetnie wyglądasz w tej akwamarynowej sukience, ale jeszcze bardziej do twarzy będzie Ci w samych Palmersach.

W przypływie trzeźwości robisz to, co robi każda kobieta, gdy ma za dużo czasu na myślenie – zastanawiasz czy wyglądasz idealnie. A przynajmniej na tyle perfekcyjnie, żeby po zrzuceniu kiecki nie stać się żabą w oczach tego księcia z bajki.

Biegniesz do łazienki pod pretekstem, pod którym laski zawsze wymykają się do kibla, i zaczynasz gapić się w lustro. Gapisz się, gapisz, i gapisz, i widzisz na swojej twarzy więcej niedociągnięć, niż retuszer zdjęć Madonny. Gapisz się dalej i okazuje się, że masz krzywe nogi, grube uda, asymetryczne wcięcia w talii, nienaturalnie wypukłe nadgarstki i przeraźliwie nijakie łopatki, co z pewnością zauważył każdy w klubie, łącznie z niedowidzącym didżejem. A już na pewno Twój książę.

Pewność siebie spadła Ci do -15. W wariackim transie poprawiasz makijaż, płuczesz usta, spryskujesz stopy perfumami i modlisz się, żeby nie wyrzucił Cię z sypialni, gdy już będziesz naga.

Chcesz to zrobić. Wizualizujesz jak bierze Cię od tyłu odkąd zobaczyłaś go przy palarni, ale paraliżuje Cię lęk, że jesteś za mało atrakcyjna. Przeraża Cię, że możesz nie być na tyle pociągająca, żeby go podniecić. Że gdy zaczniecie się miziać, lizać i gryźć, coś nie zatrybi. Boisz się, że mu się nie spodobasz. Nie na tyle, żeby jego ciało zareagowało, tak jak byś chciała. Twoje feromony, Twoja gra wstępna, Twoje zdolności uwodzicielki, Twoje łóżkowe umiejętności będą za słabe, żeby mu stanął.

Masz dwa wyjścia. Pierwsze – uwierzyć w to, że jesteś laską z kalendarza Pirelli, którą byłaś jeszcze godzinę temu w klubie, i dać mu grę wstępną, po której dojdzie bez wyciągania go ze spodni. Drugie – wrzucić mu viagrę do wina i cieszyć się, że po niebieskiej tabletce na pewno stanie. Nawet jeśli miałabyś makijaż jak Andrzej Gołota po walce, krzywe zęby, najbardziej wypukłe nadgarstki na świecie i zero pojęcia o tym, co zrobić, żeby postawić go do pionu.

Niby oba sposoby dają zbliżony efekt, ale przy drugim czujesz, że to nie tak powinno być. Że sama powinnaś doprowadzić do tej reakcji, a nie ją wymuszać. Że to dzieje się sztucznie. Że to lekkie oszustwo. Że to jak gra na kodach. Że satysfakcja z tego jest dużo mniejsza.

Tak samo jest emotikonami w tekście. Mogę się starać jak maniak, rzeźbić kolejne zdania, pieczołowicie dobierając każde słowo i wierząc, że po którymś porównaniu z kolei zaplujesz monitor herbatą. Mogę też wstawić dwukropek-nawias i mieć pewność, że również uniesiesz kąciki ust ku górze. Przy czym to drugie będzie pójściem na skróty, oznaką braku wiary we własne umiejętności. Dlatego nigdy tego nie robię.

Jeśli chcę Cię rozśmieszyć, to piszę tak abyś dostała skurczu brzucha i nabawiła się zmarszczek mimicznych. Nie wstawiam emotikonek.

11 powodów, dla których nie warto iść na “Nimfomankę”

Skip to entry content

Z Larsem von Trierem jest jak z dzieckiem księcia Williama – nawet jak ma zrobić kupę ludzie spodziewają się, że to będzie cukierek. „Nimfomanka” jest jedną z takich śmierdzących niespodzianek, po obejrzeniu których część widzów boi się przyznać, że król jest nagi. Mocno się wczoraj zastanawiałem, czy iść na premierę, czy wyszorować sedes i odkurzyć dywany. I żałuję, że wybrałem jednak to pierwsze.

Czemu “Nimfomanka” jest słabsza, niż życzenia prezydenta dla facebookowiczów?

 

#1 – Tandeta, tandeta

Film zaczyna się pseudo-poetycko – czarny ekran, dźwięk padającego deszczu, nostalgia, melancholia i najazd na nieprzytomną, poobijaną i zakrwawioną kobietę na dziedzińcu starej, zapuszczonej kamienicy – po czym zaczyna grać Rammstein. Tak, Rammstein, ten hiper popularny niemiecki zespół metalowy bazujący na kiczu. Po takim wstępie nie da się dalszej części traktować poważnie.

 

#2 – Ambitne kino na siłę

Reżyser za wszelką cenę chciał usprawiedliwić kobiety z nieustannie wilgotną pochwą i odnieść ich palącą potrzebę stosunku płciowego do innych zjawisk. Wszelkie porównania są tak wymuszone, że ani nie ciekawią, ani nawet nie śmieszą, tylko żenują. To raz. Dwa, że wprowadzenie postaci dziadeczka, który z rozdziawioną japą słucha o obciąganiu przypadkowym kolesiom w środkach publicznej komunikacji i usilnie chce nadawać temu sens, obraża mnie jako widza.

 

#3 – Traktowanie wątków po łebkach

Główna bohaterka rżnie się jak świnie w ubojni. To motyw przewodni. Super.

Niestety wszystkie czynniki, które mogłyby mieć na to RACJONALNY wpływ i odciskać na Joe jakieś piętno, zostają potraktowane bardziej po macoszemu, niż Kopciuszek. Relacja z matką zostaje spłycona tak bardzo, że jestem zaskoczony, że jej postać w ogóle pojawia się w filmie. Ojciec też wiemy, że jest i nawet wiemy, że umiera, ale nie ma ani słowa z jakiego powodu. I czy rodzice mieli jakikolwiek stosunek do permanentnej rozwiązłości córki. Zasadniczo, to większość postaci pojawia się tylko jako pretekst, do pokazania pochwy na ekranie.

 

#4 – Nieudolność reżysera

W połowie filmu oprócz weny, Larsa opuszcza również zdolność do samokrytyki i nie wiedząc jak przejść od jednego miałkiego porównania do drugiego, stosuje rozwiązanie na poziomie szkółki aktorskiej dla niewidomych. Żeby móc powiązać nimfomanię z polifonią, reżyser wprowadza do rozmowy głównych bohaterów temat muzyki. Robi to tak topornie, jak tylko możesz sobie wyobrazić.

Joe po kilku godzinach przebywania w tym samym pomieszczeniu i gapienia się we wszystkie możliwe kąty, ni z tego, ni z owego, rezolutnie zagaja:

O, masz magnetofon. Słuchasz muzyki?

To stwierdzenie na poziomie „o, masz cycki. Jesteś kobietą?” lub „o, jeździsz na wózku inwalidzkim i nie masz nóg. Jesteś kaleką?”. „O, masz kibel. Zdarza ci się srać?” jest równie finezyjnym sposobem zmiany tematu rozmowy.

 

#5 – Ciśnienie na kasę

Larsowi widać ostatnio hajs się nie zgadza, bo nie dość, że porusza temat oklepany jak tyłek Sashy Grey, ale o niegasnącym potencjale komercyjnym, to jeszcze rozbija film na dwie części. I pod koniec tej pierwszej, w trakcie napisów końcowych, daje nachalną zapowiedź drugiej, która jest jedną wielką kanonadą wagin, penisów i jęków. Jeśli RedTube dałby możliwość kręcenia vlogów, to tak by właśnie wyglądały.

 

#6, 7, 8, 9, 10, 11 – N-U-D-A!

Pomimo tych wszystkich cycków, stosunków i orgazmów, „Nimfomanka” jest niewiarygodnie nuuużąca. Ostatni raz tak się wymęczyłem na „Tylko bóg wybacza” i wyszedłem po 25-ciu minutach. Już bardziej fascynujące jest czekanie w kolejce do lekarza. Serdecznie nie polecam.

Jak znacie coś równie nudnego, to dawajcie do komentarzy. Nie chciałbym się tak nadziać kolejny raz.