Close
Close

9 zwrotów, których ludzie nie rozumieją

Skip to entry content

Każdy z Was zna choć jedną osobę – sąsiada, koleżankę z grupy, wujka, byłą dziewczynę, konserwatora powierzchni płaskich – która nie rozumie tego, co mówi. Ja też kogoś takiego znam. A nawet kilka takich osób (poza tą przedostatnią, bo jestem jeszcze prawiczkiem).

Nieraz zdarzyło mi się nakładać wór po kartoflach na głowę, paląc się ze wstydu, gdy mój znajomy rzucał w towarzystwie hasłami lotnymi jak Tupolew. I nie mówię tu o tak pospolitych błędach jak “poszłem” zamiast “poszedłem”, czy “wziąść” zamiast “wziąć” (co i mnie się zdarzało, ale zostałem skutecznie oduczony). Mam tu na myśli sformułowania, które używane są zupełnie bezrefleksyjnie, przez co autor wychodzi na głupka-troglodytę.

Żeby uchronić Waszych i moich znajomych przed publicznym ośmieszeniem (ale jednak głównie moich), wypisałem zwroty których ludzie nie rozumieją, a mimo to posługują się nimi.

1. “Jechać po kimś jak po łysej kobyle”  – po kobyłach się nie jeździ, to niehumanitarne. Konika by bolało. Jeździ się na kobyłach. Poprawna forma to “jeździć na kimś jak na łysej kobyle”.

2. “Cofać się wstecz” – a da się cofnąć w przód? Albo pikować w górę?

3. “Dywagować na jakiś temat” – ludziom zazwyczaj wydaje się, że to bardziej elokwentna forma “rozmawiać o czymś”. Cytując Radka z Polimatów – nic bardziej mylnego. Czasownik “dywagować” zgodnie z definicją języka polskiego oznacza “rozwlekle odchodzić od tematu”, nie da się więc mówić o czymś, jednocześnie szeroko od tego odchodząc.

4. “Pozdro 600” – przejście tego hasła do mowy potocznej jest dla mnie fenomenem i zawsze, gdy słyszę, że ktoś go używa dostaję napadu śmiechawki. Ta zbitka ma swoje źródło w utworze “Merctedes s600”, który znalazł się na płycie producenckiej Dja 600v. Pod koniec tego utworu, rapujący w nim Tede zwraca się do producenta słowami “pozdro 600”. Większość osób nie mając pojęcia kto jest autorem podkładu, a tym bardziej nie słysząc nigdy w życiu tego utworu, uznała, że to nowe młodzieżowe hasełko na pożegnanie, typu “nara”, “narciarz”, “narkoza” czy “dozo”. No nie, nie jest tak. Za każdym razem, gdy to mówicie, nie żegnacie się z rozmówcą, tylko pozdrawiacie Dja 600v.

5.  “Dosiego roku!” – ktoś chce, żeby to był rok Dosi? Tego proszku do prania? Serio? Bo jeśli życzy mi, abym dożył do 31 grudnia, musiałby napisać “do siego roku”.

6. “Po najmniejszej linii oporu” – poprawnie jest “po linii najmniejszego oporu”, gdyż nie chodzi tu o wielkość owej lini, lecz o ów opór i niechęć do zrobienia czegoś.

7. “A nóż uda mi się zdać” – jeśli spytasz autora, co robi sztuciec w tym zdaniu, zrobi oczy jak wyrak na głodzie i z pewnością Ci nie odpowie. Bo nie ma tam być ani widelca, ani łyżki, ani żadnego noża. Ma być natomiast “nuż” – wyraz oznaczający, że coś się nagle, nieoczekiwanie, bądź gwałtownie zaczyna.

8. “Ubrać kurtkę” – słysząc to zawsze przypomina mi się klasyczny tekst Fokusa “wstała, ubrała ubranie” z świetnego storytellingu “Czas”. Ubrać to można choinkę albo galeriankę. Ubranie się zakłada. Kurtkę też.

9. “Zima daje siwe znaki” – bo jej farba zeszła. Wystarczy pomalować i znaki będą jak nowe. No chyba, że dotrzemy do oryginału -“zima daje się we znaki” – i zrozumiemy, że to powiedzenie oznacza “zima jest uciążliwa”.

To tyle ode mnie. Wrzucicie coś od siebie?

(niżej jest kolejny tekst)

jack strong main b1

Strzelali do nich, kurwa, strzelali!

Drżysz, gdy przełożony Ci o tym mówi. Myślałeś, że uda się temu zapobiec, ale się nie udało. Cała armia przeciwko nieuzbrojonym robotnikom. Nie mieli szans. Nie było jak. Stało się. Ulice owrzodzone zwłokami broczą krwią jak konające cielę. Nie miałeś w tym udziału, ale czujesz się winny. Winny, jakbyś to Ty trzymał ten karabin wycelowany w przerażonych ludzi, błagających spojrzeniem o Twoją łaskę. Próbujesz zapić wyrzuty sumienia, ale są zbyt gorzkie by je przełknąć.

Wiesz, że tak nie powinno być. Twoi rodacy nie powinni ginąć z rąk Twoich kolegów. Polacy nie powinni mordować Polaków. Ale to robią. I będą robić nadal, dopóki radziecka łapa trzyma ich za kark. Czujesz jak myśli się kłębią rozsadzając skronie, jak krew buzuje w żyłach podżegana poczuciem krzywdy.

Zmienisz to!

A przynajmniej chcesz to zmienić i Twoja motywacja nie kończy się na samym chceniu. Masz pomysł, masz plan, będziesz działać. Zrobisz wszystko, co konieczne aby wyrwać Polskę ze szpon ZSRR. Wszystko! Poświęcisz swoje dobre imię, siebie i życie, aby tak się stało.

Zwrócisz się o pomoc do amerykańskiego wywiadu.

Kiedy jak nie teraz? Za pół roku może być już za późno. Najdalej za rok rozpęta się piekło. Sowieci zrobią z Polski pole bitwy, oko cyklonu III wojny światowej. Warszawa, Kraków, Gdańsk, znikną z powierzchni ziemi. Martwe ciała będą zdobić każde miasto, a Ty powiększysz ich liczbę. Jeśli nie własnymi dłońmi, to własną głową. I głowami Twoich synów. I żony. Nie ma czasu. Trzeba działać.

Nawiązujesz kontakt.

Jesteś podekscytowany, że Ci się udało, że w ogóle odpowiedzieli, że jest szansa, że będziesz mógł coś zmienić, że może się uda. Przekazujesz pierwszą partię materiałów, a podniecenie unosi Cię 20 centymetrów ponad chodnikiem.  W końcu porozmawiasz o tym co robisz z kimś żywym i nie będzie to odbicie w lustrze. W końcu.

Mimo, że przynosisz w zębach Amerykanom istotniejsze informacje, niż mogli się spodziewać w najśmielszych wizjach, to Twój entuzjazm jest zdecydowanie na wyrost. Masz być szczurem. Szczurem, prześlizgującym się nocą kanałami, po cichu węszącym za mięsem. Szczurem, śpiącym w ciemnym norach. Szczurem chowającym się przed światłem. Szczurem, a nie herosem z wypięta piersią, promieniującym z samozadowolenia.

Dostajesz zimny prysznic.

Chłód od Twojego łącznika ze Stanów każe Ci pochylić głowę, mimo, że duma usztywnia Ci kark. Jesteś zbity z tropu. Chcesz być bohaterem, ale dla CIA jesteś agentem, dla kolegów szpiegiem, dla żony kurwiarzem, dla synów obcym człowiekiem. Jesteś sam ze sobą i swoją tajemnicą. W każdej chwili możesz się wysypać, wpaść przez najdrobniejszy szczegół i zostać z miejsca odstrzelony jak bezpański kundel. Popadasz w paranoję. Jest za późno żeby się wycofać, a za wcześnie, żeby uciekać.

Musisz współpracować. Musisz przekazywać USA informacje o sowietach. Musisz być Jack Strong.

 

***

 

Tak, oglądając ten film czujesz to.

gdy złapiesz króliczka
autorem zdjęcia jest Draconiansleet

Większość osób mając naście lat, chciała zostać albo znanym aktorem albo popularnym piosenkarzem. Kasować za jedną rolę w filmie równowartość miesięcznej pensji połowy swojego osiedla albo być w nieustającej trasie po Polsce, codziennie sypiając w innym hotelu z inną dziewczyną. Rozdawać autografy na spotkaniach z fanami lub mieć pod sceną kilkutysięczny tłum skandujący ich imię. Rzadko kiedy, choćby we własnym umyśle, rozwijała tę ideę dalej, najczęściej poprzestając na wyobrażeniach o podstawowych przymiotach z nią związanych.

Ten pomysł tlił się zazwyczaj do końca liceum. W bardziej niereformowalnych przypadkach do momentu odebrania dyplomu, pozwalającego stawiać „mgr” przed nazwiskiem. Kiedy zaczynała się normalna, regularna praca, jasne było, że to tylko młodzieńcze marzenia, które marzyło się po to, by ich koniec mógł wyznaczyć dorosłość. Czasem powracały oglądając „8-mą milę” czy „Slumdoga”, ale nie na dłużej, niż czas który zajmowała droga z kina do domu.

Tobie też z pewnością zdarzyło się fantazjować, że jesteś jak John Lenon, czy Jack Nicholson. Snułeś wizje, że w wyniku wyjątkowego zbiegu okoliczności trafiasz na pierwsze strony gazet, Jimmy Kimmel zaprasza Cię na swoją kanapę, a pieniędzy masz tyle, że zaczynasz dotować ginące gatunki ważek. Każdy miał tak przynajmniej raz, więc nawet nie próbuj się wypierać, że nigdy nie chciałeś być obrzydliwie bogatą mega-gwiazdą.

Zmieńmy teraz bieg wydarzeń. Pobiegnijmy za króliczkiem, dogońmy go, złapmy i sprawdźmy jakby to było.

Znów masz 17 lat. Jesteś na początku ogólniaka. Po spotkaniu z Jerzym Stuhrem w Miejskim Domu Kultury jesteś tak poruszony jego osobą, że zaczynasz nałogowo oglądać wszystkie filmy, w których pojawił się choćby jako statysta. Po pół roku dowolną kwestię z „Wodzireja” możesz cytować z pamięci, bezbłędnie naśladując akcent i pauzy. Po roku jesteś przewodniczącym kółka aktorskiego w swojej szkole i przynajmniej raz w miesiącu chodzisz na wagary, żeby wślizgiwać się na próby spektakli w pobliskim teatrze.

W klasie maturalnej każdego popołudnia albo idziesz dorabiać w Macu albo wychodzisz z siebie, próbując zagrać płaczącą wierzbę na prywatnych lekcjach. Nie jest to tania zabawa, a rodzice też nie chcą finansować Twoich irracjonalnych fanaberii, więc kasa znika błyskawicznie. Tak jak czas dzielący Cię od egzaminu dojrzałości. Ruszą Cię to tyle, co bezdomnych problem globalnego ocieplenia, bo żeby dostać się na PWST wystarczy, że maturę po prostu zdasz. A nie jesteś upośledzony, że nie mieć 30% z podstawowego polskiego i WOSu. Mimo to, rodzice, nauczyciele i znajomi próbują wywierać na Tobie presję.

Nie udaje im się, jesteś zbyt zorientowany na swój cel.

Mimo to, na wydział aktorski dostajesz się dopiero za trzecim razem. Poprzednie dwie próby zakończone porażką, przeżywasz bardziej, niż rozpad czteroletniego związku z dziewczyną, w której byłeś zakochany prawie tak bardzo jak w swoim marzeniu. Ale zrobiłeś to, jesteś studentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i na korytarzu mijasz się z tym samym Jerzy Stuhrem, który 5 lat temu uścisnął Ci dłoń i poklepał po plecach mówiąc, że też możesz być taki jak on. Uwierzyłeś. I wierzysz dalej, mimo, że nie jesteś jeszcze nawet w połowie drogi.

Popołudniami dalej chodzisz dorabiać, a raczej zarabiać, bo mniej niż przeciętne jedzenie i pół pokoju w obskurnej kamienicy trochę kosztuje. Trochę więcej, niż się spodziewałeś. Mimo to na zajęciach dajesz z siebie więcej niż inni. Tyle trudu kosztowało Cię znalezienie się na tej uczelni, że nie możesz przez nią po prostu przejść. Musisz ją roznieść!

Ćwiczysz. Nie dosypiasz, nie dojadasz, nie dożywasz. Ćwiczysz.

Na obronie dyplomu jesteś jak młody Al Pacino u progu kariery. Jak DiCaprio w „Co gryzie Gilberta Grape’a?”. Komisja egzaminacyjna jest oczarowana, zaklęcie, które na nich rzuciłeś nie puszcza do końca dnia. David Copperfield mógłby się od Ciebie uczyć. 5.0.

Talent, to jednak za mało. Żaden poważany teatr nie chce dać Ci etatu, a jedyne zaproszenie na castingi przychodzą od producentów gównianych komedii romantycznych. Czynsz za mieszkanie nie zaczyna płacić się sam i powoli rozważasz udział w nie-tak-bardzo-tandetnej produkcji TVNu. Łamiesz się. Bierzesz drugoplanową rolę w serialu o przygodach młodej fotografki i w końcu zaczynasz mieć na obiad na mieście. Na boku wciąż grywasz w ambitnych sztukach i po jednej z nich podchodzi do Ciebie gość pracujący dla Polańskiego. Tak, tego Polańskiego. To kompletnie luźna i niezobowiązująca rozmowa, ale już sam fakt, że zanotował Twoje istnienie, jest jak trafiony los na loterii.

Rok przed trzydziestką dostajesz epizod w naprawdę głośnej produkcji. Tak głośnej, że jej reżyser jest nominowany do Oscara. Pojawiasz się tam co prawda tylko przez 7 minut, ale ludzie Cię zauważają. I zapamiętują. Od tej pory agenci zaczynają błagać, żeby móc pracować dla Ciebie, a zaproszenia na castingi przychodzą częściej, niż newsletter z Groupona. Wszystko co sobie wyobrażałeś siedząc znudzony na biologii, zaczynasz dotykać własnymi dłońmi. Marzenie staje się rzeczywistością. Jest dobrze, zaczyna być świetnie.

To jedna strona medalu.

Druga jest taka, że na szczycie jest bardzo samotnie. Większość osób chce albo ogrzać się w Twoim blasku, ale na Tobie zarobić. Nie widzą w Tobie człowieka, widzą twarz z plakatu. Kobiety nie chcą się z Tobą spotykać ze względu na fascynującą osobowość i genialne poczucie humoru. Chcą przespać się z gościem, którego widziały na filmie. Nowi koledzy nie będą przyjaciółmi na dobre i na złe. Znikną, gdy poprosisz ich o przysługę, która nie będzie im się kalkulować. A jeszcze szybciej, gdy się potkniesz.

Twoi znajomi z dawnych lat, to wciąż dobrzy ludzie, ale poza sentymentem niewiele Was łączy. Docenieją Twój sukces, ale nie widzą drogi, którą przeszedłeś, nie pojmują życia, którym żyjesz. Słyszą co do nich mówisz, ale tego nie rozumieją. Kiedy Ty wszedłeś na samotną scieżkę kamikadze wdrapując się na K2, oni zapuszczali korzenie, dobierali się w pary i budowali rodziny. Rodzaje Waszych problemów są tak różne, jak niepodobny jest czarny do białego. Ty zastanawiasz się czy zdążysz polecieć na casting do Monako i wrócić na zdjęcia do Monachium w ciągu 24 godzin, a oni do jakiej podstawówki posłać dziecko. Wasze rzeczywistości zaczęły być równoległe.

Masz to. Złapałeś króliczka. Co teraz zrobisz?