Close
Close

Eurowizji nie wygrała kobieta z brodą

Skip to entry content

Conchita Wurst - Eurowizja 2014

To nie jest post o tym, kto powinien wygrać Eurowizję, to nie jest post o tym, czy konkurs piosenki zamienił się w cyrk, ani nawet o tym, czy grozi nam potop genderowo-tęczowej poprawności. To jest post o tym, jak bezmyślnie tworzy się “artykuły” w portalach internetowych i jak “dziennikarze” ogłupiają odbiorców.

Od wczoraj czytam, oglądam i słyszę, że w finale tegorocznej Eurowizji Donatana i Cleo pokonała kobieta z brodą. Kobieta. Człowiek płci żeńskiej. Nie transwestyta, nie transseksualistka, nie drag queen, tylko kobieta. Z piersiami, pochwą, wcięciem w talii, szerokimi biodrami i bez jabłka Adama. Patrzę na tę zwycięską postać i mimo kamuflażu jakoś tej kobiety nie widzę.

Pewnie dlatego, że jej tam nie ma.

59-ty konkurs Eurowizji wygrał Thomas Neuwirth, posługujący się pseudonimem artystycznym Conchita Wurst. Koleś. Człowiek płci męskiej. Austriak z penisem między nogami i zarostem na twarzy, który przed występem maluje się kosmetykami do makijażu i ubiera damskie ciuszki.

Facet w sukience, nie kobieta z brodą.

(niżej jest kolejny tekst)

“My Słowianki – prostytutki”, czyli jak zmieszać z błotem ludzi sukcesu

Skip to entry content

Jest niewiele osób, które nie słyszały „My, Słowianie” Donatana i Cleo, więc nie będę Was jakoś szeroko wprowadzał. To najgłośniejszy hit ostatniego półrocza, utrzymany w kanonie pop-folkowym. 42 i pół miliona wyświetleń. Jak na gwiazdy z casting-showu wspierane przez globalny koncern muzyczny, to sporo. Tyle, że oni nimi nie są. Są niezależnymi twórcami, będącymi w kontrze do trendów panujących w polskim popie. I taka liczba odsłon to miazga! Nic więc dziwnego, że dostali się do Eurowizji jako reprezentanci naszego kraju.

W półfinale dali spójny z tym co robili wcześniej, energiczny występ, łechtający nie tylko zmysł słuchu, ale i wzroku. Naprawdę przyzwoite show. A w porównaniu do wcześniejszych występów Michała Wiśniewskiego w tym konkursie, to bez porównania. Żeby jednak nie zachłysnąć się dobrym samopoczuciem i nie upić zasłużonym sukcesem, Kinga Matusiak pisząca dla naTemat, musiała zmieszać ich z błotem. Bo tak.

Tekst „My Słowianki – prostytutki (Eurowizja 2014)” zaczyna się od zdania sugerującego pojmowanie świata na poziomie 10-latka:

Słowianka okiem przeciętnego Europejczyka, widza telewizyjnego: cycata, wytapetowana lala z czerwonymi pazurami, nabierająca do drewnianego wiadra wody, trąca (na czymś?!) szmatę.

Idąc tym tropem rozumowania, Polacy powinni uznać, że wszystkie kobiety w Austrii mają brody. A raczej, że wszyscy Austriacy chodzą na szpilkach, depilują sobie nogi i mają problem z regulacją brwi. Od razu pomyśleliście tak, prawda?

Dalej autorka pokazuje jaką jest ignorantką muzyczną:

Do samego utworu zastrzeżeń, żeby było jasne – nie mam – równie dobrze mógłby zaśpiewać zespół Weekend i w sumie nie zrobiłoby to dla mnie różnicy

Jeśli ktoś nie widzi różnicy między łupanką z wiejskich remiz, a wysokiej jakości popem, to nie powinien wypowiadać się na żadne tematy związane z estetyką. Rozumiem, że między „Mazurkiem Dąbrowskiego” w wykonaniu Chóru i Orkiestry Wojska Polskiego, a „Pisarzem miłości” Braci Figo Fagot też nie widzi różnicy?

W kolejnym akapicie kopalnia beki nie staje się ani ciut płytsza:

Nasza turlająca się po scenie przedstawicielka pokazała wiele. Może nawet nie “za wiele” ale sposób w jaki zostało TO przedstawione spowodował, że otworzyłam szeroko usta ze szczerego zdziwienia…

Ta poza, wyraz twarzy, tandetne udawanie “dziwnych ruchów”

Ciekaw jestem co Kinga otworzyłaby szeroko, gdyby zobaczyła, któryś z klipów Madonny. Albo Snoop Dogga. Albo 50 Centa. Nie mówiąc już o Rihannie i Lady Gadze. Przy teledyskach amerykańskich gwiazd występ Cleo jest aseksualną wieczorynką dla przedszkolaków, więc może czas szeroko otworzyć oczy i zobaczyć, że nie ma w nim żadnego szatana? Jeśli nie, to z rzeczy do otwierania pozostaje jeszcze okno.

Dobra, było śmiszno, to teraz będzie straszno:

Nie dość, że Polki i tak mają ogólnie dość ciekawą opinię “dobrych” prostytutek (wiele Polek poza granicami kraju właśnie w taki sposób zarabia), o czym teoretycznie każdy wie (a praktycznie pewnie niejeden!), to jeszcze na Eurowizji scenografia nie pozostawia złudzeń. Kim jest Polka? Cycatą wieśniarą z idiotycznym wyrazem twarzy i ruchu ciała, zachęcającym raczej do kopulacji, a nie do głosowania. Ubijająca dwuznacznie masło (?!), piorąca tarą odzież…

Po pierwsze, ta kobieta powinna przestać oglądać „Plebanię”, bo lasuje jej mózg. Byłem w różnych częściach Europy, moi przyjaciele byli w różnych częściach świata, ale jeszcze nikt nie przywiózł informacji o tym, że Polki są postrzegane na arenie międzynarodowej jako „dobre prostytutki”. Jako pielęgniarki? Tak. Kelnerki? Owszem. Sprzątaczki? Również. Ale prostytutki? Nie wiem skąd ma dane odnośnie „wielu Polek” i na jakiej podstawie twierdzi, że „każdy wie”, ale chyba pomyliła nas z jakimś państwem bloku wschodniego.

Po drugie, co jest interesującego w byciu „dobrą prostytutką”, że uważa to za „ciekawą opinię”?

Po trzecie, jeśli ruchy występujących dziewczyn zachęcają ją do kopulacji, to może coś jest na rzeczy? Jak to mówią – „głodnej wibrator na myśli”. Czy jakoś tak.

Na przedostatnim zakręcie niekontrolowanej jazdy przez świat mediów wyłania się pytanie, które powinno być retorycznym, a nie jest:

A może cycki tak bardzo dobrze się sprzedają, że inaczej nie można było?

Tak.

Kończąc bolesne spotkanie z tym „artykułem”, chciałbym zasugerować autorce sprawdzenie w słowniku języka polskiego słowa „prostytutka” i nauczenie się definicji na pamięć. Rozumiem, że zazdrości dziewczynom występującym na Eurowizji pięknych piersi, zgrabnych nóg i pewności siebie. Zdarza się. Mimo wszystko, to, że ktoś jest atrakcyjniejszy od niej, jeszcze nie świadczy o tym, że sprzedaje swoje ciało za pieniądze. Zajebista figura nie jest jednoznaczna z odpłatnym świadczeniem usług seksualnych. To tak nie działa.

Współczuję ludziom, którzy utożsamiają seksapil z prostytucją. To chore.

Dlaczego skasowałeś mój komentarz?

Skip to entry content

Masz wolny kwadrat, bo od dawna mieszkasz sam. Albo akurat rodzice wyjechali na weekend. Tak, czy inaczej, chcesz zrobić domówkę, bo lubisz się bawić, a dawno nic się nie działo. Domówka, jak każda impreza, ma to do siebie, że im więcej ludzi, tym lepsza, więc otwierasz drzwi na oścież i robisz wstęp wolny. Zapraszasz znajomych, znajomych znajomych, znajomych znajomych znajomych i nawet swoją byłą.

Goście walą drzwiami i oknami, parkiet pęka w szwach, jest spoko.

Wszyscy bawią się w najlepsze, śmichy-chichy, tańce, hulanki i dowcipy o Chucku Norrisie. Nagle kuzyn szwagra siostry przyjaciółki córki sprzątaczki z sąsiedniego osiedla oświadcza, że muzyka, którą puszczasz jest do dupy i musisz ją zmienić. Bo on tak chce. Za chwilę jakiś inny syn proboszcza zaczyna się drzeć, że Twoje mieszkanie jest brzydkie, śmierdzi i ludzie nie powinni tu przychodzić. Powinni przyjść do niego. Po czym puszcza pawia na środku parkietu. W międzyczasie jakiś podchmielony dres zaczyna obrażać Twoich gości, charkając im na buty i kwituje performens stwierdzeniem, że jesteś baranem.

Impreza zaczyna podupadać, ludzie zbierają się do wyjścia, na półpiętrze dwie tipsiary szarpią się za włosy, a Ty masz ochotę wyrzucić wszystkich za drzwi i już nigdy nikogo nie zapraszać. Zrobili Ci z domu burdel, w którym już sam nie chcesz przebywać. A wystarczyło tylko pozbyć się hołoty i dalej bawilibyście się w błogiej atmosferze.

Z blogiem jest podobnie.

Blog to Twoja domówka w internecie.  Drzwi stoją otworem, każdy może wpaść, ale i każdego możesz wyrzucić za fraki, jeśli psuje imprezę. Nawet jeśli plujesz tęczą w swoich wpisach i starasz się zbudować na blogu bastion miłości, zawsze znajdzie się ktoś, komu nie będzie się to podobać. Zawsze. Powie, że się sprzedałeś, jesteś monotematyczny, wpisy są pod publiczkę, a poza tym masz krzywy zgryz i źle dobrane spinki do mankietów na profilowym. Albo, że po prostu jesteś chujem.

Żeby nie utrudniać życia normalnym czytelnikom, a zwłaszcza sobie, takiego siejącego ferment człowieczka trzeba natychmiast katapultować z bloga. Natychmiast! Jeśli tego nie zrobisz, rozwali Ci imprezę. Wystraszy ludzi, którzy przyszli się bawić i sprawi, że sam stracisz ochotę do pisania. Gorszego scenariusza nie ma. Wciśnij „delete” i usuń wirtualnego pawia, którego puścił między gości, a najlepiej zbanuj. I gdy zażąda wyjaśnień, dlaczego jego komentarz zniknął jak kał po pociągnięciu za spłuczkę, odpowiedz krótko.

Usunąłem Twój komentarz, bo psujesz zabawę.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mixy Lorenzo