Close
Close

Ten Typ Mes nagrał proste piosenki dla dorosłych

Skip to entry content

ten typ mes trzeba było zostać dresiarzem - recenzja

Mes to taki koleś, którego stawia się zawsze jako kontrargument w dyskusjach o tym, że rap jest prostacki i monotematyczny. Jest jednym z bardziej oczytanych i obytych raperów, co ma bezpośrednie przełożenie na jakość jego rymów i tematykę w nich zawartą. Jest genialnym obserwatorem. Celnie punktuje absurdy społeczne, barwnie opisuje uroki życia w mieście i stawia sporo pytań na temat relacji damsko-męskich. I egzystencji jako takiej.

Z racji tego, że prezentuje mało popularne poglądy, często zmusza słuchacza do zatrzymania się i zastanowienia, czy to co robi ze sobą i otoczeniem faktycznie ma sens. Podobnie jest i tym razem, mimo iż słuchając płyty „Trzeba było zostać dresiarzem”, wydawałoby się, że dominują na niej…

 

Proste piosenki

Kawałki na 5-tej solówce Mesa są swego rodzaju odpowiedzią na popowe numery od lat serwowane przez Eskę i RMF. Tam mamy Sylwię Grzeszczak, Kasię Cerekwicką, Gosię Andrzejewicz i miłość odmienioną przez wszystkie przypadki w każdym języku świata, tu również pojawia się jeden temat i jest wałkowany pod każdym kątem, aż do znudzenia. Meritum sprawy jest podane na tacy, a trawi się to lekko, łatwo i przyjemnie.

Ten krążek, to trochę taki „Żywot człowieka poczciwego” w krzywym zwierciadle. Mamy gloryfikację dresiarskiego życia i przywar z nim związanych w „Trze’a było”, etos prawdziwego dresa w „Januszu Andrzeju Nowaku” i reporterskie przedstawienia znojów pracy trójpaskowca bez matury w „Ochroniarzu Patryku”, czy w „Wyjdź z czołgu”. „Będę na działce”, to z kolei interpretacja relaksu w ujęciu cichoszelestnym. Żeby dopełnić portret osobnika bez karku i włosów, pojawia się też utwór z anglojęzyczną nazwą, traktujący o jego marzeniach – „LOVEYOURLIFE”.

Zawężonej tematyce szerokich horyzontów nadaje…

 

Różnorodność muzyczna

Podkłady, to kolejny pstryczek w nos dla antagonistów rapu, twierdzących, że wszystkie brzmią tak samo.

Mamy tu szeroki przekrój brzmień, od bitów około boom-bapowych, przez dicho, po cięższą elektronikę i kompozycje eksperymentalne. A wszystko to przeplatane żywym graniem i jazzowymi trąbkami. Jest bardzo eklektycznie i tylko ignorant nie doszukałby się tu wielogatunkowości. Flow Mesa też nie pozostaje w tyle za zmieniającymi się podziałami rytmicznymi. W zależności od okoliczności przyśpiesza do prędkości TGV, bądź zwalnia zamieniając się w nucenie, czy wręcz śpiew.

W dużej mierze robi to po to, by realizować wewnętrzną potrzebę artystycznego rozwoju, ale i aby jak najszerzej…

 

Dotrzeć do dorosłych

Mimo, że kawałki wydają się być proste, tematyka błahą, a teza postawiona w tytule albumu żartem, to autor chce byś choć przez chwilę się nad nią zastanowił. Sugerując wyższość dresiarstwa – siedzenia dniami na ośce, wysysania z państwa socjala i rozwiązywania problemów prawym prostym w maskę – nad każdym innym stylem życia, Mes chce Cię sprowokować. Sprowokować do zastanowienia się nad tym, czy ten dres to aby na pewno zły pomysł.

Czy warto było zakuwać do matury, olewać imprezy na studiach, płaszczyć się na darmowych stażach, żeby teraz być niewolnikiem tabelek w Excelu? Czy warto gapić się w monitor po 12 godzin, żeby spłacać kredyt za mieszkanie, w którym nie ma się czasu pomieszkać i raz na pół roku pokazać zdjęcia z zagranicznych wakacji znajomym, z którymi nic nas nie łączy? I wreszcie, czy warto biec za króliczkiem, po to by pod koniec gonitwy okazało się, że biegaliśmy po okręgu?

Ten album to pewnego rodzaju…

 

Koń trojański

Dajesz się skusić, niepostrzeżenie wpuszczasz krążek do swojego odtwarzacz. Zaczynasz od sprawdzenia jednego kawałka, który ma chwytliwy tytuł. Jest okej, sprawdzasz drugi. Też niezły, jedziesz z trzecim i gdy orientujesz się, że płyta siedzi tam cały dzień, jest już za późno. Jesteś wkręcony. Słuchasz idąc do, w i wracając z pracy. I w pewnym momencie mimowolnie dopuszczasz myśl, że ten koleś może mieć rację. Zastanawiasz się, czy to czym się zajmujesz jest faktycznie warte Twojego czasu i energii.

Może jednak trzeba było zostać dresiarzem?

(niżej jest kolejny tekst)

5 sposobów na obrażenie kogoś pod przykrywką komplementu

Skip to entry content

Zaczął się grudzień i krokami Guliwera w Krainie Liliputów zbliżają się Wigilie firmowe. Imprezy pracownicze są super, bo można się najeść i upić za hajs pracodawcy. Jest z nimi tylko jeden problem – trzeba udawać, że nie przyszło się tam wyłącznie po to, żeby się najeść i upić za hajs pracodawcy. I może jeszcze jeden – jak już się najesz i upijesz, trzeba pilnować się, żeby tej pracy nie stracić. Wszelkie Wigilie niestety są wydarzeniami podwyższonego ryzyka, bo nic tak nie doprowadza do mordobicia jak składanie szczerych życzeń ludziom, którym szerze życzyłbyś hemoroidów.

Jak nie doprowadzić do dyscyplinarnego zwolnienia z pracy, jednocześnie pozostając w zgodzie ze sobą i z żarliwą nadzieją, że przełożona dostanie zespołu jelita drażliwego, a przynajmniej opryszczki? Śpieszę z pomocą, poniżej znajdziesz kilka sposobów na obrażenie kogoś po przykrywką komplementu. Każda z wymienionych komplemento-obelg została sprawdzona w warunkach bojowych i zatwierdzona przez Instytut Nienawiści Do Współpracowników, a także Akademię Przetrwania Na Etacie.

Niezły samochód, wygląda jak nowy

Działa tylko w momencie, jeśli gość z którym rozmawiasz faktycznie ma nowy samochód. Najlepiej jeśli właśnie odebrał go z salonu. Momentalnie zacznie doszukiwać się w nim ukrytych wad i mikrouszkodzeń, i dopóki czegoś nie znajdzie (albo nie wmówi sobie, że znalazł), nie zaśnie spokojnie. Komplemento-obelga „jak nowy” działa nie tylko z autami, ale z każdą rzeczą, którą można kupić z drugiej ręki. Z butami też.

W tej sukience wyglądasz całkiem szczupło

Z mocnym akcentem na „W TEJ”. Tego typu tekst, zwłaszcza na oficjalnej imprezie, działa jak niekontrolowana biegunka – adresat krzyżuje nogi i próbuje uciec. Sugerowanie, że dane ubranie kryje nadwagę, która na co dzień jest widoczna jak resztki szpinaku między zębami, działa podwójnie jeśli laska jest sinieglką. Niestety, nie sprawdza się w przypadku mężczyzn.

Ale schudłaś, prawie nie widać, że masz wiszącą skórę

Schemat „udaję, że Cię doceniam, ale tak naprawdę wyjaskrawiam Twój defekt” jest jednym z najskuteczniejszych i w dodatku można nim urazić obie płcie. Na przykład „świetnie zamontowałeś ścianki działowe, prawie nie widać, że mieszkasz w ruderze” albo „nieźle tańczysz, prawie nie widać, że masz dwie lewe nogi” lub “świetna podróbka Gucci, prawie nie różni się od oryginału”. Pamiętaj, „prawie” jest tu słowem-kluczem.

Jak na stażystę nawet nieźle

Komplemento-oblega, którą można adaptować niemal do każdej grupy społecznej i zawsze wywołuje u adresata poczucie bycia gorszym. Jeśli osoba, którą chcesz obrazić nie przynależy do żadnej charakterystycznej grupy, zawsze możesz odnieść się do jej płci. Na dobrą sprawę „jak na kobietę nawet nieźle prowadzisz” jest chyba nawet bardziej uszczypliwe, niż „jak na blondynkę”.

Fajne, a czym się zajmujesz na poważnie?

Na koniec pocisk wycelowany we wszystkich ludzi z pasją. Jeśli ktoś z iskrą w oczach opowiada Ci o tym, że zajmuje się fotografią, wizażem, bądź gra na bębnach, doceń jego hobby. Powiedz, że to, co robi jest świetne i od razu spytaj czym się zajmuje na serio. Jasno zasugerujesz mu, że to, o czym opowiadał Ci przez ostatnie 30 minut, jest infantylne i nie wypada tracić na to czasu w dorosłym życiu. Tym sposobem możesz urazić zarówno blogerów, pracowników agencji reklamowych, jak i instruktorów zumby.

Powodzenia!

Poniedziałek, godzina 7:32

Mam zamiar dotrzeć do pracy. Najlepiej na czas. Stoję na przystanku wraz z kilkunastoma innymi osobami, czekając na tramwaj. Studenci, absolwenci, bezdomny i starsza pani. Standard. Podjeżdża 24-ka, podchodzę do drzwi. Gdy tylko się otwierają dostaję łokcia w żebra i laską po nogach. Obracam się, żeby sprawdzić kto chciał mnie poprzytulać, ale mu nie wyszło, lecz sprawcy już nie ma. Jest hen przede mną wygodnie spoczywając na miejscu siedzącym. To znaczy na dwóch miejscach siedzących, bo siatki starszej pani też zasługują na to, by wypocząć w trakcie podróży.

Gdy przechodzę obok niej, czuję, że zahaczyłem o coś kurtką. Konkretnie o jej zaciśniętą pięść. Coś się stało? Jest moją czytelniczką i chce pogadać o jakimś tekście, który ją poruszył? Został jej tydzień życia i ma zamiar przepisać mi pół kamienicy przy Straszewskiego? Chce przeprosić, że zachowała się jak burak, taranując mnie przy wejściu do tramwaju? Jedna myśl głupsza od drugiej, ale mój pytający wzrok nie musi długo czekać na odpowiedź.

– Proszę mi skasować bilet!

 

***

 

Środa, godzina 14:11

Wracam z Barcelony. To znaczy z samolotu. To znaczy z lotniska, na które przyleciałem samolotem z Barcelony. Jestem na nogach od 5:30, spałem jakieś 4 godziny, mam Saharę w ustach, jezioro pod pachą i lepię się jak podłoga po imprezie. Wchodzę do 292 i siadam na pierwszym wolnym miejscu w zasięgu wzroku. I wkładam zapałki pod powieki, żeby nie usnąć.

W okolicach Parku Decjusza wsiada kobiecina. Na starszą panią jest jeszcze za młoda, ale od 40-tki odbiła się dość dawno. Ot, kobiecina. Wsiada i łapie się rurki przy moim siedzeniu. I stoi. I chrząka. I chrząka coraz głośniej. I czuję na sobie jej wzrok tak bardzo, że chyba zacznie mnie zaraz szczypać. Wiem, wiem o co jej chodzi. Ale, ale, zaraz, zaraz! Unoszę przyciężką głowę i spod zamglonych powiek widzę, że w autobusie jest od cholery wolnych miejsc! W sensie, co najmniej 8.

To, na którym siedzę jest jakieś wyjątkowe? Straciła na nim dziewictwo albo powiła syna? A może bierze udział w autobusowej loterii i za chwilę okaże się, że pasażer na nim siedzący wygra bezpłatne przejście na czerwonym i zapas ołówków z IKEI na cały rok? Ciężko wyczuć, ale najwyraźniej odczuwa niewytłumaczalną potrzebę zajęcia tego miejsca, a skóra po szczypaniu wzrokiem powoli zaczyna piec, więc wstaję. Na odchodne dostaję najbardziej zawoalowany eufemizm „dziękuję” jaki dane mi było słyszeć.

– Mógłby mi pan skasować bilet?

 

***

 

Niedziela, godzina 18:05

„Jest niedziela, pusto jak cholera” cytując rapera o ptasiej ksywce. W 194 z Czerwonych Maków na Krowodrzą Górkę jestem tylko ja i kierowca. Wiatr wieje, kwiaty pachną i ogólnie to jeden z tych letnich, weekendowych dni, kiedy całe miasto jest za miastem. Wtem, na samiuśkim końcu autobusu zauważam postać. Postać kobiety. Postać kobiety, która macha. Postać kobiety, która macha chyba do mnie, być może na przywitanie, a być może czegoś chce. Postać kobiety, która ewidentnie macha do mnie, być może na przywitanie, ale bardziej prawdopodobne, że czegoś chce, choć nie mam pojęcia co mogłoby to być, widząc jej rozleniwienie i anielski spokój na twarzy.

Podejść? Nie podejść? Podejść? Nie podejść? Podejść? Nie podejść? Cholera, podchodzę.

– Skasuje mi pan bilet?

 

***

 

W takich sytuacjach zadaję sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – czy ja wyglądam jak kasownik?

autorem zdjęcia w nagłówku jest centralniak