Close
Close

99 pytań do kolesia, którego czytasz i oglądasz

Skip to entry content

Pamiętacie jak rok temu bawiliśmy się w lekko zmodyfikowany pierwszy polski talk-show “100 pytań do…”? A potem w pisaną wersję “Zapytaj Beczkę”? Pewnie nie. Bo było to rok temu. Akcja wyszła bardzo przyzwoicie, a pytania podniosły mi poziom endorfin, więc czas pobawić się jeszcze raz, ale najpierw dla przypomnienia pokrótce…

 

O co chodzi?

Tym razem nie chodzi o to, żebyś dał piątaka, ani dychę, tylko pytanie.

Co jakiś czas (najczęściej w środy) dostaję maile z pytaniami o blogowanie, Kraków i karmienie piersią. Jedne są unikalne jak płatek śniegu, inne powtarzają się jak “miałby pan złotóweczką poratować?” przy przechodzeniu przez planty. W większości chodzi oto, że albo chcecie mnie bliżej poznać albo poradzić się w jakiejś sprawie.

Kilka osób sugerowało, że powinienem sobie złożyć konto na Ask.fm, bo to modne i taki trend jest teraz, ale zupełnie tego nie czuję (już fakt, że dałem namówić się na Instagrama uważam za spory wyczyn). Zresztą, nie po to są komentarze na blogu, żebyście musieli biegać po całej sieci, gdy chcecie ze mną pogadać.

Zasady zabawy są proste jak przekątna w kwadracie (i każdej innej figurze geometrycznej):

– jeden komentarz to jedno pytanie

– jedna osoba może zadać tyle pytań, na ile faktycznie chce uzyskać odpowiedź

– gdy liczba pytań dojdzie do 99 (liczę, że stanie się to przed wydaniem “Detoxu” przez Dr. Dre), zamykam komentarze i odpowiadam na nie w oddzielnym wpisie

Żeby nie było wątpliwości, powiem…

 

O co można pytać?

O prawie wszystko.

Śmiało można zagadywać o wszystkie kwestie związane z gustem filmowym i muzycznym, preferencje kulinarne, czy modowe. Wszystko na temat blogowania, pisania, pomysłów – również. Życie w Krakowie, studia w Krakowie, knajpy w Krakowie, gołębie w Krakowie – także. Jak nazywała się Mama Muminka zanim Muminek się urodził, czy jeśli przywiążemy do grzbietu kota kromkę posmarowaną masłem, to otrzymamy kręcące się wokół własnej osi perpetuum mobile, o ile zwiększyłby masę Ziemi mur wybudowany wzdłuż równika – też. Ale o te prosiłbym w ostatniej kolejności i w miarę możliwości sporadycznie.

Dobra, to teraz drugi koniec kija, czyli…

 

O co nie można pytać?

Raczej nie o to, na co odpowiedziałem w poprzedniej edycji i zdecydowanie nie o kwestie prywatne zahaczające o moich bliskich. Tego nie upubliczniam. Co do reszty, to śmiało, rzucajcie pytania, których nie powstydziłby się Wojewódzki.

No to lecimy!

(niżej jest kolejny tekst)

Wizyta Baracka Obamy w Polsce oczami internetu

Skip to entry content

Jeśli mogę, to staram się nie tykać polityki. Raz, że to syf, dwa, że to syf, a trzy, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że ktoś sensownie gada, to 2 lata po wyborach okazuje się, że dałem się nabrać. Jestem naiwniakiem, wiadomo. Nie komentuję spraw politycznych na blogu, nie piszę czy Korwin jest królem, czy krullem (bo krull jest tylko jeden), nie przezywam tego kto dostał się do europarlamentu (już bardziej rusza mnie fakt, że do urn poszedł tylko co czwarty uprawiony do głosowania).

Wizytę Baracka Obamy też chciałem ominąć szerokim łukiem, ale że to zjawisko równie popkulturowe, co polityczne, to nie ominąłem. Zwłaszcza, że internet zareagował. I to zdecydowanie ciekawiej, niż tradycyjne media.

Poniżej 9 najbardziej interesujących zdjęć/memów z wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych w Polsce.

 

Marysia Sokołowska gate

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (8)

Nie wiem na ile ta sprawa wyszła poza granice naszego kraju, ale faktycznie zabawne, że z nafaszerowanej populizmami nastolatki robi się poważny temat do dyskusji publicznej.

 

Jedna literka robi różnicę

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (1)

Ja Panu Nie Przerywałem prawie tak dobrzy jak Facecje.

 

Z Kurskim przez świat

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (7)

Czas leci, a strona PoselKurski.eu cały czas tak samo zajebista.

 

Obama w Warszawie

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (6)

Niby suchar, ale zawsze zwracam uwagę na gry słowne i podwójne znaczenia.

 

Wałęsa musi być

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (5)

Jak przyjeżdża do nas jakaś persona o faktycznym znaczeniu międzynarodowym, to zawsze musi polecieć mem z Wałęsą. I jego twarde akcentowanie.

 

Bronek przestał być Januszem

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (4)

Źle się dzieje w Państwie Polskim, gdy prezydent pozbawia się jednego z najbardziej rozpoznawalnych symboli na zachodzie, oj źle. Aczkolwiek i tak obstawiam, że to jakaś akcja marketingowa producenta maszynek do golenia.

 

Dysputa o pasze

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (3)

Tym się właśnie różni dobry bloger od przeciętnego, że potrafi z, wydawałoby się, niezwiązanego z jego tematyką wydarzenia wyciągnąć szczegół, który zamieni w wartościową treść dla swoich czytelników. Polecam przeczytać wszystkie komentarze pod zdjęciem, w których Szarmant i Mr. Vintage spierają się, czy Komorowski ma dobrze uszyty garnitur, czy nie.

 

Uczciwy układ

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (1)

Najbardziej rozpowszechniony mem podczas tej wizyty. Od czasu wejścia polskich żołnierzy do Iraku wszyscy się łudzą, ze kiedyś je dostaniemy. Cóż, kiedyś na pewno.

 

 Prawie jak “Hous of Cards”Wizyta Baracka Obamy w Polsce (2)

Brawo, Frank Underwood byłby wdzięczny za to poświęcenie.

 

Jeśli pominąłem jakieś istotne/wyjątkowo śmieszne zdjęcie/mem, które mocno poszło po sieci, to śmiało, wrzucajcie do komentarzy.

Robi z igły widły. Nie znam kogoś, kto czepiałby się szczegółów bardziej, niż on. Jak nie jest idealnie, to jest beznadziejnie.

Kiedyś poszedł na koncert Fisza. Wszedł do klubu kwadrans po starcie przedstawienia, bo wokalista postanowił mu zrobić psikusa i zacząć punktualnie. Tak na przekór wszystkim imprezom, które zaczynają się godzinę po czasie. Od momentu, w którym przekroczył próg lokalu i usłyszał, że już grają, wszystko było źle. Złe nagłośnienie, źle dobrany repertuar, złe miejsce pod sceną, złe reakcje publiki, złe piwo w barze. Jakby kiedykolwiek było dobre.

Włączył tryb marudzenia, bo nie mógł być na koncercie od początku, bo nie mógł doświadczyć go w pełni, bo zapłacił za 100% zabawy, a mógł dostać góra 85%. Uznał, że skoro coś go ominęło, impreza nie może być udana. Musi być do dupy. Po całości. Bo jak można cieszyć się z nowego resoraka, w którym zacięło się jedno kółko?

 

To osioł. W sensie, że uparty. Jak coś sobie wbije do głowy, to jak kasa w Amber Goldzie – nie da rady tego wyciągnąć.

Niedziela, gdzieś koło południa. Część ludzi stara się wrócić do żywych, część dopiero kończy imprezę. Wszystkich ssie w żołądku, więc pada jak wygrana w totolotka hasło „szama”. Zwykle w takich sytuacjach sprawę rozwiązuje telefon po pizzę, ale nie tym razem. Dzieciak ma pomysł, to znaczy rozkaz, idziemy do chińczyka. Na Miodową. Czyli, że trzeba wstać, ogarnąć się, może nawet ubrać, wyjść z mieszkania, jakimś cudem dotrzeć na przystanek, wsiąść w tramwaj, przejechać pół miasta, wysiąść, przeżegnać się 3 razy i pomodlić o wolne miejsce.

No nikogo nie pogrzało na tyle, żeby się tak katować.

Ale dzieciak sobie wymyślił. Dzieciak sobie wymyślił i dzieciak nie odpuści. Będzie truł, ględził, przekonywał i puszczał zdartą płytę, aż nie dopnie swego. Stworzy tyle argumentów ile jest potrzeba, a jeśli racjonalne przesłanki zawiodą, będzie żerował na emocjach, aż wyobraźnia pozostałych nie zapłonie na tyle, by wybiegli ją ugasić zimny kubłem rzeczywistego obrazu.

I tym razem było tak samo.

Drążył dziurę w skale, aż nie przekabacił wszystkich, że kurczak po wietnamsku na gorącym półmisku, to najlepsze, co może ich spotkać tego dnia. I poszli, pół przytomni w stanie nie nadającym się do użytku, wyjść szczęściu na przeciw.

 

Daje się ponieść. Nie jest lekkoduchem, którego pieniądze się nie trzymają i przepuszcza wypłatę w 2 wieczory. Nie, to nie on. Ale jak wpadnie coś ponad plan – jakaś fucha, dodatkowe zlecenie albo lepiej niż dobrze płatna współpraca – nie szczypie się z hajsem.

Pamiętam jak pojechał nad morze, po maturze, sprzedawać gazety. W Matki Boskiej Zielnej było wolne, to ktoś mu podklepał temat, że może dorobić na orzeszkach. Za 4 godziny biegania z tacką po plaży zgarnął stówkę. Calusieńkie sto złotych. Wtedy stówka to była fortuna i przy dobrym gospodarowaniu można było przeżyć za nią nawet tydzień. Ale to była premia, a premię wydaje się na kawior i Hennessy. Albo najlepszą pizzę w mieście.

Poszedł do knajpy, takiej co to stoi się w kolejce żeby wejść do środka, kelner zna pozycje w menu i nawet ich skład i dają czyste sztućce. No wyższa półka jak nic. Przeleciał wzrokiem po liście jak wytrawny smakosz i zamówił ostatnią. Znaczy się najdroższą i największą, bo dziś leci na bogato. 60 centymetrów. Nie trzeba być Pitagorasem, żeby obliczyć, że jeden 19-latek nie da rady tyle zjeść, nawet jeśli to najbardziej kozacka pizza z jaką było dane zetknąć się jego kubkom smakowym. No i nie zjadł. Padł po 3-cim kawałku zostawiając resztę, ale jak sam stwierdził „panowie, to był zaaajebisty widok”.

 

Jest naiwniakiem. Nie wiem jak można być tak łatwowiernym, żeby podłapywać motywy z filmów i chcieć je przenosić do rzeczywistości. Tylko ktoś niespełna rozumu może uwierzyć, że to, co pokazują seriale ma przełożenie w realnym świecie i może dziać się naprawdę.

Jak zaczynał studia, mieszkał w zatęchłej ruderze, w której strach było wchodzić do kuchni bez kominiarki i futra, bo groziło to odmrożeniem fundamentalnych części ciała. Do łazienki zresztą też lepiej było zbliżać się z ostrożnością. W sumie to samo wyjście spod kołdry już niosło ze sobą ryzyko. Kamienica, piece kaflowe i te klimaty.

Dla osłody życia zaczął sobie googlować miejsca gdzie jest ciepło. Cały rok. W głowie pobrzmiewał mu refren „Kalifornia, słońce, palmy, opowiedz o tym Mes, opowiedz o tym Meees” z demówki Flexxipu i między jednym wynikiem wyszukiwania, a drugim, trafił na „Californiaction”.

Wiecie, ten serial, w którym postać głównego bohatera jest oparta o Charlesa Bukowskiego. Tyle, że ma kilkukrotnie atrakcyjniejsze czytelniczki, niż autor „Szmiry”. Hank w połowie drugiego sezonu – między jednym brakiem pomysłu na nową książkę, a ósmym – dostaje propozycję pisania bloga dla lokalnego portalu. I przyjmuje ją. I pisze. O społeczeństwie, o relacjach damsko-męskich, o swoim podejściu do życia, o przemyśleniach na temat aktualnych wydarzeń. Taki pamiętnik internetowy, który czyta kilkadziesiąt tysięcy osób.

Dzieciak to obejrzał i pomyślał, że też tak może. Nie załapał, że to fikcja, że to pomysł stworzony tylko na potrzeby filmu, żeby pchnąć dalej fabułę. Uroił sobie, że naprawdę może pisać jakąś stronkę w internecie i ktoś mu za to zapłaci. Że to będzie jego sposobem na życie. Jak naiwnym trzeba być, żeby w to uwierzyć?

ineo+ 224e-20140528072919

Ten dzieciak we mnie czasem przejmuje dowodzenie. Dziękuję mu za to.