Close
Close

Budzi Cię gwizd czajnika i zastanawiasz się, co za wariat gotuje wodę w środku nocy. Z trudem unosisz prawą powiekę i po ilości światła w pokoju dochodzi do Ciebie, że to środek dnia. 14:17. Jak to, przecież wczoraj wyszedłeś tylko na chwilę?! Na moment, góra pół godziny!? Nieważne. Portfel jest, klucze są, telefon jest. Jest dobrze. Hajs, kolor Twoich białych butów i historia połączeń telefonicznych się nie zgadza, ale zawsze mogło być gorzej. Mogłeś wrócić boso. Albo obudzić się nie u siebie. Albo nie wrócić. Albo wziąć kartę kredytową i… Nieważne.

Jest niedziela, godzina 14:37. Wiesz, że dzień będzie nieudany po wielekroć.

Raz, że głowa, dwa, że żołądek, trzy, że jest niedziela. Czyli jutro poniedziałek. Słabo. Ale, ale, w lodówce czeka na Ciebie dar niebios – połówka wczorajszego chinola, którą zostawiłeś sobie na później. Instynkt samozachowawczy jednak Cię nie opuścił. Szacun. Niemniej, dzisiejszy dzień i tak trzeba spisać na straty. Nie dasz rady popchnąć swoich myśli dalej niż do wyobrażenia sobie wentylatora, a ciała dalej niż do łóżka. Nawet gdyby Ci zapłacili. A płacą, bo jesteś wolnym strzelcem i pracujesz 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Nieważne.

Dzwoni Marcin.

Mówi, że jedziecie nad wodę. Że ma koło, materac i wiaderko lemoniady. Nie pyta, oznajmia. Nie odpowiadasz, przyjmujesz informację.

Myjesz zęby, wkładasz espadryle i wbijasz się do fury. Odkręcasz okno, puszczasz “Sweet Nothing”, wychylasz głowę, żeby poczuć pęd powietrza i powoli wracasz do żywych. Myśli zaczynają zwalniać, naczynia krwionośne zmniejszać się, a nieznośna lekkość bytu opanowywać ciało. Muzyka jest wyraźna jak rzadko, wiatr rześki jak powinien i to uczucie łapania idealnego momentu – CU-DO-WNE!

Dojeżdżacie na Zakrzówek, na szybkości pompujecie materac, zbiegacie na złamanie karku po zejściu do wody w locie ściągając koszulki i wiecie, że to już za chwilę, za pół chwili, za sekundę, za ćwierć! Zaraz Wasze zmęczone ciała, roztopione na słońcu jak czekoladki, oplecie ekstatyczny chłód. Gorąca skóra błagająca o zroszenie przetnie taflę jeziora upajając się do syta, a moment, w którym uniesiesz się na wodzie pozwoli zapomnieć o wadze Twojego ciała. I sumienia.

Receptory dadzą znać synapsom, że osiągnąłeś BŁO-GO-STAN!

Skaczesz. Czujesz wiatr we włosach, słońce na karku i lekkość pod stopami. Słyszysz szum fal, śpiew ptaków i śmiech dzieci. Myślisz dokładnie o niczym. Żaden kredyt, żadne niepozałatwiane sprawy, żadne spóźnione terminy. I okresy. To jest poza Tobą, w odrębnej galaktyce bez punktów wspólnych. Jest tylko tu i teraz. Złapałeś idealny moment i trzymasz go na smyczy.

Zderzasz się z wodą. I czujesz, że żyjesz.

 

i człowiek czuje że żyje

 

Podobnie było wczoraj.

Mimo, że obudziłem się po nieprzespanej nocy dużo później, niż planowałem. Mimo, że czułem się dużo gorzej, niż powinienem. Mimo, że miałem cały dzień pisać, a została już go tylko połowa. Mimo, że był skwar, duchota i wszystko wskazywało na to, że za chwilę objawią się u mnie suchoty, dałem się namówić. Namówić na to, żeby wsiąść na rowery, przetoczyć 10 kilometrów w palącym słońcu i doturlać się na Błonia Zabierzowskie. Bo był festiwal.

Festiwal Kolorów.

Przypięliśmy rowery pod ogrodzeniem, weszliśmy do środka, zgarnęliśmy jakieś picie i wbiliśmy się pod scenę. Przed nami jakiś zespół reggae, wokół nas tłum ludzi, nad nami kolorowe proszki. Na hasło wodzireja publika wyrzuciła je w górę, niebo pociemniało i po chwili miałem na sobie wszystkie kolory tęczy. Różowy, niebieski, zielony, żółty, czerwony. Twarz, ręce, koszulka, spodenki, nogi. Siadło.

Po godzinie od wstania z łóżka skakałem jak na trampolinie z farbą, między obcymi ludźmi na środku niczego. I czułem, że żyję.

Polecam.

(niżej jest kolejny tekst)

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie – recenzja

Skip to entry content

X-men - przeszłośc która nadejdzie - recenzja

Mówiłem Wam, że wymiotuję od 3D pakowanego do wszystkich filmów? Że nic tak nie irytuje jak wrzucanie trójwymiaru tylko po to, żebyś musiał zapłacić za bilet o połowę więcej i męczył się z drugą parą okularów na nosie? Mówiłem. I staram się unikać jak ognia seansów, na których trzeba katować się „przestrzennym” obrazem, bo ostatni tytuł, gdzie miało to faktyczne uzasadnienie, to „Iron Man 3”. Który wyszedł rok temu.

Dlatego idąc na nowych X-Menów zrobiłem sobie przysługę i wybrałem niemodny, płaski seans. I był to strzał za 10 punktów (a w zasadzie 16 złotych), bo dzięki temu film dało się obejrzeć w całości. I to z przyjemnością, bo „X-men: Przeszłość, która nadejdzie”, to…

 

Film z całkiem dobrą obsadą

X-Men-Days-of-Future-Past-recenzja

Mamy tu takich asów jak kapitan ze „Star Treka” (Patrick Stewart), Gandalf (Ian McKellen), Kobieta-Kot, która neguje prawo przemijania (Halle Berry – naprawdę dalej wygląda jak 25-latka), czy seksoholik ze „Wstydu” (Michael Fassbender). I oczywiście Hugh Jackman, ale ten to wiadomo, że jest Wolverinem i nie przestanie. Nigdy nie śliniłem się na widok Jennifer Lawrence, ale jakby komuś robiło się wilgotniej, to też jest. Jeśli oglądałeś „Skinsów” (genialny serial o nastolatkach z Bristolu), to z pewnością ucieszy Cię też obecność Tony’ego Stonema (Nicholasa Houlta).

Jak im idzie? Nie powiem nic zaskakującego w tym temacie – obsada gra dobrze. Na tyle dobrze, że żaden z momentów, który miał być podniosły/patetyczny/o-Jezusieńku-to-chyba-najbardziej-przejmująca-chwila-w-moim-życiu nie wyszedł karykaturalnie, ani komicznie (co miało nagminnie miejsce w „Godzilli”). Kiedy ma być groźnie marszczą brwi, kiedy ma być przejmująco modulują głos, kiedy trzeba walczyć o przetrwanie gatunku rzucają ciałami z jednego końca ekranu na drugi. I robią to przekonująco.

Wiadomo, sama obsada to nie wszystko, w „Kac Wawa” też byli dobrzy aktorzy, a wyszła kupa. Tu na szczęście reżyser sprawił, że to…

 

Film ze zręcznie poprowadzoną wielowątkową fabułą

x-men-days-of-future-past-recenzja

W tytułach stricte rozrywkowych najczęściej jest tak, że główny wątek jest toporny do granic możliwości, a poboczne są wepchnięte na siłę, jak penis do suchej waginy. Przykro się tego doświadcza i człowiek przez większość czasu zastawia się, czy nie było gładszej drogi, żeby dojść do finału. W nowych X-Menach jest inaczej.

Mamy motyw przewodni – trzeba zmienić bieg historii, aby zapobiec apokalipsie mutantów – i kilka pobocznych – wypadek Profesora Xaviera, konflikt Xaviera z Magneto, miłosny trójkąt z Raven, operacja Wolverine’a, miłość Wolverine’a do Jean. Jednak wszystkie są ze sobą naturalnie powiązane i zgrabnie się przenikają. Widz nie ma wrażenia, że zostały doklejone tylko po to, by pchnąć dalej rozwój wydarzeń, bo nieudolny reżyser nie wiedział jak spiąć początek filmu z końcem. Nic z tych rzeczy.

Wątki poboczne samoistnie wynikają z motywu przewodniego rzucając na niego nowe światło i przy okazji spajają wcześniejsze filmy o X-menach w całość. Jest to na tyle umiejętnie zrobione, że nawet ktoś nie znający wcześniejszych perypetii mutantów ma szansę skumać fabułę, jednocześnie nie mając wrażenia, że jest prowadzony za rękę jak 4-latek do przedszkola. Druga sprawa – przez mnogość wydarzeń, aż do ostatniego kwadransa filmu nie wiemy jakie będzie zakończenie. I to nie wiemy naprawdę, a nie na zasadzie „tłuką się, tłuką, ale i tak ten dobry zwycięży”.

Co do fabuły, to na osobną wzmiankę zasługuje fakt, że to…

 

Film z ciekawą koncepcją podróży w czasie

XMEN-DAYS-OF-FUTURE-PAST-recenzja

W „Powrocie do przyszłości”, aby zmienić dekadę wchodziło się do Deloreana, w „Looperze” do kabiny à la teleport, a w „Wehikule czasu” do – uwaga, uwaga, spodziewajcie się niespodziewanego – wehikułu czasu. W większości tytułów opartych o ten temat, aby cofnąć się w czasie trzeba użyć jakieś machiny. Wejść, pociągnąć za wajchę i przeżegnać się 3 razy, żeby nie wybuchło.

Reżyser „X-men: Przeszłość, która nadejdzie” podszedł do tej kwestii odmiennie. Aby przenieść się do przeszłości nie trzeba odpalać żadnego ustrojstwa – ciało zostaje w miejscu, cofa się jedynie świadomość. Delikwent zasypia i za sprawą supermocy Ellen Page, budzi się X lat wcześniej z aktualną świadomością, ale w X lat młodszym ciele. To ciekawe rozwiązanie, bo zarówno eliminuje problem spotkania obecnego „ja” z „ja” z przeszłości, jak i wyklucza możliwość braku powrotu do teraźniejszości – pod koniec wycieczki podróżnik po prostu się budzi w tym samym roku, w którym zasnął. Niesie to oczywiście ze sobą wiele innych paradoksów i nieścisłości, ale sama koncepcja ciągłego „dokonywania się przeszłości” jest ciekawa.

Dobra obsada, zgrabna fabuła i smaczek czasowo-podróżniczy, sprawia, że nowa część przygód o istotach z genem X, to…

 

Bardzo przyzwoity film rozrywkowy

X-Men_Days_Of_Future_Past - recenzja

Jest mocne uderzenie od wejścia (nie potrzebuje 90 minut, żeby się rozkręcić jak „Godzilla”), nie jest przeładowany efektami (jak „Transformersy”, w których było tyle efektów, że nie było widać robotów), ma fabułę, która jest intrygująca i wciąga (nie jest tylko kulawym pretekstem do zaprezentowania mocy  X-Menów), a po obejrzeniu rozkminia się poszczególne motywy i chce więcej (a nie dziękuje producentom, że zmiłowali się i nie rozciągnęli tego do 3 godzin). I w dodatku jest do przełknięcia nawet dla kobiet (ta, z którą byłem na seansie nie zasnęła, a innej spodobało się na tyle, że poleca u siebie na blogu).

Reasumując (lubię to słowo), polecam.

I czekam z plastikową figurką Magneto w dłoni na kolejną część – „Apocalypse”. Ale, że to dopiero za rok, to podrzućcie Wasze typy godnych uwagi filmów rozrywkowych. Byle aktualne (w sensie wyświetlane jeszcze w kinie), bo nic tak nie boli, jak oglądanie wybuchów i scen walki na monitorku w domu.

99 pytań do kolesia, którego czytasz i oglądasz

Skip to entry content

Pamiętacie jak rok temu bawiliśmy się w lekko zmodyfikowany pierwszy polski talk-show “100 pytań do…”? A potem w pisaną wersję “Zapytaj Beczkę”? Pewnie nie. Bo było to rok temu. Akcja wyszła bardzo przyzwoicie, a pytania podniosły mi poziom endorfin, więc czas pobawić się jeszcze raz, ale najpierw dla przypomnienia pokrótce…

 

O co chodzi?

Tym razem nie chodzi o to, żebyś dał piątaka, ani dychę, tylko pytanie.

Co jakiś czas (najczęściej w środy) dostaję maile z pytaniami o blogowanie, Kraków i karmienie piersią. Jedne są unikalne jak płatek śniegu, inne powtarzają się jak “miałby pan złotóweczką poratować?” przy przechodzeniu przez planty. W większości chodzi oto, że albo chcecie mnie bliżej poznać albo poradzić się w jakiejś sprawie.

Kilka osób sugerowało, że powinienem sobie złożyć konto na Ask.fm, bo to modne i taki trend jest teraz, ale zupełnie tego nie czuję (już fakt, że dałem namówić się na Instagrama uważam za spory wyczyn). Zresztą, nie po to są komentarze na blogu, żebyście musieli biegać po całej sieci, gdy chcecie ze mną pogadać.

Zasady zabawy są proste jak przekątna w kwadracie (i każdej innej figurze geometrycznej):

– jeden komentarz to jedno pytanie

– jedna osoba może zadać tyle pytań, na ile faktycznie chce uzyskać odpowiedź

– gdy liczba pytań dojdzie do 99 (liczę, że stanie się to przed wydaniem “Detoxu” przez Dr. Dre), zamykam komentarze i odpowiadam na nie w oddzielnym wpisie

Żeby nie było wątpliwości, powiem…

 

O co można pytać?

O prawie wszystko.

Śmiało można zagadywać o wszystkie kwestie związane z gustem filmowym i muzycznym, preferencje kulinarne, czy modowe. Wszystko na temat blogowania, pisania, pomysłów – również. Życie w Krakowie, studia w Krakowie, knajpy w Krakowie, gołębie w Krakowie – także. Jak nazywała się Mama Muminka zanim Muminek się urodził, czy jeśli przywiążemy do grzbietu kota kromkę posmarowaną masłem, to otrzymamy kręcące się wokół własnej osi perpetuum mobile, o ile zwiększyłby masę Ziemi mur wybudowany wzdłuż równika – też. Ale o te prosiłbym w ostatniej kolejności i w miarę możliwości sporadycznie.

Dobra, to teraz drugi koniec kija, czyli…

 

O co nie można pytać?

Raczej nie o to, na co odpowiedziałem w poprzedniej edycji i zdecydowanie nie o kwestie prywatne zahaczające o moich bliskich. Tego nie upubliczniam. Co do reszty, to śmiało, rzucajcie pytania, których nie powstydziłby się Wojewódzki.

No to lecimy!