Close
Close

Płakałem po “Smutnym Autobusie”

Skip to entry content

Jest takie coś, co się nazywa Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i to coś stwierdziło, że bardzo ważnym aktualnym tematem są niesprawne autobusy przewożące dzieci. Dlatego stworzyło usługę – stronę w internecie – dzięki, której możesz sprawdzić, czy transport, do którego ładuje się Twój szkrab rozleci się na najbliższym zakręcie, czy kilkaset kilometrów dalej.

Sam pomysł prosi się o zakwestionowanie, bo czy nie od tego są stacje kontroli pojazdów? Czemu akcja dotyczy tylko autobusów przewożących dzieci? Nastolatki już nikogo nie obchodzą? I nie mniej zasadne – czy faktycznie nie ma istotniejszych problemów? Dobra, uznajmy, że to jest temat numer jeden, akcja jest super i faktycznie obywatelska kontrola pojazdów zapewni większe bezpieczeństwo przejazdu, niż kontrola trzeźwości kierowców. Gdy już mamy to ustalone, niespodziewanie jak pierwszy okres, pojawia się animacja promująca tę usługę. I nie wiadomo, czy cieszyć się, czy płakać, czy tamować.

I jak, nie możecie się już doczekać, aż zgłosicie pierwszy autobus do kasacji? Mnie to poruszyło, zniesmaczyło i odrzuciło od inicjatywy, na tyle, że poczułem chęć ratowania wiekowego autobusu. Michał i Paweł, sugerują, że jeśli tak zareagowałem to znaczy, że nie zrozumiałem kampanii. A ja uważam, że nieśmieszny żart pozostaje nieśmieszny nawet, gdy się go wytłumaczy.

“Smutny Autobus” to zła kampania z 5 powodów:

 

Po pierwsze: czemu miałbym znielubić stary autobus?

Przez cały filmik nie pojawia się ani jeden sensowny powód, dla którego miałbym uznać, że stary autobus to zło wcielone i jak najszybciej trzeba go uśmiercić. Wygląda jak rzęch, to fakt, ale nie ma pokazanych konsekwencji z tym związanych. Nie ma ukazanej żadnej sytuacji, w której jazda nim zagraża życiu dzieci, naraża je na niebezpieczeństwo lub może spowodować wypadek. Hasło “nie miej litości dla niesprawnego autobusu” dociera do mnie na poziomie logicznym i nie ma przełożenia na poziom emocjonalny. Biorąc pod uwagę,  że cała animacja bazuje na emocjach, to mocno nietrafione.

 

Po drugie: czemu miałbym polubić nowy autobus?

Tylko dlatego, że jest nowy? Poza tym, że biały autobus dokucza czerwonemu i cieszy się z jego śmierci, autorzy nie pokazali żadnych cech, które pozwoliłyby odbiorcy poczuć, że faktycznie czymś się różni. A już na pewno nie takich, które wzbudziłyby sympatię.

 

Po trzecie: samobójstwo, to przegięcie

Ja wiem, że dobra kampania powinna być niejednoznaczna i wzbudzać dyskusje. Wiem. Wiem, że jak się nie zaszokuje ludzi, to wideo się nie rozejdzie wirusowo. Wiem. Wiem, że tolerancja na odchyły w reklamie się zwiększa i żeby kogoś ruszyć trzeba pojechać po bandzie, no ale proszę Państwa, samobójstwo? W akcji skierowanej do rodziców?  Mówiącej o bezpieczeństwie ich dzieci?

Moment, w którym autobus ginie zmiażdżony pod naciskiem prasy i soki tryskają z niego na szyby był tak mocny, że nie byłem w stanie myśleć już o niczym innym, niż o jego śmierci. O samochodziku, który chciał być przydatny, wozić dzieci, cieszyć się, że spełnia jakąś rolę, a został brutalnie przerobiony na kupę gówna. To nie można było pokazać, że miejsce starych samochodów jest w muzeum? Albo zobrazować jak zostaje zamieniony w zjeżdżalnię? Albo karuzelę, na której bawią się dzieciaki i zagrać na koniec filmu pozytywnymi emocjami?

 

Po czwarte: adres usługi pojawia się w najgorszym momencie

Nie wiem jaki komunikat musiałby się pojawić po scenie samobójstwa, żeby być w zasięgu mojej percepcji. Może coś związanego z telefonem zaufania, ale na pewno nie z komunikacją miejską. Pomijając jednak tę kwestię, to w chwili, gdy adres podawany jest werbalnie, powinien również pojawić się na ekranie. Inny komunikat za bardzo nie ma racji bytu, bo gdy co innego widzimy, a co innego słyszymy, w efekcie nie zapamiętujemy niczego. Jeśli nie wierzysz, to przypomnij sobie ile adresów stron internetowych zapamiętałeś słysząc je w radiu.

Czyżby zero?

 

Po piąte: czy faktycznie rodzice darzą niesprawne środki transportu sympatią?

Po tłumaczeniach osób, które “zrozumiały filmik” przyjąłem, że celowo miałem polubić głównego bohatera i celowo spotkała go śmierć. Takie były założenia autorów, po to, żeby dobitnie pokazać, że niesprawne autobusy bezwarunkowo nie mają racji bytu.

Dobra, to teraz takie szybkie pytanie – czy ktokolwiek korzysta z nienadającego się do użytku transportu publicznego dlatego, że go lubi? Czy kiedykolwiek wsiedliście do rozlatującego się Jelcza, bo budził w Was współczucie? Czy w dzieciństwie matki pakowały Was do zdezelowanych PKSów, bo czuły do nich sympatię?

No nie sądzę. W rzeczywistości, rodzice faktycznie kierują się emocjami, ale emocjami związanymi z ich dziećmi. Nie z samochodami. Za dowód niech poświadczy wypowiedź jednej z czytelniczek na blogu Michała:

Prowadzimy rodzinnie dwa biura podróży. Wozimy dzieci na kolonie i wycieczki, dorosłych na wczasy. Większość transportów wykonujemy autobusami. I nigdy, przenigdy nie zdarzyło się, żeby rodzicie nie chcieli sprawdzić autobusu czy wypytać kontrolujących policjantów “czy wszystko ok”. I to jest na porządku dziennym – ludzie bardzo mocno zwracają na to uwagę i jeśli autobus nie spełni ich wymagań, pewna jestem, że chcieliby innego transportu. I nie ma zmiłuj.

Jeśli rodzic wie, że jego dziecko ma spędzić w autobusie 12 godzin jadąc nad morze, to możecie mi wierzyć – rodzic nie kocha wtedy autobusu, nie kocha organizatora czy policjantów. Nikogo nie kocha, prócz swojego dzieciaka. I upewni się 10 razy, że wszystko jest ok.

Oglądając animację wzruszyłem się, ale w rzeczywistości autobus nie ma oczek. W rzeczywistości nie lituję się nad środkami publicznego transportu.

(niżej jest kolejny tekst)

28 comments

  1. Animacja mnie na początku zaskoczyła. Później oczywiście uaktywniła moje nieskończone, kobiece pokłady wrażliwości i empatii. Jak dotrwałam do końca. Przeżyłam szok. Później nie dowierzałam. Następnie próbowałam po raz kolejny zrozumieć nieskończoność ludzkiej głupoty. Było mi żal starego autobusu. Nie wiem, czemu zmuszono go do popełnienia samobójstwa. Nowy autobus był wredny. W żaden sposób nie doszukałam się powiązania ze sprawdzaniem autobusów, które wożą dzieci. Stary autobus mógł dostać swojej szansą. Swego czasu taki stary autobus wykorzystałam realizując projekt aktywizacji społeczności lokalnej. Dzieci zrobiły w nim kawiarnię i swój klub. Było fantastycznie. Ten film jest po prostu nie fair. Nie lubię niepotrzebnego odwoływania się do ludzkich emocji. Poza tym poczułam się głupio. No bo płakać na nieszczęśliwym zakończeniem? Litować się nad autobusem? Po to, by się dowiedzieć, że powinnam sprawdzać autobus, który wozi dzieci? Swoją drogą, ciekawe jak to ma się do Katowickich autobusów, które wożą nie tylko dzieci.

  2. Moje odczucia odnośnie tej kampanii – totalnie nietrafiona. Idea spoko. Każdy rodzic ma możliwość sprawdzenia osobiście na jakiejś stronie, której nazwy również nie wyłapałam, czy autobus jest ok czy nie ok, ale…kierując spot do rodziców, bo do nich miał dotrzeć, mogli zrobić coś bardziej dosadnego. Niesprawne hamulce w wyniku czego cały autokar spada z jakiegoś urwiska, karambol, wypadające dziecko przez szybę, oczywiście tylko ucięte sceny. Skutecznie oddziaływałoby to na odbiór przez rodziców. Tym czasem mamy animację, która leci wszędzie o każdej porze i nie sposób, żeby dziecko na nią nie trafiło. Animację, w której autobusik ma emocje, leci smutna muzyczka w tle, jest odrzucony przez idealne społeczeństwo tylko dlatego, że jest brzydki, niesprawny, chory…myśli o samobójstwie (dzieci, jak z was szydzą i nie chcą się z wami bawić- oto recepta na wieczne szczęście! Świat was nie potrzebuje!!!) kiedy ma już do niego dojść, pojawia się motylek, taka iskierka nadziei, myśl “a może jednak jest szansa na lepsze jutro i nie trzeba od razu umierać?”. Wtedy wkracza niezłomny system, który karze raz podjętą decyzję doprowadzić do końca i jak się sam nie zabijesz to system to zrobi to ktoś za ciebie. Na koniec autobus na taśmie w wywalonymi na wierzch oczami i flakami jedzie…a dzieci płaczą i nie rozumieją, jak ktoś mógł zabić biedny autobusik. zagłębiając się w przekaz mamy do czynienia z odrzuceniem osób niepełnosprawnych (autobus nie był przecież sprawny), biednych ( stary i brzydki ) itp, którzy nie pasują do nowego ulepszonego społeczeństwa. Może doszukuję się ukrytych znaczeń tam gdzie ich nie ma, ale ja je wyłapałam tak jak tysiące innych osób. Już nawet nie pytam, ile ich kosztowała ta totalnie nietrafiona kampania. Autobus to nie człowiek, nie ma uczuć. A jeżeli koniecznie chcieli, żeby miał, powinien -jak pisałeś – wylądować na jakiejś “szczęśliwej łące starości” czy zostać przerobiony, bez zagłębiania się w proces produkcyjny, w zjeżdzalnię dla dzieci, która ciesz się, że dzieci chętnie się na niej bawią. Niech sobie ma wtedy te swoje radosne oczy i uśmiech… Co do skupienia się na małych dzieciach – zawsze pokazane małe dzieci będą bardziej oddziaływać na emocje dorosłych. Dla rodzica jednak czy nastolatek czy dwulatek – to nadal jego dziecko, na które patrzy ciągle tak samo i tak samo się o nie troszczy. Takie widzę wytłumaczenie dlaczego akurat w reklamie mamy małe dzieci. ok to się rozpisałam, ale takie są moje odczucia na temat tego spotu. Niewypał i tyle. NAwet nie chcę wiedzieć, co siedzi w bani kogoś, kto to zaakceptował. Ach i jeszcze jedno, skoro ktoś musi tłumaczyć innym dlaczego filmik jest dobry tylko oni źle zrozumieli, to problem nie tkwi w odbiorcach tylko w filmiku :) Koniec, amen :)

  3. Moim zdaniem to proste – kampania powinna mocno oddziaływać na widza, ale oprócz tego powinna być dobrze wyreżyserowana. Tymczasem patrzę na to i widzę: tu przepychanki wśród autobusów, szykanowanie autobusu przez dzieci, tam lata jakiś motylek. Co to miało na celu? Mam wrażenie, że twórcy po prostu musieli czymś zapełnić te kilka minut, żeby pod koniec mogło nastąpić sedno – i nie bardzo wiedzieli, czym. To się nie trzyma kupy. Gdybym na zakończenie nie usłyszała “nie miej litości dla niesprawnego autobusu, który wozi twoje dziecko”, pewnie nie wiedziałabym, co to za kampania.

Comments are closed.

Rok z Aero2 – bezpłatnym dostępem do internetu

Skip to entry content

Jakiś czas temu mieszkałem na Starym Mieście. Lokalizacja wybitnie zacna, bo pod Mariacki spacerem 8 minut, widok na Wawel i w ogóle wszędzie blisko. Przekonanie o zajebistości tej miejscówy uleciało jak powietrze z źle zawiązanego balonika już drugiego dnia, gdy zaczęliśmy załatwiać internet. Okazało się, że nasza kamienica, jako jedna jedyna z całej ulicy, leży w Trójkącie Bermudzkim i nikt nie chce nas podpiąć, bo coś tam coś tam. Zdesperowany zacząłem łapać się brzytwy i myśleć o połączeniu radiowym, ale z tego też nic nie wyszło.

Po 3-4 miesiącach walki z administracją i wspólnotą mieszkaniową w końcu dokonaliśmy niemożliwego – uzyskaliśmy zgodę na okablowanie i popłynęła Neostrada. Ale, ale, do tego czasu też trzeba było jakoś łączyć się ze światem, bo mimo szczerych chęci trudno blogować bez internetu. Szukałem jakiejś alternatywy/rozwiązania tymczasowego i któryś ze znajomych powiedział mi, że jest coś takiego jak…

 

Bezpłatny mobilny internet

Aero2 - mobilny dostęp do internetu recenzja

Brzmi abstrakcyjnie jak punktualny pociąg i podejrzanie jak darmowe perfumy od ulicznego akwizytora? Pomyślałem dokładnie to samo i uznałem, że to niemożliwe. Że musi być jakiś haczyk, coś małym druczkiem. Że ostatecznie okaże się, że to droższe, niż normalny mobilny internet. Bo w tym kraju przecież nie ma nic za darmo, poza wirusowym zapaleniem wątroby i łomotem.

I miałem rację. Za Aero2 trzeba zapłacić 27zł.

Tyle, że jednorazowo i jest to kwota sensownie uzasadniona. 20zł płacimy za kartę SIM (nie ma się co oszukiwać, ktoś musiał ją fizycznie stworzyć) i 7zł za wysyłkę (również trzeba być szczerym, jakoś musi ona do nas trafić). Poza tymi niecałymi trzema dychami, na własną rękę musimy się też zaopatrzyć w modem. Chyba, że chcemy jej używać w tablecie, lub wykorzystać telefon jako router, to wtedy nie. Tak, czy inaczej, to jedyne koszta jakie ponosimy.

Nie płacimy zupełnie nic, absolutne ZERO ZŁOTYCH, za korzystanie z internetu. Możemy siedzieć w sieci 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i każdą inną liczbę jednostek niższego rzędu w jednostakch wyższego rzędu za friko. Nie ma żadnego abonemantu, żadnych płatnych impulsów po wykorzystaniu darmowych, nic z tych rzeczy.

Dobra, bezpłatny dostęp do internetu jest faktycznie spoko, ale pewnie zastanawiacie się…

 

Jak to śmiga?

Aero 2 - mobilny dostęp do internetu

Otwarcie trzeba powiedzieć, że Aero2 to nie jest internet do użytku multimedialnego. Dostawca deklaruje, że maksymalna prędkość pobierania danych, to 512kb/s. Z 5 razy może udało mi się taką prędkość osiągnąć, zasadniczo jest wolniej. Nie ma się co czarować, w żadną strzelankę ani RPG po sieci na tym nie pogramy, nie ma takiej opcji. YouTube jak chwilę się poładuje to poleci, ale z oglądaniem na bieżąco też nie da rady. Ściąganie plików większych, niż 10 mega również jest dość kłopotliwe, choć nie niewykonalne.

Przeglądanie stron, wysyłanie maili, korzystanie z Facebooka działa. Nie tak szybko, jak jestem przywyczajony na „normalny” internecie, ale działa. Z poziomu www zrobisz wszystko czego potrzebujesz.

Zasadniczo Aero2 traktuję jako internetową deskę ratunkową, gdy sieć w bloku padnie albo jestem gdzieś, gdzie nie da się połączyć z wi-fi. Biorąc pod uwagę, że zdarza się to wyjątkowo często, to naprawdę dobre rozwiązanie. Opierając swoją pracę na internecie, nie mogę sobie pozwolić na kilkugodzinną przerwę w łączności w środku dnia, bo są takie maile, na które trzeba odpisać „na już” i sporo akcji, które wchodzą w życie „na jutro”. I w takich przypadkach Aero2 nieraz ratowało mi tyłek.

Teraz kilka słów o tym, jak bardzo ten internet jest mobilny, czyli…

 

Jak z zasięgiem?

Aero2 - mobilny dostęp do internetu jak zamówić

W miastach na terenie zbudowanym jest bardzo w porządku. Aero2 korzysta z łącz Plusa, także sporadycznie zdarzają się miejsca, gdzie nie łapie zasięgu. Nie zjeździłem z nim całej Polski, ale w Małopolsce, na Śląsku, na Pomorzu i na Mazowszu działa. Gorzej z terenem niezabudowanym i wsiami. Tu już zaczynają się problemy i jest gorzej. Jak jadę pociągiem nie muszę patrzeć za okno gdzie jestem, bo widzę po zerwanym łączu. Można na to narzekać, ale z tego co wiem z „normalnym” internetem mobilnym poza miastem też nie ma rewelacji.

Z rzeczy do poprawienia, to niehalo jest też rozłączanie się co godzinę. Co 60 minut trzeba jeszcze raz kliknąć „połącz”, żeby móc dalej korzystać z internetu. Operator wprowadził ten manewr podobno po to, żeby ubić wszystkich torrentowców i nie przeciążać sieci. Mało finezyjne rozwiązanie, ale cóż… Na szczęście to tylko mały szkopuł i nie jest tak irytujący, jak pasek reklamowy w przeglądarce uniemożliwiający korzystanie z wi-fi w PolskimBusie (na moim netbooku zasłania ¼ ekranu).

Zbliżając się ku końcowi, póki co rok za mną, czy…

 

Będą kolejne 365 dni z Aero2?

Jak najbardziej.

Z tym bezpłatnym dostępem do internetu jest jak z wiarą w zakładzie Pascala, biorąc pod uwagę,  że nic Cię to nie kosztuje, mimo jego wad lepiej mieć, niż nie mieć. Jako normalny regularny internet nie ma racji bytu, ale jako awaryjna opcja sprawdza się przyzwoicie. Formalności przy załatwianiu jest niedużo (tutaj opisane krok po kroku), więc dla świętego spokoju warto to ogarnąć i mieć tę SIM kartę na czarną godzinę. Bo nie znasz minuty, ani sekundy, jak wywali Ci sieć w domu na pół dnia, a będziesz potrzebował internetu na gwałt.

Amen.

Nieważne, że kryminalista. Ważne, że ładny

Skip to entry content

Jeremy Meeks - boski kryminalista

Większość kobiet to hipokrytki.

9 na 10 lasek powie Ci, że kupują odżywki do włosów, paznokci i skóry dla siebie. Że wydają walizkę pieniędzy na kosmetyki i furmankę hajsu na ciuchy dla siebie. Że chodzą co drugi dzień na siłownię, biegają, pływają i katują się dietą jem-tylko-trawę dla siebie. Że niszczą sobie kręgosłup chodząc na kilkunastocentymetrowych szpilkach dla siebie. Że męczą się ze sznurkiem między pośladkami, czując jak wpija im się w odbyt, dla siebie. Że noszą dekolt ledwo zakrywający sutki, mimo siarczystych mrozów, dla siebie. Bo chcą dobrze wyglądać. Same dla siebie.

Po czym usłyszysz od nich, że wygląd się nie liczy.

A spróbuj zapytać te same laski, na co najpierw zwracają uwagę u faceta. Powiedzą, że Ci, że na osobowość, bo najważniejsze jest wnętrze. Bo w życiu nie zainteresowałyby się burakiem, który używa kurew zamiast przecinków, którego najdalsza podróż to wyprawa do nocnego w sąsiedniej dzielnicy, a największy sukces życiowy to tytuł mistrza klatki w „Fifę”. Bo u mężczyzn cenią inteligencję, poczucie humoru i szerokie horyzonty myślowe. Bo nie ważne, czy wygląda jak Ryan Gosling, czy jak Jabba Hut. Ważne, czy jest ambitnym intelektualistą przebijającym erudycją Bralczyka i Miodka razem wziętych.

Po czym zachwycają się kryminalistą.

Rozpływają się w komplementach na jego temat, deklarując podwyższoną wilgotność krocza i chęć zamążpójścia. Nie dlatego, że oczarowały je jego sukcesy zawodowe – nie ma ich, jest bandziorem-recydywistą. Nie dlatego, że oniemiały pod wpływem jego zaradności życiowej i ambicji – nic z tych rzeczy, jest nieudacznikiem, który tylko przemocą potrafi zdobyć pieniądze. Również nie dlatego, że oszalały na punkcie jego męstwa i odpowiedzialności przejawiającej się w działalności pro-społecznej – nie bardzo, luj napadał z bronią w ręku mieszkańców własnego miasta.

Wyniosły do roli bóstwa kryminalistę powtórnie skazanego za rozboje, dlatego, że jest ładny.

Większość kobiet to hipokrytki.