Close
Close

Poniedziałkowe, słoneczne popołudnie. Siedzę na ławce w Parku Jordana, wiatr wieje, kwiaty pachną i mam jeszcze ponad połowę baterii w netbooku. Żyć, nie umierać. A w zasadzie to pisać, nie przestawać. I tak też robię, do momentu, gdy w moją ławkę wjeżdża 4-latek. Odbił się od niej jak kauczuk i zaliczył lądowanie bez telemarku, ale o dziwo, nie skończyło się to spazmem zakłócającym fale radiowe. Na dobrą sprawę, to nawet nie powiedział „ała”. Wstał, poprawił koszulkę z Kubusiem Puchatkiem, podniósł rower dla krasnoludków i ruszył dalej. Twardziel.

Wtem, z sielskiej scenerii krzaków, krzewów i krzaków wyłania się postać o głowę wyższa ode mnie, a od szkraba o jakieś 9 głów. Postać przemieszcza się chłodnym, posuwistym ruchem Buki z „Muminków” i gdy znajduje się na wyciągnięcie ręki małego rowerzysty, wyciąga swoją i łapie go za bark.

– Maciusiu. Nie wjeżdżaj na trawę.

– Tata, tata, ale czemu?

– Bo po trawie nie da się jeździć.

– Tata, tata, ale ja potrafię.

– Nie. Nie potrafisz. Mówiłem ci przecież, że po trawie nie da się jeździć.

Bywa, że zachowuję się jak gość, który zjadł wszystkie rozumy, łącznie ze swoim, po czym przetrawił je, wypluł i uformował legitymację uprawniającą do nauczania innych jak mają żyć i zwracania im uwagi, ale nigdy jeszcze nie poniosło mnie na tyle, by podejść do kogoś i mówić mu jak ma wychowywać swoje dziecko. No bo, co ja niby o tym wiem? No nic. Absolutnie nic. Poza jedną rzeczą.

Dla takiego szkraba jesteś największym autorytetem na tej planecie. Największym.

Nieznającą granic w żadnym z wymiarów skarbnicą wiedzy. Mesjaszem niosącym prawdę objawioną, który zna się lepiej na życiu, niż Bob Budowniczy na budowaniu, Tygrysek na brykaniu, a Czarodziejka z księżyca na dobieraniu kozaków do miniówki. Jesteś wyrocznią. Jeśli coś mówisz, to szkrab uznaje, że tak jest, zapamiętuje i przenosi to w dorosłe życie. Dlatego, zanim coś powiesz, weź się zastanów, kurwa.

A jeśli chcesz mu powiedzieć, że czegoś się nie da, zastanów się trylion razy. Albo i więcej.

Od przedszkola ciągle słyszałem, że czegoś się nie da zrobić. Najpierw, że nie mogę połączyć drewnianych klocków razem z tymi z Lego w jedną budowlę, ani próbować pisać lewą ręką skoro jestem praworęczny. Potem, że niemożliwe jest, aby grać cały dzień w piłkę i mieć dobre oceny. Dalej, że nie da się być rysownikiem bez szkoły plastycznej, lekarzem bez rodziców w szpitalu i aktorem bez znajomości w Warszawie. W liceum natomiast dowiedziałem się, że nie da się żyć z robienia muzyki i trzeba mieć normalną pracę.

Odkąd zacząłem raczkować, ciągle słyszałem od dorosłych, że czegoś nie potrafię albo nie mogę zrobić. I najczęściej wierzyłem im.

Tyle razy nie sprawdzałem, czy to prawda, czy tylko takie gadanie. Nie podejmowałem próby. Wierzyłem im na słowo. Tak jak ten szkrab z Parku Jordana, który uwierzył ojcu, że nie da się jeździć po trawie. A każdy z nas wie, że to możliwe i całkiem wykonalne. Może trudniejsze, niż jazda po betonie, czy ubitej ziemi, ale tylko trochę. I kiedy tak słuchałem ich rozmowy, nagle mnie olśniło – ile rzeczy, które zawsze chciałem zrobić jest wykonalnych, tylko nigdy nie zweryfikowałem tego empirycznie? Ile jest pomysłów, które DA SIĘ ZREALIZOWAĆ, a ja o tym nie wiem, tylko dlatego, że nie zakwestionowałem czyjegoś pierdolenia, że się nie da?

Od dzisiaj każde „nie da się”, „nie potrafisz” i „nie możesz” sprawdzam samemu. Po trawie da się jeździć rowerem.

autorem zdjęcia jest Arielle Nadel
(niżej jest kolejny tekst)

Bez pracy nie ma kołaczy, bez imprez pozwów rozwodowych, a bez jedzenia nowych wpisów. To ostatnie wziąłem sobie bardzo do serca i będąc w Pradze starałem się zjeść tyle, na ile karta pamięci w telefonie pozwalała. Niby do Czech jest na tak blisko, że ich kuchnia nie powinna się jakoś specjalnie różnić od naszej, ale mimo to wszmałem kilka kąsków, których u nas nie tak łatwo znaleźć. A przynajmniej nie na każdym rogu ulicy, jak choćby taki…

 

Ser w bułce

Jednym ze sztandarowych dań Czechów jest smażony panierowany ser hermelin. Na co dzień funkcjonuje jako “normalne” danie knajpiano-obiadowe, ale stało się na tyle popularne, że zaadoptowały je także uliczne budy.

Fastfood - Praga 2 - smażony ser w bułce

Fastfood - Praga - smażony ser w bułce

I sieciowe fastfoody, bo jak widzicie poniżej, w McDonald’sie też można je dostać. Występuje tam pod nazwą McSmazak. Czekam na edycję polską pod hasłem “McStrażak” albo “YesSer”. Przyjęłaby się.

 

Fastfood - Praga - McSmazak

Co do walorów artystyczno-smakowych, to wersja “ser + buła” nie wprawia w osłupienie, ale jest całkiem znośna. I na pewno lepsza niż pseudo-burger, czy kebab z kurczaka. Miła odmiana.

Z ulicznego żarcia moją uwagę zwróciły też…

 

Budki z kiełbasami

W Krakowie jest nieśmiertelna i kultowa niebieska Nyska z kiełbami pod Halą Targową, ale w innych częściach miasta nie ma tego typu żarła. Nie mówiąc już o popularyzacji w innych miastach. W Pradze co rusz jest jakiś wózek albo wnęka z kiełbasami. I w odróżnieniu od Berlina, nie jest to curry wurst, tylko czosnkowa, paprykowa, zwykła albo biała kiełbasa z kiszoną kapustą.

Fastfood - Praga - kiełbasa

Jako, że jestem miłośnikiem białej kiełbasy, to bardzo podpasowała mi w tym wydaniu z majonezem (niestety niewidoczna na zdjęciu, bo znikła w czeluściach przełyku, zanim zdążyłem zrobić zdjęcie). Nie jest to najzdrowsze jedzenie, ale jak na szybką szamę bardzo sensowne, bo o wiele lepiej zabija głód, niż frytki. Czy hot-dog.

Z ciekawostek przyrodniczych, to będąc w Pradze jakimś cudem nie zaobserwowałem ani jednej kebabiarni. Albo nie lubią się z Turkami albo psy im się skończyły, bo tych też za bardzo nie było widać. Ale to tyle o ulicznym żarciu. Przejdźmy teraz do knajp, które polecaliście, a konkretnie do…

 

Pivovarsky Dum

Najlepsza z restauracji, które odwiedziliśmy. Miła obsługa, czysto i jasne nie-tak-bardzo-barowe wnętrze. I ceny też przyzwoite.

Pivovarsky Dum - Praga 2

Pivovarsky Dum - Praga 3 - ciemne piwo

W Czechach ciemne piwo jest obecne lokalach na równi z jasnym, co mnie bardzo cieszy, bo lubię je sobie trzasnąć co jakiś czas dla odmiany.

 

Pivovarsky Dum - Praga 3 - smażony ser

A tu panierowany smażony hermelin w wersji klasycznej, czyli na talerzu z kapustą i frytkami. Mięciutki, sycący, ciągnący się i nie za bardzo przypieczony. No i zdecydowanie lepszy, niż ten w bułce. Zresztą, czy może być adekwatniejsze połączenie, niż frytki i ser?

 

Pivovarsky Dum - Praga 3 - zupa czosnkowa

I tradycyjna czeska zupa czosnkowa. Nie wiem czemu jest taka ciemna szczerze mówiąc, ale jest w niej tyle czocha, że po spożyciu padają wszystkie wampiry w promieniu kilometra. Ale, żeby nie było, je się ze smakiem. I nawet grzanki tak szybko nie rozmakają na papkę.

Dobra, zaczęliśmy od najlepszej knajpy, to teraz będziemy schodzić w dół. Ale nie aż tak drastycznie. Na drugi ogień idzie jeden z najpopularniejszych lokali, czyli…

 

U Medvidku

Z zewnątrz wygląda dużo lepiej, niż w środku, a obsługa ma Cię głęboko w dupie. Na tyle głęboko, że jest obrażona, gdy musi do Ciebie podejść. Piwo przynosi w brudnym kuflu, lejąc nim po podłodze i sama zaokrągla rachunek w górę przy płaceniu. Spoko, co?

Restauracja U Medvidku - Praga

Restauracja U Medvidku - Praga 2

Restauracja U Medvidku - Praga 3

Restauracja U Medvidku - Praga - topinky z piwnym serem

Ten chleb dla konia, to topinky z tak zwanym “pivnim syrem”, który wygląda raczej jak gałki lodów waniliowych, niż ser. Albo pasta. Tak, czy inaczej, jest wyborny i świetnie sprawdza się jako przystawka, ale jak przypadkiem spadnie Ci na dłonie to nie zejdzie. Z 10 minut szorowałem mydłem, a i tak jego zapach utrzymywał się do końca dnia. No nic, ważne, że był dobry.

 

Restauracja U Medvidku - Praga - knedliki z kapustą i mięsem

To kolejne z typowych dań – knedle nadziewane wieprzowiną, podawane z kapustą. Całkiem pokrzepiające, mimo że jest ich mało. I smaczne. Choć byłyby lepsze, gdyby na stół wjechały ciepłe.

 

Restauracja U Medvidku - Praga 4

I zagadka dnia przy podawaniu rachunku. Biorąc pod uwagę, że jadłeś z trójką znajomych i każdy, poza piwem, zamawiał co innego, oszacuj ile masz zapłacić. Proste?

Jako lokal trzeciego sortu leci…

 

V Cipu

Czyli restauracja, z której cieszyłem się najmniej. Nie będę się nad nią pastwił, bo jest najtańsza, niemal przy samym Placu Wacława i jedzenie podają wyjątkowo szybko, ale nie polecam.

Restauracja V Cipu - Praga

Restauracja V Cipu - Praga 2

Restauracja V Cipu - Praga - naleśniki z lodami

Powiem tylko, że jedyna godna polecenia szama, to naleśnik z lodami. Naprawdę pyszny i jeśli już koniecznie coś chcecie zamówić w tej knajpie, to właśnie to. Lekki, nieprzesłodzony i rozpływa się w ustach. Za to cała reszta zasługuje na spuszczenie zasłony milczenia.

Ze słodkości, próbowałem też rzadko spotykanego ciasta, jakim są…

 

Trdelniki

Jadalne ludziki Michelin robi się z walcowanego ciasta, owijanego wokół kija, a następnie grillowanego i posypanego cukrem wymieszanym z orzechami i cynamonem. Środek wypełnia się czekoladą, wanilią albo jakąś inną polewą. O ile tylko dostaniecie świeże i miękkie trdelniki (i sprzedawca nie wciska Wam ciemnoty, że jeśli są twarde jak skała, to tak ma własnie być), to są naprawdę pyszne.

trdelnik - Praga

trdelnik - Praga 2

Czasem bywa, że polewa ze środka ląduje na koszulce, spodniach i butach, ale cóż, taka jest cena tego deseru.

Na koniec coś delikatnego do picia. Coś co tygryski lubią najbardziej, czyli…

 

Napój kokosowy

Nie jest to typowo czeski napój, bo producentem jest Korea Południowa, ale nie widziałem go wcześniej nigdzie indziej, a jest oszołamiający. Pomijam, że jestem fanatykiem kokosów (i ananasów), ale pływa w nim coś a la miąższ. Takie okrągłe, mięsiste kawałki kokosa, które sprawiają, że pijąc go “dzień po”, czujesz się jak młody bóg. Orzeźwia porównywalnie z prysznicem i ożywia bardziej, niż pozytywny wynik testu ciążowego.

Fastfood - Praga - sok kokosowy

Ktoś wie, czy da się to kupić w Polsce?

“Hera, koka, hasz, LSD”, czyli jak zmarnować 36 000 złotych

Skip to entry content

Wczoraj światło dzienne ujrzał teledysk do kontrowersyjnej i – co wnioskuję z wypowiedzi autorki – mało przez kogo zrozumianej piosenki „Hera koka hasz LSD”. Pewnie przeszedłby bez echa, bo jest dużo mniej nośny niż sam utwór, gdyby nie sposób w jaki został sfinansowany. Otóż Karolina Czarnecka – autorka – postanowiła zdobyć pieniądze na klip przez portal crowdfundingowy – PolakPotrafi.pl. W skrócie działa to tak, że piszesz jaki masz pomysł, ile potrzebujesz i jeśli ludzie uznają, że to sensowne, zaczynają robić przelewy. Ot, takie oddolne wspieranie słusznych idei.

Hajs się zebrał, wideoklip się nakręcił, YouTube go udostępnił światu i zaczęła się burza gówna.

Gdzie tylko nie zostanie zalinkowany teledysk pojawia się fala komentarzy krytykujących go, a przede wszystkim Karolinę, na szereg sposobów. Że zmarnowała 36 000 złotych i powinna oddać pieniądze. Że taki klip to można by nakręcić za stówkę, a nie taką górę siana. Zresztą ze szwagrem zrobilibyśmy to za flaszkę. Że nudy, w klipie nic się nie dzieje i amatorka, bo nie ma laserów ani green boxa. Że teledysk w ogóle nie łączy się z piosenką, bo ani koki, ani haszu, ani nawet SLD nie ma. A wszyscy szykowali się na mocną wiksę i wciąganie węgorzy w rytm stroboskopu.

Czytam te komentarze i zastanawiam się, czy komuś przypadkiem sufit na głowę nie spadł. Albo czy nie zapomniał włożyć protezy mózgu przed wejściem do internetu.

Po pierwsze, to teledysk nie kosztował 36 000zł, tylko 8 000zł. Pozostałe 28 000zł zostanie wykorzystane na nagranie płyty i zorganizowanie recitalu piosenki aktorskiej. Jest to tak wyraźnie napisane, jak się da, na stronie ze zbiórką. No, ale żeby to wiedzieć, trzeba by na nią wejść, a nie bazować na informacji znikąd.

Po drugie, cieszy mnie bardzo, że oprócz polityki i piłki nożnej, jako ogół, znamy się też świetnie na wycenie produkcji filmowych. Rozumiem, że każdy z komentujących dziesiątki razy wynajmował kamery filmowe, kostiumy dla aktorów, pomieszczenia, tworzył w nich scenografię i zatrudniał statystów i epizodystów, że doskonale wie ile takie rzeczy kosztują. I przede wszystkim, że ma na tyle duże rozeznanie, by móc powiedzieć, że to za drogo. Już pomijam, że w kwotę którą zbierała Karolina wchodził też koszt nagrania utworu w studio oraz zmiksowania go.

To coś na zasadzie, że każdy internauta świetnie wie ile kosztuje zaprojektowanie loga dla miasta, czy instytucji, więc robi aferę, że kilkanaście tysięcy, to za drogo. Brawo.

Po trzecie, skąd pomysł by rozliczać cudze pieniądze? Jeśli nie jesteś ani darczyńcą, ani organizatorem zbiórki, to jakim prawem chcesz zaglądać komuś do kieszeni i oceniać co zrobił z NIE TWOIMI pieniędzmi?

Po czwarte,  ten utwór nie propaguje narkotyków, dlatego teledysk też tego nie robi. Mam wrażenie, że zawiedzeni klipem są najbardziej Ci, którzy „Kokę, herę, hasz, LSD” odebrali jako afirmację walenia w kanał. I spodziewali się, że zobaczą sceny z kibli na Maydayu. Albo chociaż z vip roomu w Energy 2000. A tu Czarnecka zburzyła ich świat, bo nie było dyskoteki, tylko degeneraci w końcowym stadium rozkładu. Dajmy jej pstryczka w nos, niech sobie nie myśli, że może interpretować swój utwór jak jej się podoba.

Internauta potrafi.