Close
Close

7 rzeczy, których nie wiedziałeś o bursztynie

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Województwem Pomorskim

Słysząc słowo „bursztyn” pewnie pierwsze co masz w głowie, to widok seniorki swojego rodu z połyskującym naszyjnikiem na imieninach. Albo wspomnienia z wyjazdów kolonijnych w podstawówce, gdy po plaży częściej biegałeś za muszelkami, niż dziewczynami. Nic dziwnego, to najczęstsze skojarzenia i sporadycznie zdarza się by ktoś wychodził poza stereotypowe postrzeganie zaschniętej żywicy jako reliktu przeszłości. A szkoda, bo zdecydowanie nim nie jest i ma dużo szersze zastosowania, niż tylko biżuteria dla emerytów.

Poniżej 7  ciekawostek, które sprawią, że spojrzysz na bursztyn z nowej perspektywy.

 

60

Tyle jest gatunków bursztynu na świecie – między innymi bursztyn japoński, meksykański, dominikański, czy właśnie bałtycki, który ma największe złoża. Mało kto o tym wie, ale paleta kolorów, w jakich występuje w Polsce jest dość szeroka i rozciąga się od najbardziej znanego żółto-złotego przez czerwony, brązowy, biały, aż po tak nietypowy jak zielony. Ciekaw jestem ile razy jako dzieciak wyrzuciłem taki rarytas, myśląc, że to po prostu oszlifowany przez wodę kawałek butelki.

 

+10 do obrony, +30 do seksapilu

Bursztyn od stuleci wykorzystywany był w medycynie naturalnej różnych kultur. W starożytności uważano, że  zapewnia młodość i piękno. Kleopatra paliła bursztynowe kadzidła, Rzymianie przypisywali mu moc ochronną, a we wczesnym średniowieczu mnisi przygotowywali bursztynowe nalewki na problemy z żołądkiem. Kilka wieków później nawet Mikołaj Kopernik przepisywał jego sproszkowaną formę jako lek na choroby serca. Istne panaceum.

 

Dobra inwestycja

Polskie złoża bursztynu były tak mocno eksploatowane, że od jakiegoś czasu zaczyna go brakować. Przez co powoli staje się niemal tak cenny jak złoto. A bywa nawet, że od niego droższy, bo w ciągu ostatniego roku ceny bursztynu skoczyły o 100 %. Brzmi jak dobra kasa, co?

 

Sztuka

W Gdańsku zobaczyć można instalację artystyczną wykonaną z kamieni z masy żywicznej z wbudowanym oświetleniem z lampek LEDowych – Amber Drops. Brzmi jak małe UFO? Możliwe, ale jest całkiem ludzkie. Światło wewnątrz kamieni jarzy się ze zmiennym natężeniem naśladując oddychającego człowieka, a w samych bryłach zatopione są rożne jego atrybuty. Takie jak telefon komórkowy i inne gadżety, bez których współczesny homo sapiens nie wyobraża sobie życia. Tak jak po owadach setki tysięcy lat temu zatopionych w bursztynie, tak po nas też zostanie wymowna pamiątka.

 

Czwarty atrybut Buddy

To właśnie skamieniała żywica. Młodzi Chińczycy są tak zajarani naszym polskim jantarem, że bursztynnicy na potęgę eksportują go do Państwa Środka. Chociaż w Chinach jesteśmy znani z czegoś innego niż wódka i znikające auta.

 

Twarzowy

Bursztyn trafia coraz częściej do kosmetyków i jest podstawą zabiegów pielęgnujących ciało. Kremiki z nim przeznaczone są do cery zmęczonej i wymagającej odnowy komórkowej. Smarowanie facjaty tymi specyfikami nawilża i natłuszcza skórę, przywracając jej jędrność i elastyczność. I zmniejsza zmarszczki. Aż chce się zacytować klasyka „dziś będzie na twarz, skarbie”.

 

Kamień, który się pali

Nazwa “bursztyn” pochodzi od niemieckiego „bernstein” i znaczy właśnie to, co widzisz u góry. Spodziewałbyś się?

 

Najcenniejszy skarb polskiego morza pojawia się na blogu nieprzypadkowo. W październiku z Andrzejem z jestKultury ruszymy na Pomorze, żeby odświeżyć spojrzenie na ten region i pokazać, że może być atrakcyjny także poza sezonem letnio-wakacyjnym. Że północ polski może być interesująca nawet, gdy rtęć w termometrze jest bliżej środka skali niż górnego wierzchołka. Tematem przewodnim wyjazdu będzie właśnie bursztyn i to, co można z nim zrobić.

Najciekawsze jantarowe atrakcje znajdą się w relacji na blogu za jakieś 3-4 tygodnie, ale warto tematem zainteresować się już teraz, bo…

 

Mamy konkurs

Konkurs, w którym możecie zatrzeć wspomnienie babcinych ozdób i przekonać się, że bursztyn to też biżuteria dla młodych. Do zgarnięcia, w przypadku chłopaków, jest wykonana ze srebra elegancka spinka do krawata lub wisior na rzemieniu z naturalnej skóry (do wyboru jedno z dwóch)…

Ciekawostki bursztyn konkurs 2

…a w przypadku dziewczyn również wykonany ze srebra, niemniej szykowny naszyjnik lub bransoleta (także do wyboru jedno z dwóch).

Ciekawostki bursztyn konkurs

Żeby zgarnąć któryś z tych klejnotów ze Studia Art7 (wartość każdego to około 700zł), wystarczy, że w komentarzu poniżej wymienicie jedną z atrakcji związanych z bursztynem na Pomorzu, która Waszym zdaniem jest ciekawa i warto ją odwiedzić będąc w tym regionie.

Jeśli chodzi o propozycje, to panuje pełna dowolność, byle wiązała się z bohaterem tego wpisu. Na wzięcie udziału w konkursie (co jest równoznaczne z akceptacją regulaminu) macie czas do 26-go września do godziny 23:59. Zwycięzcę jak zwykle wybiorę według własnego widzimisię i zostanie podany dnia następnego również w tym wpisie.

No dobra, to co tam ciekawego w tym Województwie Pomorskim z bursztynami się dzieje?

(niżej jest kolejny tekst)

Najlepsze uliczne historie: sierpień

Skip to entry content

Nie wszyscy z Was śledzą profil bloga na Facebooku, a oprócz linków do postów i zdjęć burgerów wrzucam tam też dialogi, monologi i ogólne opisy sytuacji, które zdarzyły się na mieście. Podobno zabawne. Tak przynajmniej twierdzą wszyscy ankietowani (spytałem współlokatora i kota – obaj kiwnęli głową na tak). Zresztą nieankietowani też, bo te uliczne historie zbierają zawsze od groma polubień i cieszą się największa popularnością. I momentami mam wrażenie, że mógłbym zrezygnować z pisania tekstów na bloga na rzecz chodzenia po Rynku Głównym i wyłapywania komicznych rozmów.

Spoko, nie zrobię tego, ale żeby nikogo nie ominęło, to co w mediach społecznościowych najlepsze (a w zasadzie, to w Krakowie po przeniesieniu do mediów społecznościowych), postanowiłem to zebrać do kupy i wrzucić na bloga. Sprawdźcie 10 najlepszych tekstów, jakie udało mi się usłyszeć na przestrzeni ostatniego miesiąca chodząc po mieście.

 

#1 Podryw na 80-latka w Parku Jordana:

– Bo wiedzą panie, ja nie dlatego chodzę bez koszuli, bo mnie nie stać. A skąd! Jakby panie do mnie przyszły, to by zobaczyły – ja mam całą szafę koszul! Ja tak chodzę, bo chcę skórę dotlenić.

 

#2 Spotkanie towarzyskie w którejś z knajp na Tomasza:

– Kochanie, przyniosłeś pieniążki z pracy?

– Przecież wiesz, że jestem bezrobotny.

– Wiem, chciałam się tylko pośmiać z ciebie przy Kaśce.

 

#3 Luźna bajerka w Pijalni Wódki:

– Nie wiedziałem za bardzo jak napisać jej smsa, więc po prostu wyrzuciłem ją ze znajomych. I tak to się skończyło. A ty w ogóle jakiej muzyki słuchasz?

 

#4 Z cyklu “randki nad Wisłą”:

– Yyy… no, tego… wolę uprzedzić cię, że jestem małomówny, bo moja była dziewczyna miała ciągle pretensje, że z nią rozmawiam tylko jak mam o czym.

 

#5 Mistrzyni ciętej riposty pod Bagatelą:

– Jechała już 14-tka?

– A czy ja wyglądam jak informacja MPK?

– Ale jest pani niemiła. Naprawdę. A jakbym była niewidoma? Nie byłoby pani wtedy głupio?

– Wtedy inaczej zadałabym pytanie.

 

#6 Miła rozmowa z panią ekspedientką w monopolowym:

– Dobry wieczór.

– …

– Nie trzeba było odpowiadać.

– Ale ja wcale nie odpowiedziałam.

– No właśnie.

 

#7 Z cyklu “rozmowy pod Bagatelą”:

– I jak z Tomkiem?

– Jakim Tomkiem?

– No twoim chłopakiem.

– Aaa, w porządku, ale pogadajmy o czymś interesującym.

 

#8 Skuteczny sposób na spławianie naganiaczy:

– Może Cocomo?

– Może kredyt hipoteczny?

– Eee… nie.

– To ja tez dziękuję.

 

#9 Rozmowa dwóch lasek w drodze do Warszawy:

– I ty go puściłaś na ten Woodstock?

– Musiałam.

– Niby czemu?

– Zagroził, że jak mu nie pozwolę, to przestanie mnie wozić na uczelnię, a wiesz jakie są tłumy rano w autobusach.

 

#10 Zwierzenia trzydziechy w burgerowni na Kazimierzu:

– …i wyobraź sobie, że ta sucz nie zaprosiła mnie na wesele. A ja jej trzymałam włosy przez całe liceum jak chodziłyśmy na 18-stki.

 

Jeśli macie jakiegoś faworyta wśród tej 10-tki lub swoje zasłyszane bekowe dialogi, to śmiało – komentarze są Wasze.

autorem zdjęcia w nagłówku Sanchstar

Mimo, że wpis reklamowy to interesujący

Skip to entry content
Mimo, że wpis reklamowy to interesujący
autorem zdjęcia jest Thomas Hawk

Hasło, które widzicie w nagłówku wpisała w komentarzu jedna z czytelniczek pod tekstem o nowym katalogu IKEA. I gdy je przeczytałem dosłownie mnie zatkało. Zatkało na tyle, że długo móżdżyłem się, jak się do niego odnieść, po czym stwierdziłem, że to zbyt istotny temat, by nie poruszyć go szerzej.

Jak to do cholery jasnej „mimo, że wpis reklamowy, to interesujący”?

Czyżby ta osoba była przyzwyczajona, że teksty na blogach w ramach współpracy są nieinteresujące? Że standardem dla niej są nudne zapychacze klepane na odwal się, które wrzuca się tylko dlatego, że marka zapłaciła? I to dla niej coś nowego, że post promujący jakąś akcję może być ciekawy? I napisany tak, że chce się go czytać, a nie omija wzrokiem jak artykuły sponsorowane na Pudelku?

Boli mnie taki komentarz z trzech powodów.

 

Po pierwsze, nie reklamuję gówna

Nie jestem gazetą ani portalem. Nie wrzucam każdego syfu jaki tylko się trafi. Nie biorę wszystkich propozycji jak leci, byle tylko wyrobić normę i nie odstać opierdolu od prezesa, że się wynik kwartalny nie zgadza. Przykładam wagę do tego jacy reklamodawcy pojawiają się na blogu i akcje, do których nie jestem przekonany lub produkty, które budzą moje wątpliwości odrzucam. Selekcjonuję oferty. Nie idę na ilość, idę na jakość.

 

Po drugie, każdy post ma być interesujący

KAŻDY.

Niezależnie jakiej tematyki dotyczy, bez znaczenia, czy ktoś mi za niego płaci, czy nie, staram się żebyście przy każdym nowym wpisie otwierali szeroko usta i mówili „ŁOUŁ!”. Albo przynajmniej uśmiechnęli się pod nosem. I nie dlatego, że to się opłaca. Nie. To kwestia ambicji.

Jaram się pisaniem, od 6-tej klasy podstawówki marzyłem o zawodowym – co prawda na innej płaszczyźnie, ale jednak – operowaniu słowem i chcę być NAJLEPSZY w tym co robię. Dlatego średni czas jaki poświęcam na przygotowanie wpisu, wraz ze znalezieniem ilustrującego go zdjęcia i formatowaniem tekstu, to przynajmniej 4 godziny. A w przypadku postów będących wynikiem współpracy 8. Tak, cały dzień, bo chcę żebyście odczuwali przyjemność z obcowania z reklamą i byli w nią zaangażowani, a nie czuli, że to kolejny śmieć, który ktoś w Was wpycha i powinien wylądować w koszu.

Bo szanuję Was jako odbiorców.

I podobne podejście prezentuje Paweł Opydo, który przy współpracy z serwisem zniżkowym, zamiast napisać zwykły poradnik zakupowy stworzył całą rozbudowaną mini-stronę, wyglądającą lepiej niż połowa polskich sklepów internetowych. Andrzej Tucholski pisząc o premierze nowej książki wydawnictwa Znak, też nie wrzucił standardowej notki informacyjnej, tylko przekształcił wygląd całego bloga tak, aby bezpośrednio do niej nawiązywał. Monika Kamińska zapisała się na kilkumiesięczny kurs fotograficzny, wydając na niego kilka tysięcy złotych, przez co zdjęcia, które umieszcza w postach reklamowych mogłyby bez problemu iść do druku wielkoformatowego, czy banków zdjęć.

Bo każdy z nich szanuje odbiorców.

 

Po trzecie, to przez słabych blogerów

To boli mnie najbardziej.

Ludzie faktycznie są zdziwieni, że tekst reklamujący jakiś produkt, czy akcję może wciągać, bo jest część blogerów, która robi to ŹLE. Piszą te posty tak, że nawet gdybym był psychopatycznym entuzjastą danej marki nie doczytałbym do końca. Już po układzie wpisu i pierwszym akapicie widzę, że czołówka „Mody na sukces” jest bardziej emocjonująca. I to nie dlatego, że produkt jest mało elastyczny i nie da się o nim opowiedzieć tak, żeby źrenice się powiększały i puls przyspieszał. Nie. Dlatego, że im się, kurwa, nie chce.

Nie chce im się pochylić nad tematem i pomyśleć godzinę, dwie albo pięć, jak go zaprezentować, żeby efekt końcowy wywołał to cholerne „ŁOUŁ!”. Nie chce im się, mimo, że – jakby na to nie patrzeć – to ich praca, której w dodatku nikt im nie narzucał. Wybrali ją sami.

I przez to czytelnicy przyjmują, że teksty będące wynikiem współpracy muszą być nudne.

Wstyd mi za takich blogerów.