Close
Close

Jak nie szukać chłopaka na Tinderze?

Skip to entry content

Kojarzysz Tindera? Tinder to taka Fotka.pl tylko okrojona do postaci prostej aplikacji na telefon. Rejestracja trwa jakąś sekundę (góra dwie) i już możesz szukać miłości do grobowej deski. Albo chociaż klozetowej.

Działa to tak, że system na podstawie geolokalizacji pokazuje osoby w Twojej okolicy, więc jeśli odpowiednio ustawisz zasięg nie będziesz musiał się obawiać, że będzie podrywać Cię ktoś z Prokocimia. Albo nie daj boże Łagiewników. Wyświetlają Ci się zdjęcia osób płci przeciwnej (chyba, że przestawisz w opcjach, to tej samej) i jeśli któraś Ci się spodoba, klikasz serduszko. Jeśli nie to krzyżyk. Jeśli zserduszkowana dziewczyna też kliknie czerwony symbol na Twoim zdjęciu, to system łączy Was w parę i możecie do siebie napisać.

Proste, szybkie i zabawne.

To ostatnie najbardziej, bo niektóre dziewczyny (posądźcie mnie o homofobię, ale chłopaków nie sprawdzałem) mają takie foty, jakby do końca życia chciały zostać starymi pannami. Albo singlami, jak to się teraz modnie mówi. Nie wiem, czy to z braku wyobraźni, niewiedzy, czy braku wyobraźni, ale niektóre zdjęcia naprawdę sugerują, że osoba znajdująca się na nich nie ma zamiaru zmieniać statusu związku w ciągu najbliższej dekady. A inne wręcz krzyczą: „zostaw, nie dotykaj, nie ruszaj, chcę umrzeć z kotem i paprotką!”.

Poniżej najmocniejsze chwyty jakich możesz użyć na Tinderze (przypomnę jeszcze raz – aplikacji opartej na fotkach), żeby nie znaleźć chłopaka.

 

Wrzucaj zdjęcia tyłem…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze

Niech omamią go Twoje zaokrąglone plecy, szwy na koszulce i tylne kieszenie na spodniach. Justin Timberlake nie przypadkiem nazwał jeden ze swoich największych hitów „Sexy back”. Albo jara się Twoim kręgosłupem, ale nie jest Ciebie wart!

 

…z oddali…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 2

To dobry test na wzrok, a wiadomo co mówi ludowe porzekadło – „kto ma słabe oczy, ten se nie radzi w nocy”. Albo jest w stanie dostrzec Twoje piękno na zdjęciu, na którym stoisz pół kilometra od obiektywu i nie różnisz się niczym od swoich dwóch kolegów, albo ma małego. Koniec i kropka.

 

…albo po prostu takie, na których nie widać Ci twarzy

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 3

Zrób sobie zdjęcie samej małżowiny usznej, pępka, albo brudu za paznokciami. Możesz też zasłonić facjatę włosami, naciągnąć sweter na jedynki lub wysmarować buźkę obornikiem. We wszystkich przypadkach wynika z tego to samo – gówno.

 

Nie dodaj żadnego zdjęcia, na którym jesteś sama

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 4

Oglądałaś „Gdzie jest Wally?” jak byłaś mała? Sprawdź czy on też! Jeśli znajdzie Cię na zdjęciu, znaczy, że jesteście sobie przeznaczeni!

 [emaillocker]

Zamiast siebie daj postać z kreskówki…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 5

Niech sobie wyobraża, że masz nogi jak Czarodziejka z księżyca, cyce jak Esmeralda z Dzwonnika z Notre Dame, a najlepiej, że srasz chabrami jak Dzwoneczek z Piotrusia Pana. W rzeczywistości bliżej Ci do Fiony ze Shreka? No cóż, życie to nie bajka, powinien o tym wiedzieć.

 

…ucięty skan strony z przypadkowej książki…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 6

Dobra książka to podstawa. Zwłaszcza, gdy braknie rozpałki do grilla.

 

…albo kolaż z Marylin Monroe…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 7

Marylin jest zajebista, różowa guma do żucia jest zajebista, a napisy bezszeryfową czcionką, to już w ogóle ogień z krzesiwa. Wrzuciłaś połączenie powyższych? Nie ma wyjścia, musisz być Kleopatrą Tindera. To droga bez odwrotu, już nie da się powstrzymać lawiny serduszkujących facetów, będziesz musiała ich spławiać jeden po drugim. Takie życie ikony seksu.

 

…ewentualnie mroczny park

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 8

To alternatywa dla tego powyżej. Zaintryguj go. Pokaż, że jesteś po drugiej stronie, że nie jesteś pustakiem, że masz coś w środku. Że tak jak mroczny las, między krzakami kryjesz tajemnicę do odkrycia. Depresję albo grzyba.

 

Załóż profil bez zdjęć

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 9

Bezdyskusyjnie udowodnij, że nie wiesz na czym polega aplikacja oparta na zdjęciach. I licz na to, że ktoś mając do wyboru setki ogarniętych kobiet zainteresuje się Tobą – bezosobowym człowiekiem-widmo. I akurat nie będzie psychopatą.

 

Już wiecie, co robić, żeby kolejne wieczory nadal spędzać w pojedynkę z paczką lodów gapiąc się w „Gotowe na wszystko”, więc powodzenia!

 [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

“Sin City 2” – dlaczego warto zjeść odgrzewanego kotleta?

Skip to entry content

Sin City 2 - damulka warta grzechu recenzja

Pierwsza część „Sin City” była filmem mistrzowskim, przełomowym, epickim, kultowym, miażdżącym, epokowym, bądź określonym jakimkolwiek innym epitetem równoznacznym z ustaleniem nowego standardu. Robert Rodriguez z Frankiem Millerem i Quentinem Tarantino wyreżyserowali bombę, która rozsadziła kino rozrywkowo-sensacyjne zerując tym samym grę. W tym tytule wszystko się zgadzało, od fabuły przez grę aktorską po montaż. Majstersztyk, który można oglądać wielokrotnie za każdym razem odnajdując nowy smaczek.

Za sprawą powyższych (i nadziei, że Jessica Alba tym razem pokaże cycki) oczekiwania wobec kontynuacji były monstrualne. Prawie tak duże jak dług publiczny Hiszpanii.

Nie będę podkręcał napięcia w oczekiwaniu na puentę, bo po nagłówku wiecie, że klasyk z tego nie wyszedł. Druga część opowieści o mieście grzechu nie przebiła jedynki i nie sprowadziła innych twórców do parteru. W “Damulce wartej grzechu” nie dostaliśmy nowej jakości, którą można by się ekscytować przez kolejne 9 lat, ale to nie powód, żeby jej nie oglądać. To odgrzewany kotlet – fakt – ale odgrzany bardzo profesjonalnie i w pełni zjadliwie.

Skąd pewność, że klient nie dostanie biegunki, mimo tego, że podaje mu się drugi raz to samo danie?

Aktorzy. Ci sami co w jedynce plus Joseph Gordon-Levitt i Eva Green. I dwóch typów, których wcześniej nigdzie nie widziałem. Ci drudzy dają radę, ci pierwsi elektryzują atmosferę, aż iskrzy z ekranu. Mimo, ze „stara” ekipa nie zaskakuje niczym nowym i Mickey Rourke robi klasyczną rozjebundę, a Jessica Alba standardowo kusi jak w Księdze Rodzaju, to jest to rzemiosło na wysokim poziomie. Na tyle wysokim, by nie chciało się schodzić do rzeczywistości poniżej kinowego ekranu.

Dynamika. Jest miejsce na wprowadzanie widza w klimat korupcji i patologii, na budowanie tła nadchodzących wydarzeń i stopniowanie napięcia. Nie brakuje też przestrzeni na wartkie mordobicia, widowiskowe pościgi i huczne strzelaniny. W tym samym stężeniu i kolejności, co w pierwszej części. Na szczęście.

Główne wątki. Są dwa. Pierwszy jest rozwinięciem najwyrazistszego motywu z oryginału (zemsta i takie tam), drugi prawie świeży. Co prawda nie było go w jedynce, ale widzieliśmy go w „Nagim instynkcie”. Femme fatal, zakazany romans i facet-desperat, który byłby w stanie oddać wszystko. Tak, to zawsze działa, zwłaszcza, gdy nie ma do oddania nic i jest tylko czasowym narzędziem w rękach precyzyjnej manipulatorki. Oprócz dwóch głównych, jest kilka pobocznych mających pokazać miasto od jak najróżniejszych stron. Nawet udaje im się nie zepsuć filmu.

Komiksowość. Tego klimatu, że wszystko dzieje się na rysunkowym papierze, jest tylko czerń i biel sporadycznie doprawiona trzema kolorami cytrusów, a zaraz będą wyskakiwać dymki z tekstami, nie da się podrobić. Ale da się powielić. W taki sposób, żeby widz w trakcie oglądania nie czuł się znudzony konwencją, a raczej oswojony z nią. Jak gdyby wchodził do miejsca, gdzie ze wszystkimi się dobrze zna. Jak sprawdzony seks z eks.

Cycki Evy Green. Są. Całe. Nagie. Kilkukrotnie.

Kumulacja powyższych gwarantuje brak niestrawności. I dobrą, choć znaną już zabawę.

Chciałbym przeklnąć, ale się boję

Skip to entry content

Kojarzysz ludzi, którzy mówią „kuźwa” zamiast „kurwa”, „vaffanculo” zamiast „spierdalaj” i rozochoceni, jakby proboszcz smyrał ich za uchem śpiewają „I wanna fuck you” Akona, ale w życiu nawet by nie zanucili „A jebać mi się chce” Liroya? Kojarzysz. To starszy accountant od Ciebie z działu, córka dziekana z drugiego potoku, ostatni ministrant z Twojej klasy albo ta laska, która po kwartale podchodów powiedziała Ci, że seks dopiero po pierwszym dziecku.

Ci sami ludzie kropkują wulgaryzmy przeklinając w internecie.

Jak się irytują piszą „ja pie***le”, „k#^%a mać” i „to jest po…ane”. A jak chcą kogoś obrazić, to wklepują „sk&%!@syn” albo „ch*j”. I myślą, że są czyści. Że nie pobrudzili sobie języka dosadnymi określeniami narządów rozrodczych i najstarszego zawodu świata. Że nie ubabrali błotem białego płótna, tylko posadzili kilka przebiśniegów na rumowisku. Bo jak ocenzurują wulgaryzm, to wydaje im się, że już nie jest wulgaryzmem. Takiego rżnięcia głupa nie widziałem nawet w amatorskim porno.

Cenzurowanie wulgaryzmów, to esencja hipokryzji.

Bo co, chciałbyś tupnąć nóżką i rzucić chujem, ale boisz się, że mama zobaczy? Albo team leader? Napisałbyś leksykon synonimów do uprawiania stosunku płciowego z samym sobą, ale tylko gdyby nikt nie patrzył? Bo jak wypowiadasz się publicznie to wiesz, że to nie wypada? Jesteś obłudny do kwadratu, bo jak wstawisz gwiazdki i kratki w przekleństwo, to to nie przestaje być przekleństwem. I każdy doskonale wie jakie to słowo. I Ty też doskonale wiesz, że tak jest. Bo jeśli by tak nie było, to byś go nie napisał.

„K*rwa” jest taką samą rysą na porcelanie jak „kurwa”, tyle, że świadczy o tchórzostwie autora.

Jak chcesz przeklinać, to rób z jajami. Albo nie rób tego wcale.