Close
Close

“Bogowie” – polski film, którego nie musisz się wstydzić

Skip to entry content

Z  polskim kinem jest jak ze spirytusem z Ukrainy – każdy chciałby się dobrze bawić i nie mieć kaca, ale wiadomo, że spotkanie nie obejdzie się bez bólu głowy. Moje ostatnie przygody z tym tematem, to migrena po „Obietnicy” i trepanacja czaszki po „Miasto 44”. Gdzieś po drodze było „Pod mocnym aniołem” Smarzowskiego, ale Wojtek to osobna kategoria – jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się zrobić słabego filmu. Natomiast reżyser „Bogów” miały wzloty i upadki, więc do tytułu podchodziłem jak do niedzielnego kierowcy – ze sporym dystansem. Jak się szybko okazało, niepotrzebnie.

„Bogowie” to dobry film i można go  oglądać bez uszczerbku na zdrowiu. A nawet warto to zrobić. Dlaczego? Bo…

 

Opowiada mocną, prawdziwą historię

Oparty jest na życiorysie Zbigniewa Religi – gościa, który jako pierwszy w Polsce dokonał udanego przeszczepu serca. W dobie Doktora House’a, komórek macierzystych i klonowania nie wydaje się to niczym niezwykłym, ale jest jedno duże „ale”. To nie działo się ani dzisiaj, ani wczoraj, tylko prawie 30 lat temu. W czasach, gdy po cukier i papier toaletowy stało się w dwudniowej kolejce, wyciąganie serca z jednego człowieka i wkładanie do drugiego budziło poruszenie. I sprzeciw. I zgorszenie. I odcięcie funduszy. I posądzanie o czarnoksięstwo, szamanizm i konszachty z diabłem.

Religa przemógł tę syzyfową pracę, pokonał kolejne przeszkody i wtoczył ten pieprzony kamień na górę. A w zasadzie serce do klatki piersiowej.

Historia jest poruszająca i istotna z punktu widzenia medycyny, naszego kraju i w zasadzie każdego z nas, ale jest nie jest pierwszą tego typu. Już wiele było legendarnych życiorysów, które przy ekranizacji zamieniały się w klozetową poezję. Na szczęście tym razem…

 

Twórcom „Bogów” udało się nie sprofanować tematu

Nie ma przerostu formy nad treścią, matrixowego zwolnienia czasu, laserów, helikopterów, reptilianów, ani na szczęście nawet 3D. Scenarzysty nie poniosło pióro, kamerzystów kamery, montażystów Adobe Premiere, a reżysera ego. Użyli wyobraźni, ale w odróżnieniu od osób pracujących przy „Mieście 44”, bez wspomagania się środkami psychoaktywnymi. Przynajmniej nie w zbyt dużej ilości.

Jedyne do czego można się przyczepić to muzyka. W kilku momentach – dosłownie dwóch, górach trzech – jest nieco tandetna, ale to nie wpływa na całościowy pozytywny odbiór filmu. Oczywiste jest, że produkcja to efekt pracy całego sztabu ludzi, ale z pewnością „Bogowie” nie odnieśliby sukcesu, gdyby nie…

 

Genialna kreacja aktorska Tomasza Kota!

Kojarzycie go z takich gówien jak „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, „Ciacho”, „Hela w opałach” albo „Magda M.”? Wyrzućcie to skojarzenie do zsypu, podrzyjcie, spalcie, a potem dajcie 4-latkowi, żeby zepsuł. To co zrobił Kot w „Bogach” całkowicie zamazało wizerunek aktorzyny dorabiającej w szmirach na spłatę kredytu i wzniosło go do panteonu polskiej kinematografii. Ten gość w roli Zbigniewa Religi jest po prostu asem!

Pomińmy kwestię wypowiadania dialogów i wejścia w rolę lekarza, z tym radzą sobie nawet przeciętniacy. Skupmy się na mowie ciała, gestykulacji i manieryzmach, bo to prawdziwy majstersztyk.

Nie wiem jak on to zrobił, ale ze standardowego faceta o prostej sylwetce i normalnej budowie ciała, zamienił się w ogromnego stracha na wróble z okrągłymi plecami, pochyloną głową, złowieszczym uśmiechem i szaleństwem w oczach. W trakcie oglądania miałem wrażenie, że nawet twarz mu się zmieniła. Sposób poruszania się, każdy gest i spojrzenie doprowadził niemal do perfekcji. Po seansie złapałem się na tym, że nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak on zachowuje się „naprawdę”.

Wszystko to sprawia, że…

 

„Bogowie” ściskają gardło i wyciskają łzy

To nie jest tytuł na niedzielę, gdy chcesz siąść w ostatnim rzędzie i smyrać koleżankę z działu po udzie. Czy tam kolegę. Jak wolisz. To nie jest obraz, który możesz oglądać jednym okiem, drugim przeklikując pary na Tinderze albo smsując z kumplami o wyniku meczu. To jest produkcja, która na wejściu łapie Cię pod żuchwą i trzyma w uścisku, aż nie będziesz miał problemów ze złapaniem oddechu. Po czym nie puszcza, tylko trzyma jeszcze chwilę, żeby mieć pewność, że przekaz do Ciebie dotarł.

Tak, od emocji jest gęsto.

„Bogowie” to nie tylko film, którego nie musisz się wstydzić. To film, z którego możesz być dumny.

(niżej jest kolejny tekst)
#wyzwanie10jaków
autorem zdjęcia jest Ashley Wang

Jak (Bos grunniens) – gatunek dużego ssaka z rodziny krętorogich (Bovidae), rzędu parzystokopytnych. Zamieszkuje Tybet, Indie i Chiny, gdzie żyje zarówno w stanie dzikim, jak i udomowionym. Udomowione jaki są zwierzętami jucznymi, poza tym dają mleko i wełnę. Jaki są przeżuwaczami, żyją samotnie lub w niewielkich stadach, w stanie dzikim na wysokościach do 6 tys. m n.p.m. Stada zazwyczaj składają się z samic z młodymi. Samce dołączają do nich w okresie rui. Stare samce żyją oddzielnie. Samice opiekują się potomstwem przez rok. Potomstwo pełną dorosłość osiąga po 6-8 latach. Zwierzęta mogą dożyć kilkudziesięciu lat. Znoszą niekorzystne warunki otoczenia (niedobór paszy na wysoczyznach górskich, niedostatek tlenu i niskie temperatury średnia wynosi tam ok. 0 °C, zimą temperatury spadają niekiedy nawet do -50 °C).

Podobnie jest z dziećmi z trudnych rodzin. Często nie ma się kto nimi zająć i mimo, że nie są w pełni dorosłe, ani nawet częściowo, rodzice przestają się nimi opiekować i poświęcać tyle uwagi, ile powinni. Niby są wśród ludzi, ale tak naprawdę żyją samotnie, zmagając się w pojedynkę z problemami. Tak jak jaki, muszą znosić niekorzystne warunki – brak swojego miejsca w domu, brak podręczników i książek, brak flamastrów i zeszytów, brak ubrań, brak wsparcia ze strony dorosłych.

Ogólnie jeden wielki brak.

Aby te braki choć trochę zrekompensować Stowarzyszenie Wiosna powołało do życia Akademię Przyszłości. Powinniście kojarzyć tę inicjatywę, bo jakiś czas temu pisałem o niej na blogu. W uproszczeniu chodzi o to, że stowarzyszenie rekrutuje wolontariuszy, którzy zostają Tutorami i pomagają dzieciakom z rodzin z problemami uwierzyć we własne siły i dać poczucie wyjątkowości. Przez wspólne odrabianie lekcji i regularną motywację, mały student Akademii Przyszłości przechodzi od ciągłych porażek w szkole do lepszego życia.

Tutor pokazuje dziecku, że nie jest skazane na wydeptaną ścieżkę beznadziei, że ma alternatywy. I chcę, żeby #wyzwanie10jaków spełniło tę samą rolę.

W naszej kulturze od dziesiątek lat funkcjonują utarte, szablonowe porównania. Są używane tak często, że już w zasadzie na nikim nie robią wrażenia. A blogowanie, czy w ogóle, wychodząc po za tę konkretną formę, pisanie bez wywoływania u odbiorcy emocji mija się z celem. Stąd #wyzwanie10jaków. W akcji chodzi o to, że kreatywnie przerabiamy najbardziej oklepane porównania, żeby, tak jak Tutor pokazuje dziecku, że jest inna droga, udowodnić, że można złamać utarte schematy i nie wybierać oczywistej ścieżki.

Trzy, dwa, jeden, start! Moje jaki:

1. Klnie jak szewc. Klnie jak Bonus BGC w wywiadzie u Pakola.

2. Zabiera się jak pies do jeża. Zabiera się jak polityk do realizacji obietnic przedwyborczych.

3. Proste jak drut. Proste jak instrukcja młotka.

4. Idzie jak krew z nosa. Idzie jak przelew za akcję reklamową na blogu.

5. Brzydki jak noc listopadowa. Brzydki jak Anakin Skywalker po spotkaniu z lawą.

6. Nudne jak flaki z olejem. Nudne jak oglądanie maratonu szachowego. Przez niewidomego na telewizorze z zepsutą fonią.

7. Kłamie jak z nut. Kłamie jak DiCaprio w „Złap mnie jeśli potrafisz”.

8. Wyskoczył jak Filip z konopi. Wyskoczył jak Wardęga z liści.

9. Tani jak barszcz. Tani jak nagłówki w „Fakcie”.

10. Siedzi cicho jak mysz pod miotłą. Siedzi cicho jak przy zapaleniu strun głosowych.

Do dalszej zabawy słowem nominuję Monikę Kamińską z Black Dresses, Konrada Jureckiego z Moja Dziewczyna Czyta Blogi i Andrzeja Tucholskiego z jestKultury. Macie 24 godziny, żeby wrzucić swoje #wyzwanie10jaków i nominować kolejne 3 osoby. Jeśli nie zdążycie w ustawowym czasie, wpłacacie symboliczne 10zł na rozwój Akademii Przyszłości [klik]. Oczywiście może zrobić jedno i drugie.

Czekam z popcornem w mikrofali na teksty blogerów, ale Was drodzy czytelnicy też zapraszam do wzięcia udziału. Jeśli czytacie mnie dłuższy czas, któryś z tekstów Was rozśmieszył, pomógł, był szczególnie bliski albo pozwolił przetrwać wyjątkowo nudne podsumowanie miesiąca w pracy, też podejmijcie wyzwanie. Wpłaćcie dyszkę na dzieciaki albo wrzućcie swoje jaki w komentarzach.

Niech dobro i nieoczywiste rozwiązania niosą się po sieci!

Kończyło się liceum, za tydzień ruszały matury, a od lipca mieliśmy już w ogóle być dorośli, odpowiedzialni i zacząć prawdziwe życie. No, przynajmniej w teorii. W każdym razie, pewne było, że to definitywny koniec dojeżdżania razem autobusem, jarania szlugów za boiskiem, picia Żubrów na długiej przerwie i urywania się z ostatniej lekcji. I udowadniania księdzu co religię, że jest tylko nieporadnym troglodytą po zawodówce, a nie osobą, która nadawałaby się do pracy z rozumnymi istotami. Koniec ustawek w parku co piątek, domówek co sobotę i 18-stek co niedzielę, na które nikomu nie chciało się chodzić, ale i tak większość się zjawiała. Bez znaczenia, czy była zaproszona, czy nie.

Z dniem odebrania świadectwa dojrzałości miały się skończyć wszystkie okazje, by z nią spędzić czas.

Mieliśmy się rozjechać po uczelniach i miastach, a niektórzy nawet krajach. Każdy w swoją stronę, bez oglądania się za siebie. 3 lata wspólnej walki z systemem edukacji, rodzicami, sobą nawzajem i asystowania przy karkołomnym procesie dojrzewania obfitym w traumy i upokorzenia, miały zostać permanentnie zamknięte. Bez możliwości powrotu, jak do zabawek ze spalonego domu. I on o tym doskonale wiedział.

Wiedział, że albo teraz spróbuje ją zdobyć albo, dopóki nie dostanie alzheimera, będzie sobie wypominał, że stchórzył.

Spróbował. Doczekał do piątku, do przerwy przed ostatnią lekcją i gdy wracali razem z fajki, a reszta ekipy była już za ogrodzeniem i miał pewność, że nikt tego nie zauważy, złapał ją za rękę.

– Martyna…

– Co ty robisz? Spóźnimy się.

– …chcę ci coś powiedzieć.

– I koniecznie musisz przy tym stać? Spóźnimy się.

– Tak. Posłuchaj…

– O boże. No dobrze. Słucham. Co jest?

– …odkąd zaczęliśmy ze sobą chodzić do klasy, od tej pierwszej lekcji niemieckiego, kiedy siedziałaś na przeciwko mnie w 15-ce przy okrągłym stole, w tej swojej białej bluzeczce i granatowym sweterku, z rozpuszczonymi włosami i spojrzałaś mi w oczy śmiejąc się i przygryzając wargę, wiedziałem. Przez wszystkie przerwy, wszystkie lekcje, wszystkie imprezy, wszystkie wycieczki chciałem ci powiedzieć. Przepisałem się z angielskiego z A2 na A0, zacząłem palić i rezygnowałem ze olimpiad, żeby móc być bliżej ciebie. Z żadnej 18-ki nigdy nie wyszedłem przed tobą, bo myślałem, że zbiorę się na odwagę i ci powiem. Kiedy pod koniec drugiej klasy złamałem rękę, to tak naprawdę nie miałem wywrotki na rowerze. Zobaczyłem cię z Krzyśkiem i przywaliłem w latarnię, bo nie mogłem tego znieść. Do Wilna na początku trzeciej nie pojechałem też dlatego. Nie mogłem zrozumieć, jak mogłaś z nim być, kiedy ja byłem cały czas obok. Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na świecie, nigdy nie spotkałem lepszej i nigdy nie spotkam. Wiem o tym, odkąd cię zobaczyłem. Nie mogę już dłużej udawać, że tak nie jest. Martyna, kocham cię. Kocham cię! Rozumiesz? Kocham cię Martyna. Jesteśmy sobie przeznaczeni i powinniśmy być razem.

– Aha.

 

***

 

– O, cześć Janku.

– Cześć, przyszedłem spytać jak pracuję w przyszłym tygodniu, bo nie rozpisałeś mnie na grafiku.

– No tak, bo już nie będziemy współpracować.

– Jak to? Co to znaczy?

– No, nie będziemy już współpracować. Gosia ci nie powiedziała?

– Nie, przecież jej tu nigdy nie ma, poza tym, to ty jesteś menadżerem.

– Ja tej decyzji nie podejmowałem, przekazuję ci tylko to, co wiem od Gosi.

– Ale dlaczego? Przecież przecież wszystko było w porządku, nigdy się nie spóźniłem, klienci byli zadowoleni, dostawałem napiwki… Wiesz, że utrzymuję się sam, jak mnie zwolnicie z dnia na dzień, nie będę miał za co żyć. Mógłbyś chociaż podać powód.

– Wiesz, praca w pizzeri, to jest jednak praca w zespole. Nie pasujesz do zespołu.

– Aha.

 

***

 

Nigdy nie lubiłem chodzenia po lekarzach i wystawania po przychodniach, a szpitale przyprawiały mnie o bóle głowy, duszności i ogólnie stan przedzawałowy. Zasadniczo, im dalej byłem od służby zdrowia, tym czułem się zdrowszy. Ale tym razem musiałem pójść. To znaczy drałować kwadrans do przystanku, wsiąść w 27, jechać nim 40 minut na drugim koniec miasta, przejść przez opuszczony park, najlepiej nie dając się przy tym okraść, i spędzić przynajmniej pół godziny w poczekalni poradni rehabilitacyjnej.

Bo mój kręgosłup wysłał ostatnio dość czytelny komunikat, że ma taki kaprys.

– Choroba szajer-co?

– Scheuermanna. Klinowacenie trzonów w odcinku lędźwiowym.

– Czyli co to znaczy?

– To znaczy, że kręgi zaczynają na siebie nachodzić, zniekształcając kręgosłup i ograniczając tym samym sprawność ruchową.

– A to nie jest tak, że ja mam po prostu krzywe plecy?

– Nie. Deformacja kifotyczna kręgosłupa w chorobie Scheuermanna wynika z obumierania tkanki kostnej i chrzęstnej.

– Ale to przechodzi prawda? Są na to jakieś tabletki? Przecież ja mam dopiero 16-cie lat.

– Praktycznie jest to choroba nieuleczalna – jej wykrycie we wczesnym stadium jest bardzo trudne, a w późniejszym zmiany się utrwalają, co uniemożliwia wyleczenie. Możliwe są jedynie próby łagodzenia objawów choroby. Innymi słowy – nie. To już na zawsze i będzie coraz gorzej.

– Aha.

 

***

 

Rafaello podobno wyraża więcej niż tysiąc słów. Nie wiem, nigdy nikt ich nie wymienił. Za to na pewno „aha” wyraża więcej niż trzy stany emocjonalne, bo do zdziwienia, obojętności i bezsilności możesz jeszcze dołożyć rozczarowanie.