Close
Close

“Forbes” zajrzał do kieszeni Wardęgi. I co dalej?

Skip to entry content

wardęga spider dog 400 tys

Odkąd pojawiła się okładka najnowszego wydania polskiego „Forbesa” (magazynu o tematyce biznesowej), w internecie zawrzało jak w czajniku wielkości stadionu narodowego. Informacja o zarobieniu 400 000 złotych przez Sylwestra Wardęgę na filmie „Mutant Giant Spider Dog” rozniosła się po sieci szybciej, niż AIDS po Tajlandii. Mimo, że sam zainteresowany nie potwierdził tej kwoty (ani nie odniósł się do niej w żaden inny sposób), a akapit na ten temat w samym miesięczniku brzmi raczej jak luźna estymacja autora tekstu, niż informacja z pierwszej ręki.

Abstrahując od tego, czy 400 koła to rzeczywista liczba, czy nie, warto zastanowić się, czym poskutkuje publiczne zaglądanie do kieszeni youtubera. W tym, artykuł w „Forbsie”.

 

Więcej kasy pójdzie w internet

Tekst jest napisany trochę jak artykuł sponsorowany zamówiony przez LifeTube’a (agencję reklamową pośredniczącą między youtuberami, a markami). Pomijam, że nazwa agencji pada 12 razy (słownie DWANAŚCIE razy), ale zasadniczo ma to wydźwięk jakby telewizja miała stracić widzów i  zniknąć z powierzchni ziemi w przeciągu kilku najbliższych miesięcy, a YouTube miał się stać stroną startową każdego, kto ma choćby Pentium III i monitor kineskopowy.

Dla mnie – człowieka internetu – to dość oczywiste, ale dziwi mnie taka stronniczość, w magazynie nie mającym tak silnego powiązania z branżą.

Tak czy inaczej, przez tematykę i grono odbiorców „Forbesa” (biznesmeni, menadżerowie, media planerzy, start-upowcy), wielu osobom mającym wpływ na budżety reklamowe zaświeci się żarówka w szarej komórce z napisem „internet”. Zaczną zastanawiać się, czy telewizja faktycznie nie jest nieopłacalnym przeżytkiem i czy zamiast 3 spotów w przerwie „Na wspólnej”, czy innej „Plebani” nie zrobić lepiej akcji z kilkoma YouTuberami. Albo nawet kilkunastoma, generując większy zasięg i wydając mniej pieniędzy.

Po podjęciu takiej decyzji wszyscy będą wygrani.

Marki, bo dostaną dobrze dopasowane do odbiorców, faktycznie angażujące reklamy. Twórcy, bo będą mieli hajs na życie, picie i tworzenie materiałów, na które wcześniej nie mogli sobie pozwolić przez ograniczony budżet. Odbiorcy, bo jakość materiałów wzrośnie.

To jasna strona medalu. A jaka jest ciemna?

 

Wardęgą zainteresują się przyjaciele…

Hasło „400 000 złotych” działa na wyobraźnię jak pół naga Penelopa Cruz przygryzająca wargę na heteroseksualnego mężczyznę. Z pewnością dawni znajomi już przypomnieli sobie o jego istnieniu i zaczęli zapraszać na obiady, piwka i tak po prostu, żeby pogadać. I pożyczyć kilka tysi.

 

…i nieprzyjaciele…

Ale kasa, którą przeciętny Polak widzi najczęściej na tablicach obrandowanych logiem „Lotto” przyciąga uwagę nie tylko kumpli. Jednym z powodów, dla których w naszym kraju nie mówi się o posiadaniu dużych pieniędzy jest lęk przed ich utratą. I to nie bezpodstawny. Większość przedsiębiorców inwestuje w drzwi antywłamaniowe i systemy ochronne wcale nie dlatego, że znudziło im palenie pieniędzmi w piecu. Wręcz przeciwnie.

 

…i skarbówka…

No kto, jak kto, ale oni to sobie nie przepuszczą takiej okazji, żeby skontrolować, czy wszystko zgadza się na papierze i na koncie.

 

…i będzie miał rzeszę naśladowców

Psa-pająką straszącego ludzi zobaczyło ponad 100 milionów widzów. Na całym świecie. Wideo osiągnęło globalny sukces, przedostając się do mediów analogowych (w sensie telewizja, gazety), a sam Sylwester zasiadł na kanapie u Kuby Wojewódzkiego, co dla typowego Kowalskiego porównywalne jest ze zdobyciem Nagrody Nobla. A teraz dodaj do tego fakt, że największą grupą widzów na YouTube są dzieciaki w wieku 13-17 i wrzuć w dowolne miejsce tego równania kwotę kilkuset tysięcy złotych. Za jeden film.

Co Ci wychodzi? Bo mnie dziesiątki młodocianych naśladowców, którzy chcą zgarnąć łatwy hajs.

Życzę sobie i Tobie, żebym się mylił, ale nie zdziwiłbym się, gdyby teraz na każdym osiedlu ktoś wkładał sztuczne zwłoki do windy albo straszył ludzi kotem przebranym za boa dusiciela. Później kręcił komórką jak ktoś z Twoich sąsiadów dostaje ataku paniki i wrzucał to do sieci. Bo nie dość, że można zostać gwiazdą, to jeszcze góra złota czeka. Brzmi świetnie, co?

Szkoda, że nikt nie zajrzał Radkowi Kotarskiemu do kieszeni. Chciałbym zobaczyć wysyp programów historyczno-naukowych na YouTube.

(niżej jest kolejny tekst)

Rzeczy w życiu, które możesz mieć za darmo

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

rzeczy

Jest takie powiedzenie, że jedyne co można dostać na tym świecie za darmo, to w gębę. Albo wirusowe zapalenie wątroby. Z tym pierwszym spotkałem się, tego drugiego na szczęście nie próbowałem. Inny wyświechtany frazes mówi, że najlepsze rzeczy w życiu są za darmo. Odnosi się to zazwyczaj do przyjaźni, miłości lub zdrowia.

O ile przyjaźń w okresie przedszkolno-podstawówkowym da się utrzymać bez angażowania gotówki, to z miłością już to nie działa. Musicie GDZIEŚ chodzić i COŚ robić, żeby ją budować i pogłębiać, bo od notorycznego siedzenia na kanapie i oglądania „Chirurgów” możecie co najwyżej dostać wstrętu do lekarzy. I siebie nawzajem. I wady postawy. Co sprowadza się do spieprzenia sobie zdrowia. Które trzeba reperować. Za pieniądze. Tak że tego, możemy to chyba wpisać na listę farmazonów, zaraz za legendą miejską o misji na Marsa.

Co w takim razie NAPRAWDĘ możesz mieć bez wyciągania portfela?

 

Wejście do Muzeum

Prawie każde muzeum w Polsce (piszę prawie, bo we wszystkich jeszcze nie byłem, a nuż się okaże, że w Radomiu to jednak nie działa) ma ustanowiony jeden dzień w tygodniu, w którym można je zwiedzać bezpłatnie. Niezależnie, czy jesteś studentem, rolnikiem, czy weganinem. Wpuszczają wszystkich, nawet mnie.

 

Pierwsze wejście na siłownię

Podobnie jest z siłkami, klubami fitness i kółkami yogi (z różańcowymi w sumie też). Wiele z nich ma darmowe pierwsze zajęcia bez konieczności podpisywania cyrografu, że będziesz do nich chodził do końca millenium albo oddasz nerkę jeśli zrezygnujesz. Byłem w kilku takich miejscach i wciąż mam wszystkie organy. No, ale może to czysty fart.

 

Filmy i muzyka z torrentów

Tyle, że to wbrew prawu, kodeksowi harcerza i zasadom prawdziwego jedi. No bo, chyba nie chciałbyś, żeby ktoś brał sobie coś, nad czym spędziłeś rok (albo 5 lat) życia za darmo, tylko dlatego, że może?

 

Słowackie Tatry

W Polsce Tatrzański Park Narodowy zdziera z turystów jak kanibale przed posiłkiem. Coraz więcej budek do poboru opłat, coraz wyższe ceny biletów. Ja wiem, że powiat tatrzański to region, do którego zmiany docierają z opóźnieniem, ale hiperinflacja naprawdę już się skończyła. Na Słowacji za to możesz zdobywać szczyty za darmoszkę.

 

Wejście do klubu

Tyle, że musisz być studentem.

 

Alkohol

Tyle, że musisz być kobietą.

 

Festiwal muzyczny

Konkretnie „Przystanek Woodstock”. Przyznaję się bez łaskotania strusim piórem po stopach, że sam jeszcze nie byłem (coś wybieram się co roku i nie mogę dotrzeć), ale z relacji bliskich znajomych wiem, że to już dawno impreza nie tylko dla punków. Szeroki wachlarz muzyków na scenie, spotkań z twórcami w namiotach i atrakcji trudnych do skategoryzowania. Od zawsze bez opłat za wejście.

 

Metro

W sensie gazeta, nie środek transportu. Za to drugie zapłacisz sporo, zwłaszcza w Londynie. Z drugiej strony, nic dziwnego, że „Metro” nie ma ceny. Trudno, żeby za wzięcie  spiętych razem ulotek z reklamami ktoś wymagał jeszcze od Ciebie zapłaty.

 

Nocleg za granicą

W ramach couchsurfingu, czyli serfowania na kanapie. Kurde, czuję się trochę jakbym wymyślał koło na nowo pisząc o tym, ale wiem, że są ludzie, którzy jeszcze nie spotkali się z tym sposobem podróżowania. W skrócie,  chodzi o to, że ktoś ot tak, bez podtekstów, drugiego dna i niecnych zamiarów, nocuje Cię u siebie w mieszkaniu. Bez gotówki, bez barteru, po prostu.

 

Publiczna służba zdrowia

Dobra, słaby żart, wiem.

 

Kawa w McDonald’s

W niektórych miejscach zdarzają się promocje, że możesz dostać jakiś napój gratis, jeśli wcześniej zamówisz coś innego. W Maku do końca tego tygodnia dostaniesz kawę absolutnie za darmo bez kupowania czegokolwiek. Dziś i jutro do godziny 10:30, a w sobotę i niedzielę do 11:00 w lokalach McDonald’s w całej Polsce totalnie za friko możesz wypić małą białą, małą czarną albo małe cappuccino. Albo wziąć ją na wynos i zabrać ze sobą po drodze do pracy, uczelni, siłki, synagogi, lekcji mandaryńskiego, czy zajęć z pole dance’u. Co tam kto lubi.

5

Siąść z nią na ławce w parku i pozaciągać się aromatem podobno też można.

 

Coś jeszcze?

Jeśli tak, to wiesz od czego są komentarze.

12708774005_92913214ac_b
autorem zdjęcia jest m01229

W najbliższą sobotę (a nieoficjalnie już w piątek) rusza Blog Forum Gdańsk – największa i najważniejsza konferencja poświęcona tworzeniu treści do internetu w Polsce. Każdy bloger chce tam być, nie każdy może się dostać. To drugie raz kończy się motywacją do pracy, a raz bólem zakończenia jelita grubego i wylewaniem wiadra pomyj na organizatorów. Dzieje się tak z powodu tego o czym pisałem w pierwszym zdaniu – to najistotniejsze branżowe wydarzenie w trakcie całego roku.

Nie ma lepszej okazji, żeby poznać ludzi, których na co dzień kojarzy się tylko z internetowych awatarów, wymienić doświadczenia, czy wpaść na pomysł wspólnego przedsięwzięcia. Takie zagęszczenie komputerowców na metr kwadratowy musi nieść ze sobą jakieś skutki uboczne. Powódź. Przez te 3 dni Facebook jest zalany hasłami, które dla normalnych ludzi (niepodłączonych żyłami do światłowodu) są niezrozumiałe. Z myślą o tych ostatnich, przygotowałem stosowny alfabet, aby mogli odnaleźć się w gąszczu tych podejrzanych zwrotów.

 

A jak a kogo to w ogóle obchodzi? – najczęstszy komentarz osób, które się nie dostały.

B jak banowanie – czyli trwałe blokowanie komentatorów. Dyskusja, czy to słuszne działanie, czy nie, wypływa zawsze, gdy pojawia jakakolwiek wzmianka o hejterach. Czyli zawsze.

C jak cztery godziny – tyle średnio trwa sen uczestników między pierwszym dniem konferencji, a drugim.

D jak dary losu – taki podryw na lini bloger-marka. „Niezobowiązujący upominek”, za który dana firma chce, żebyś „coś” dla nich zrobił. Świadomość rośnie i podejście do darów losu też. Dwa lata temu dyskutowaliśmy o tym, że nie warto oddawać się za taki prezent, w zeszłym roku analizowaliśmy jak to wygląda pod kątem prawny.

E jak edge rank – algorytm na Facebooku decydujący o tym, co widzisz w swoim strumieniu aktualności. Wszyscy płaczą, że ucina zasięgi, morduje małe dzieci i sprowadził do Polski ebolę.

F jak friendsie – grupowa samojebka. Każdy chce z każdym na tle wszystkiego.

G jak gdzie jest kontakt? – pod koniec dnia telefony, smartfony, palmtopy, tablety, fablety i wszystkie inne ety padają jak kobiety na widok George’a Clooneya. Albo muchy w Ugandzie. W każdym razie, każdy chce się podładować.

H jak hurwa – to słowo na „k” wypowiadane, gdy skończy się kreska na barze podczas imprezy integracyjnej.

I jak impreza integracyjna – nie zaskoczę Was, jeśli powiem, że to właściwa część wydarzenia, co?

J jak jak to padło wi-fi? – też nigdy nie jestem w stanie tego rozumieć. Przecież do sieci podłączonych jest tylko ponad 300 osób.

K jak komentarze na Disqusie – zawsze suszę nimi głowę blogerom, których czytam, a nie mają tego systemu. Jestem na tyle upierdliwy, że kilku już wymiękło i przeszło na jasną stronę mocy.

L jak lotnisko – miejsce, w którym każdy chciałby się znaleźć przed i po konferencji, ale tylko prelegenci mają opłaconą podróż samolotem.

M jak Maffashion – królowa szafiarek, o którą pytają wszystkie początkujące. Czy jest na sali, czy jest poza salą, czy będzie, za ile będzie, kiedy będzie? No jeszcze się nie zdarzyło, żeby była i w tym roku też się nie zapowiada.

N jak nienawidzę PKP – bo jedyne połączenie kuszetkowe z Krakowa do Gdańska trwa od godziny 17:23 do  4:38. Ewidentnie jakiś geniusz to planował.

O jak obiektywizm – podejście do tworzenia treści, które chcieliby nam narzucić dziennikarze nie rozumiejąc, że naszym fundamentem są właśnie subiektywne opinie.

P jak pokój 225 – legendarny pokój hotelowy, w którym rzekomo miało trwać after party w zeszłym roku. Impreza nie odbyła się, ale wszystkim wkręcano, że „jesteśmy w #225, jest grubo, Budzik zgolił włosy, a Piecyk cofnął wszystkie bany, bierzcie flaszki i wbijajcie”. Legenda przetrwała do dziś.

R jak rozpiska prelekcji – taki papierek, na którym jest harmonogram całego wydarzenia i gubisz go przy pierwszym ruchu ręką.

S jak suby – jednostka, w której mierzona jest długość penisa YouTubera.

T jak trzynaście godzin – które spędzasz w PKP. W każdą ze stron.

U jak unikalni użytkownicy – jednostka, w której mierzona jest długość penisa blogera.

W jak WordPress – jedyny słuszny silnik blogowy. Wszyscy, którzy mają blogi na Tubmlrze, Blogspocie, czy nie daj boże Bloxie, nie mają racji, ich trawa jest mniej zielona i ściągali na teście ciążowym.

Y jak yyyyy – dźwięk, który wydobywa się z Twoich ust, gdy w toalecie trafiasz na twórcę, którym od dawna się jarasz i na bieżąco śledzisz jego twórczość i chcesz jakoś zagadać, żeby wyszło naturalnie i nienachalnie.

Z jak za rok się dostanę – szczerze trzymam za to kciuki i nadzieję, że przybijemy piątkę albo dwie!

 

No to już wiecie o czym rozmawiają ze sobą ci dziwni ludzie.