Close
Close

[akcja ma miejsce w jednej z krakowskich burgerowni na Kazimierzu w godzinach obiadowych, co dodaje dramatyzmu, bo aby znaleźć wolne miejsce trzeba było wypłoszyć hipsterów, stawiając zgrzewkę Fritz-Koli po przeciwnej stronie ulicy]

I jak w tym Wiedniu? – rezolutnie zagaiłem, stawiając akcent na „WIEDNIU” w nadziei, że któraś z dziewczyn siedzących przy stoliku obok odwróci się poruszona powiewem zachodu i zakochamy się w sobie bezpamiętnie od pierwszego wejrzenia

Dobrze – równie błyskotliwie zripostował Łukasz

Praca programisty nie wykańcza cię? – znów technika z poradników programowania neurolingwistycznego

Nie – i adekwatny ciąg emocjonującej konwersacji absorbującej uwagę wszystkich niewiast, obsługi, przechodniów, zwierząt parzystokopytnych, mórz, niebios i Oka Saurona

Przepraszam – wiedziałem, wiedziałem, że któraś w końcu będzie musiała połknąć haczyk i nie opanuje się. Podejdzie niesiona falą endorfin i wyzna mi miłość – można przyjąć zamówienie?

Yyyyy… tak. Poproszę burgera szefa i dużą waniliową colę – coś w końcu musi mi osłodzić tę gorycz rozczarowania

A dla pana? – dla pana? Że niby importowany Austriak, to od razu pan, tak?

– A dla mnie wegetariańskiego i też tę colę co kolega – że co on zamówił?

Że co ty zamówiłeś?

No też waniliową colę. Dużą.

Nie, nie. Wziąłeś BURGERA BEZ MIĘSA???

A, bo ci nie mówiłem. Od pół roku nie jem mięsa.

COOO??? – serio, że niby co? – Znamy się tyle lat, traktowałem cię jak najlepszego kumpla, przynosiłem ci paczki do więzienia i…

Ale ja nigdy nie byłem w więzieniu – musiał to zauważyć, cholera!

Nieważne. Dopóki nie wyjechałeś z Polski byliśmy jak Starsky i Hutch, jak Mel Gibson i ten drugi, jak Komisarz Alex i jego pies, a teraz robisz mi coś takiego?

Ale co? – jeszcze bezczelnie udaje, że nie wie

Jak mogłeś dołączyć do tej wegan-sekty? – jak mógł? – Te wszystkie krowy, które razem zjedliśmy nic dla ciebie nie znaczą?

Ej, ej, spokojnie. Nie ześwirowałem, nie jestem weganinem. – akurat

Akurat!

Czytałem pod koniec zeszłego roku kilka książek o wpływie mięsa na organizm człowieka, samopoczucie i ogólnie na życie i…

I co? Odwaliło ci tak? – niechże się w końcu przyzna

Daj mi dokończyć – ech, no dobra – A więc. Czytałem te książki i stwierdziłem, że na próbę ograniczę mięso przez miesiąc. Było na tyle w porządku, że pociągnąłem to kolejne dwa, a po czterech okazało się, że schudłem 10 kilo, mam więcej energii, mniej choruję i dostałem podwyżkę w pracy. W każdym razie, nie jest tak, że zacząłem jeść 7 razy dziennie soję i mi odwaliło. Po prostu, jeśli mogę, staram się nie jeść mięsa i czuję się dużo lepiej. Nie ma w tym żadnej ideologii, czysty racjonalizm.

 

***

 

Zawsze podchodziłem z dystansem do wegetarian. Dużym dystansem. Mniej więcej takim jak stąd do Saturna. Nie wspominając już o weganach. Wydawało mi się, że coś z ich mózgiem musi być nie tak, skoro negują smak mięsa, które przecież jest TAK DOBRE. Argumenty o obronie zwierząt nigdy do mnie nie trafiały, a w obliczu smaku karkówki z grilla, omletu z krewetkami, burgera z bekonem, czy – królowej szynek – prosciutto crudo, stawały się irracjonalne. To jest PRZEPYSZNE i nie mogłem pojąć, jak ktoś świadomie może z tego rezygnować.

Aż do rozmowy z Łukaszem.

Znamy się już dłuższy czas i oprócz tego, że jest nieprzeciętnie inteligentny, to wyjątkowo racjonalnie podchodzi do życia i podejmowanych wyborów. Niemal każdą decyzję jest w stanie logicznie i sensownie uargumentować. Za co bardzo go cenię, bo świadomość działań to cecha ludzi wielkich. W związku z tym, jeśli Łukasz mówi, że niejedzenie mięsa pozytywnie wpływa na ciało – i poniekąd duszę – to ja mu wierzę.

Na tyle by samemu spróbować.

Oficjalnie oświadczam, że od 1 listopada przez równe 30 dni nie tknę żadnego martwego zwierzątka. Już wiem, że będzie ciężko, bo jestem z tych ludzi, którzy jak nie zjedzą mięsa na obiad, to tak jakby nic nie zjedli, ale będę twardy. Twardy jak prawo podatkowe, jak Bruce Willis w „Szklanej pułapce”, jak szpony z adamantium, jak Trybson w bzy… No po prostu postaram się wytrzymać. Raz, że jak mam faktycznie mniej chorować i mieć większego kopa – zwłaszcza zimą – to świetnie, a dwa, że lubię trenować silną wolę.

Mam tylko do Was prośbę – czym najłatwiej zastąpić mięso? I to nawet nie tyle pod kątem wartości odżywczych, ale po porostu przyzwyczajenia i smaku? Co jeść zamiast mięsa, żeby najłatwiej o nim zapomnieć i nie wracać myślą do smaku wołowinki?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Luca Rossato
(niżej jest kolejny tekst)

“Forbes” zajrzał do kieszeni Wardęgi. I co dalej?

Skip to entry content

wardęga spider dog 400 tys

Odkąd pojawiła się okładka najnowszego wydania polskiego „Forbesa” (magazynu o tematyce biznesowej), w internecie zawrzało jak w czajniku wielkości stadionu narodowego. Informacja o zarobieniu 400 000 złotych przez Sylwestra Wardęgę na filmie „Mutant Giant Spider Dog” rozniosła się po sieci szybciej, niż AIDS po Tajlandii. Mimo, że sam zainteresowany nie potwierdził tej kwoty (ani nie odniósł się do niej w żaden inny sposób), a akapit na ten temat w samym miesięczniku brzmi raczej jak luźna estymacja autora tekstu, niż informacja z pierwszej ręki.

Abstrahując od tego, czy 400 koła to rzeczywista liczba, czy nie, warto zastanowić się, czym poskutkuje publiczne zaglądanie do kieszeni youtubera. W tym, artykuł w „Forbsie”.

 

Więcej kasy pójdzie w internet

Tekst jest napisany trochę jak artykuł sponsorowany zamówiony przez LifeTube’a (agencję reklamową pośredniczącą między youtuberami, a markami). Pomijam, że nazwa agencji pada 12 razy (słownie DWANAŚCIE razy), ale zasadniczo ma to wydźwięk jakby telewizja miała stracić widzów i  zniknąć z powierzchni ziemi w przeciągu kilku najbliższych miesięcy, a YouTube miał się stać stroną startową każdego, kto ma choćby Pentium III i monitor kineskopowy.

Dla mnie – człowieka internetu – to dość oczywiste, ale dziwi mnie taka stronniczość, w magazynie nie mającym tak silnego powiązania z branżą.

Tak czy inaczej, przez tematykę i grono odbiorców „Forbesa” (biznesmeni, menadżerowie, media planerzy, start-upowcy), wielu osobom mającym wpływ na budżety reklamowe zaświeci się żarówka w szarej komórce z napisem „internet”. Zaczną zastanawiać się, czy telewizja faktycznie nie jest nieopłacalnym przeżytkiem i czy zamiast 3 spotów w przerwie „Na wspólnej”, czy innej „Plebani” nie zrobić lepiej akcji z kilkoma YouTuberami. Albo nawet kilkunastoma, generując większy zasięg i wydając mniej pieniędzy.

Po podjęciu takiej decyzji wszyscy będą wygrani.

Marki, bo dostaną dobrze dopasowane do odbiorców, faktycznie angażujące reklamy. Twórcy, bo będą mieli hajs na życie, picie i tworzenie materiałów, na które wcześniej nie mogli sobie pozwolić przez ograniczony budżet. Odbiorcy, bo jakość materiałów wzrośnie.

To jasna strona medalu. A jaka jest ciemna?

 

Wardęgą zainteresują się przyjaciele…

Hasło „400 000 złotych” działa na wyobraźnię jak pół naga Penelopa Cruz przygryzająca wargę na heteroseksualnego mężczyznę. Z pewnością dawni znajomi już przypomnieli sobie o jego istnieniu i zaczęli zapraszać na obiady, piwka i tak po prostu, żeby pogadać. I pożyczyć kilka tysi.

 

…i nieprzyjaciele…

Ale kasa, którą przeciętny Polak widzi najczęściej na tablicach obrandowanych logiem „Lotto” przyciąga uwagę nie tylko kumpli. Jednym z powodów, dla których w naszym kraju nie mówi się o posiadaniu dużych pieniędzy jest lęk przed ich utratą. I to nie bezpodstawny. Większość przedsiębiorców inwestuje w drzwi antywłamaniowe i systemy ochronne wcale nie dlatego, że znudziło im palenie pieniędzmi w piecu. Wręcz przeciwnie.

 

…i skarbówka…

No kto, jak kto, ale oni to sobie nie przepuszczą takiej okazji, żeby skontrolować, czy wszystko zgadza się na papierze i na koncie.

 

…i będzie miał rzeszę naśladowców

Psa-pająką straszącego ludzi zobaczyło ponad 100 milionów widzów. Na całym świecie. Wideo osiągnęło globalny sukces, przedostając się do mediów analogowych (w sensie telewizja, gazety), a sam Sylwester zasiadł na kanapie u Kuby Wojewódzkiego, co dla typowego Kowalskiego porównywalne jest ze zdobyciem Nagrody Nobla. A teraz dodaj do tego fakt, że największą grupą widzów na YouTube są dzieciaki w wieku 13-17 i wrzuć w dowolne miejsce tego równania kwotę kilkuset tysięcy złotych. Za jeden film.

Co Ci wychodzi? Bo mnie dziesiątki młodocianych naśladowców, którzy chcą zgarnąć łatwy hajs.

Życzę sobie i Tobie, żebym się mylił, ale nie zdziwiłbym się, gdyby teraz na każdym osiedlu ktoś wkładał sztuczne zwłoki do windy albo straszył ludzi kotem przebranym za boa dusiciela. Później kręcił komórką jak ktoś z Twoich sąsiadów dostaje ataku paniki i wrzucał to do sieci. Bo nie dość, że można zostać gwiazdą, to jeszcze góra złota czeka. Brzmi świetnie, co?

Szkoda, że nikt nie zajrzał Radkowi Kotarskiemu do kieszeni. Chciałbym zobaczyć wysyp programów historyczno-naukowych na YouTube.

Rzeczy w życiu, które możesz mieć za darmo

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

rzeczy

Jest takie powiedzenie, że jedyne co można dostać na tym świecie za darmo, to w gębę. Albo wirusowe zapalenie wątroby. Z tym pierwszym spotkałem się, tego drugiego na szczęście nie próbowałem. Inny wyświechtany frazes mówi, że najlepsze rzeczy w życiu są za darmo. Odnosi się to zazwyczaj do przyjaźni, miłości lub zdrowia.

O ile przyjaźń w okresie przedszkolno-podstawówkowym da się utrzymać bez angażowania gotówki, to z miłością już to nie działa. Musicie GDZIEŚ chodzić i COŚ robić, żeby ją budować i pogłębiać, bo od notorycznego siedzenia na kanapie i oglądania „Chirurgów” możecie co najwyżej dostać wstrętu do lekarzy. I siebie nawzajem. I wady postawy. Co sprowadza się do spieprzenia sobie zdrowia. Które trzeba reperować. Za pieniądze. Tak że tego, możemy to chyba wpisać na listę farmazonów, zaraz za legendą miejską o misji na Marsa.

Co w takim razie NAPRAWDĘ możesz mieć bez wyciągania portfela?

 

Wejście do Muzeum

Prawie każde muzeum w Polsce (piszę prawie, bo we wszystkich jeszcze nie byłem, a nuż się okaże, że w Radomiu to jednak nie działa) ma ustanowiony jeden dzień w tygodniu, w którym można je zwiedzać bezpłatnie. Niezależnie, czy jesteś studentem, rolnikiem, czy weganinem. Wpuszczają wszystkich, nawet mnie.

 

Pierwsze wejście na siłownię

Podobnie jest z siłkami, klubami fitness i kółkami yogi (z różańcowymi w sumie też). Wiele z nich ma darmowe pierwsze zajęcia bez konieczności podpisywania cyrografu, że będziesz do nich chodził do końca millenium albo oddasz nerkę jeśli zrezygnujesz. Byłem w kilku takich miejscach i wciąż mam wszystkie organy. No, ale może to czysty fart.

 

Filmy i muzyka z torrentów

Tyle, że to wbrew prawu, kodeksowi harcerza i zasadom prawdziwego jedi. No bo, chyba nie chciałbyś, żeby ktoś brał sobie coś, nad czym spędziłeś rok (albo 5 lat) życia za darmo, tylko dlatego, że może?

 

Słowackie Tatry

W Polsce Tatrzański Park Narodowy zdziera z turystów jak kanibale przed posiłkiem. Coraz więcej budek do poboru opłat, coraz wyższe ceny biletów. Ja wiem, że powiat tatrzański to region, do którego zmiany docierają z opóźnieniem, ale hiperinflacja naprawdę już się skończyła. Na Słowacji za to możesz zdobywać szczyty za darmoszkę.

 

Wejście do klubu

Tyle, że musisz być studentem.

 

Alkohol

Tyle, że musisz być kobietą.

 

Festiwal muzyczny

Konkretnie „Przystanek Woodstock”. Przyznaję się bez łaskotania strusim piórem po stopach, że sam jeszcze nie byłem (coś wybieram się co roku i nie mogę dotrzeć), ale z relacji bliskich znajomych wiem, że to już dawno impreza nie tylko dla punków. Szeroki wachlarz muzyków na scenie, spotkań z twórcami w namiotach i atrakcji trudnych do skategoryzowania. Od zawsze bez opłat za wejście.

 

Metro

W sensie gazeta, nie środek transportu. Za to drugie zapłacisz sporo, zwłaszcza w Londynie. Z drugiej strony, nic dziwnego, że „Metro” nie ma ceny. Trudno, żeby za wzięcie  spiętych razem ulotek z reklamami ktoś wymagał jeszcze od Ciebie zapłaty.

 

Nocleg za granicą

W ramach couchsurfingu, czyli serfowania na kanapie. Kurde, czuję się trochę jakbym wymyślał koło na nowo pisząc o tym, ale wiem, że są ludzie, którzy jeszcze nie spotkali się z tym sposobem podróżowania. W skrócie,  chodzi o to, że ktoś ot tak, bez podtekstów, drugiego dna i niecnych zamiarów, nocuje Cię u siebie w mieszkaniu. Bez gotówki, bez barteru, po prostu.

 

Publiczna służba zdrowia

Dobra, słaby żart, wiem.

 

Kawa w McDonald’s

W niektórych miejscach zdarzają się promocje, że możesz dostać jakiś napój gratis, jeśli wcześniej zamówisz coś innego. W Maku do końca tego tygodnia dostaniesz kawę absolutnie za darmo bez kupowania czegokolwiek. Dziś i jutro do godziny 10:30, a w sobotę i niedzielę do 11:00 w lokalach McDonald’s w całej Polsce totalnie za friko możesz wypić małą białą, małą czarną albo małe cappuccino. Albo wziąć ją na wynos i zabrać ze sobą po drodze do pracy, uczelni, siłki, synagogi, lekcji mandaryńskiego, czy zajęć z pole dance’u. Co tam kto lubi.

5

Siąść z nią na ławce w parku i pozaciągać się aromatem podobno też można.

 

Coś jeszcze?

Jeśli tak, to wiesz od czego są komentarze.