Close
Close

Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk jeden z paneli dyskusyjnych dotyczył prywatności i wyznaczania granic, kreowania marki osobistej w internecie i pochodnych z tym związanych. Pojawiały się różne zdania odnośnie tego, co można pokazać na blogu, a czego nie, czy zdjęcia dzieci i rodziny, to jeszcze dobry pomysł, czy już przegięcie i powinno chronić się ich anonimowość. Zasadniczo, ile matek tyle opinii, ale co do jednego dziewczyny były mniej więcej zgodne – na blogu są takie jak w rzeczywistości i nie próbują być kimś innym. Nie kreują się.

To podkreślenie i stawianie na piedestale pełnego naturalizmu było tak mocne, że mimowolnie nasunęło mi się pytanie…

 

Czy kreacja to coś złego?

Czy to, że ktoś wymyślił sobie jak chce być postrzegany w sieci i wdraża to w życie, to powód do wstydu?

Załóżmy, że Jurek ma najnudniejszą robotę na świecie – jest ochroniarzem w Tesco – ale w wolnym czasie interesuje się astronomią. Wolne dni spędza w bibliotece, wolne wieczory z teleskopem w oknie, a jego strona startowa to Astronet.pl (mimo, że strasznie brzydka). Założył bloga Ast.ro i pisze o niedźwiedzicach, wozach, drogach (mlecznych) i  dziurach (czarnych). Używa paranaukowego języka, ale posługuje się nim na tyle zgrabnie by pani Halinka pracująca na kasie też mogła coś z tego zrozumieć. I rozumie.

Blog rozchodzi się po sieci jak bekowy plakat przedwyborczy, pęka bariera 20 000 UU miesięcznie i zaczynają się pierwsze współprace komercyjne. Jurek jest zapraszany zarówno na konferencje branżowe, jak i te dla normalnych ludzi. Na jednych opowiada o popularyzowaniu nauki w sieci, na drugich o wietrze słonecznym, magnetosferze i zorzy polarnej. Ogólnie jest takim Michałem Szafrańskim układu słonecznego.

I nagle, w czeluściach komentarzy na Niemodnych Polkach, ktoś wyciąga, że Jureczek nie jest doktorem astronomii na jakiego się kieruje. Nie. Jest ochroniarzem bez licencji, któremu ledwo udało się skończyć technikum hotelarskie.

Czy to źle?

Czy jeśli w swoich tekstach nie rozmija się z prawdą, to przez to, że w internecie chce być kimś innym niż w rzeczywistości, tracą one na atrakcyjności? I równie istotne pytanie – od kiedy zaczyna się kreacja? Czy już w momencie wypowiadania się na temat, na który nie ma się papieru poświadczającego wykształcenie, czy dopiero, gdy zataja się, że zawodowo zajmuje się czymś innym? I kolejne, równie istotne…

 

Czy w sieci w ogóle da się być tym samym, kim się jest w rzeczywistości?

Czy to na blogu, czy na YouTube, czy na Facebooku, czy na Sexfotce, nigdy nie ma nas w całej okazałości.

Zawsze to jest jakiś wycinek naszej osoby. Mniejszy lub większy, ale wciąż to tylko fragment tego kim jesteśmy. Słowo pisane ma to do siebie, że każdy odbiera je inaczej, więc ilu czytelników, tyle może być w ich głowach postaci autora. Ze zdjęciami jest już lepiej, ale statyczny obraz wciąż może być mylący. Wydawać by się mogło, że wideo jest rozwiązaniem tego problemu, bo żeby oszukać kamerę, trzeba mieć zdolności aktorskie albo przynajmniej doświadczenie w występach na Wiejskiej, ale to też złudne.

To nadal jest tylko zbiór zachowań (starannie wyselekcjonowany zbiór zachowań), które chcemy pokazać. Wykadrowanie wycinka z pełnej fotografii, to stworzenie nowej. Świadoma kreacja. Zresztą…

 

W prawdziwym życiu też kreujemy się adekwatnie do sytuacji

I nawet nie próbuj zaprzeczać, że nie zachowujesz się inaczej w stosunku do przełożonego, księdza, mamy i kumpla z działu.

Gdy idziesz na rozmowę kwalifikacyjną zakładasz inne ciuchy niż to, w czym chodzisz po domu, bo chcesz być w dokładnie określony sposób postrzegany i wywrzeć z góry założone wrażenie. Również używasz innego słownictwa i manieryzmów, niż na co dzień. Gdy umawiasz się z dziewczyną na pierwszą randkę, także prezentujesz tylko jedno ze swoich oblicz i nie opowiadasz o faktach i przyzwyczajeniach, które mogłyby postawić Cię w złym świetle. Podobnie manipulujesz postrzeganiem swojej osoby mając kontakt z ludźmi na uczelni, czy z rodziną podczas świątecznego posiłku. Często nawet nieświadomie.

W każdej sytuacji społecznej, mniej lub bardziej, w jakiś sposób kreujesz swój wizerunek. Dlatego, nie wiem, czemu tworzenie kreacji na blogu miałoby być czymś złym.

Zresztą, gdy czytam Bukowskiego nie zastanawiam się, czy jego przeżycia są przerysowane. Myślę o tym, czy dobrze pisze.

(niżej jest kolejny tekst)

[akcja ma miejsce w jednej z krakowskich burgerowni na Kazimierzu w godzinach obiadowych, co dodaje dramatyzmu, bo aby znaleźć wolne miejsce trzeba było wypłoszyć hipsterów, stawiając zgrzewkę Fritz-Koli po przeciwnej stronie ulicy]

I jak w tym Wiedniu? – rezolutnie zagaiłem, stawiając akcent na „WIEDNIU” w nadziei, że któraś z dziewczyn siedzących przy stoliku obok odwróci się poruszona powiewem zachodu i zakochamy się w sobie bezpamiętnie od pierwszego wejrzenia

Dobrze – równie błyskotliwie zripostował Łukasz

Praca programisty nie wykańcza cię? – znów technika z poradników programowania neurolingwistycznego

Nie – i adekwatny ciąg emocjonującej konwersacji absorbującej uwagę wszystkich niewiast, obsługi, przechodniów, zwierząt parzystokopytnych, mórz, niebios i Oka Saurona

Przepraszam – wiedziałem, wiedziałem, że któraś w końcu będzie musiała połknąć haczyk i nie opanuje się. Podejdzie niesiona falą endorfin i wyzna mi miłość – można przyjąć zamówienie?

Yyyyy… tak. Poproszę burgera szefa i dużą waniliową colę – coś w końcu musi mi osłodzić tę gorycz rozczarowania

A dla pana? – dla pana? Że niby importowany Austriak, to od razu pan, tak?

– A dla mnie wegetariańskiego i też tę colę co kolega – że co on zamówił?

Że co ty zamówiłeś?

No też waniliową colę. Dużą.

Nie, nie. Wziąłeś BURGERA BEZ MIĘSA???

A, bo ci nie mówiłem. Od pół roku nie jem mięsa.

COOO??? – serio, że niby co? – Znamy się tyle lat, traktowałem cię jak najlepszego kumpla, przynosiłem ci paczki do więzienia i…

Ale ja nigdy nie byłem w więzieniu – musiał to zauważyć, cholera!

Nieważne. Dopóki nie wyjechałeś z Polski byliśmy jak Starsky i Hutch, jak Mel Gibson i ten drugi, jak Komisarz Alex i jego pies, a teraz robisz mi coś takiego?

Ale co? – jeszcze bezczelnie udaje, że nie wie

Jak mogłeś dołączyć do tej wegan-sekty? – jak mógł? – Te wszystkie krowy, które razem zjedliśmy nic dla ciebie nie znaczą?

Ej, ej, spokojnie. Nie ześwirowałem, nie jestem weganinem. – akurat

Akurat!

Czytałem pod koniec zeszłego roku kilka książek o wpływie mięsa na organizm człowieka, samopoczucie i ogólnie na życie i…

I co? Odwaliło ci tak? – niechże się w końcu przyzna

Daj mi dokończyć – ech, no dobra – A więc. Czytałem te książki i stwierdziłem, że na próbę ograniczę mięso przez miesiąc. Było na tyle w porządku, że pociągnąłem to kolejne dwa, a po czterech okazało się, że schudłem 10 kilo, mam więcej energii, mniej choruję i dostałem podwyżkę w pracy. W każdym razie, nie jest tak, że zacząłem jeść 7 razy dziennie soję i mi odwaliło. Po prostu, jeśli mogę, staram się nie jeść mięsa i czuję się dużo lepiej. Nie ma w tym żadnej ideologii, czysty racjonalizm.

 

***

 

Zawsze podchodziłem z dystansem do wegetarian. Dużym dystansem. Mniej więcej takim jak stąd do Saturna. Nie wspominając już o weganach. Wydawało mi się, że coś z ich mózgiem musi być nie tak, skoro negują smak mięsa, które przecież jest TAK DOBRE. Argumenty o obronie zwierząt nigdy do mnie nie trafiały, a w obliczu smaku karkówki z grilla, omletu z krewetkami, burgera z bekonem, czy – królowej szynek – prosciutto crudo, stawały się irracjonalne. To jest PRZEPYSZNE i nie mogłem pojąć, jak ktoś świadomie może z tego rezygnować.

Aż do rozmowy z Łukaszem.

Znamy się już dłuższy czas i oprócz tego, że jest nieprzeciętnie inteligentny, to wyjątkowo racjonalnie podchodzi do życia i podejmowanych wyborów. Niemal każdą decyzję jest w stanie logicznie i sensownie uargumentować. Za co bardzo go cenię, bo świadomość działań to cecha ludzi wielkich. W związku z tym, jeśli Łukasz mówi, że niejedzenie mięsa pozytywnie wpływa na ciało – i poniekąd duszę – to ja mu wierzę.

Na tyle by samemu spróbować.

Oficjalnie oświadczam, że od 1 listopada przez równe 30 dni nie tknę żadnego martwego zwierzątka. Już wiem, że będzie ciężko, bo jestem z tych ludzi, którzy jak nie zjedzą mięsa na obiad, to tak jakby nic nie zjedli, ale będę twardy. Twardy jak prawo podatkowe, jak Bruce Willis w „Szklanej pułapce”, jak szpony z adamantium, jak Trybson w bzy… No po prostu postaram się wytrzymać. Raz, że jak mam faktycznie mniej chorować i mieć większego kopa – zwłaszcza zimą – to świetnie, a dwa, że lubię trenować silną wolę.

Mam tylko do Was prośbę – czym najłatwiej zastąpić mięso? I to nawet nie tyle pod kątem wartości odżywczych, ale po porostu przyzwyczajenia i smaku? Co jeść zamiast mięsa, żeby najłatwiej o nim zapomnieć i nie wracać myślą do smaku wołowinki?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Luca Rossato

“Forbes” zajrzał do kieszeni Wardęgi. I co dalej?

Skip to entry content

wardęga spider dog 400 tys

Odkąd pojawiła się okładka najnowszego wydania polskiego „Forbesa” (magazynu o tematyce biznesowej), w internecie zawrzało jak w czajniku wielkości stadionu narodowego. Informacja o zarobieniu 400 000 złotych przez Sylwestra Wardęgę na filmie „Mutant Giant Spider Dog” rozniosła się po sieci szybciej, niż AIDS po Tajlandii. Mimo, że sam zainteresowany nie potwierdził tej kwoty (ani nie odniósł się do niej w żaden inny sposób), a akapit na ten temat w samym miesięczniku brzmi raczej jak luźna estymacja autora tekstu, niż informacja z pierwszej ręki.

Abstrahując od tego, czy 400 koła to rzeczywista liczba, czy nie, warto zastanowić się, czym poskutkuje publiczne zaglądanie do kieszeni youtubera. W tym, artykuł w „Forbsie”.

 

Więcej kasy pójdzie w internet

Tekst jest napisany trochę jak artykuł sponsorowany zamówiony przez LifeTube’a (agencję reklamową pośredniczącą między youtuberami, a markami). Pomijam, że nazwa agencji pada 12 razy (słownie DWANAŚCIE razy), ale zasadniczo ma to wydźwięk jakby telewizja miała stracić widzów i  zniknąć z powierzchni ziemi w przeciągu kilku najbliższych miesięcy, a YouTube miał się stać stroną startową każdego, kto ma choćby Pentium III i monitor kineskopowy.

Dla mnie – człowieka internetu – to dość oczywiste, ale dziwi mnie taka stronniczość, w magazynie nie mającym tak silnego powiązania z branżą.

Tak czy inaczej, przez tematykę i grono odbiorców „Forbesa” (biznesmeni, menadżerowie, media planerzy, start-upowcy), wielu osobom mającym wpływ na budżety reklamowe zaświeci się żarówka w szarej komórce z napisem „internet”. Zaczną zastanawiać się, czy telewizja faktycznie nie jest nieopłacalnym przeżytkiem i czy zamiast 3 spotów w przerwie „Na wspólnej”, czy innej „Plebani” nie zrobić lepiej akcji z kilkoma YouTuberami. Albo nawet kilkunastoma, generując większy zasięg i wydając mniej pieniędzy.

Po podjęciu takiej decyzji wszyscy będą wygrani.

Marki, bo dostaną dobrze dopasowane do odbiorców, faktycznie angażujące reklamy. Twórcy, bo będą mieli hajs na życie, picie i tworzenie materiałów, na które wcześniej nie mogli sobie pozwolić przez ograniczony budżet. Odbiorcy, bo jakość materiałów wzrośnie.

To jasna strona medalu. A jaka jest ciemna?

 

Wardęgą zainteresują się przyjaciele…

Hasło „400 000 złotych” działa na wyobraźnię jak pół naga Penelopa Cruz przygryzająca wargę na heteroseksualnego mężczyznę. Z pewnością dawni znajomi już przypomnieli sobie o jego istnieniu i zaczęli zapraszać na obiady, piwka i tak po prostu, żeby pogadać. I pożyczyć kilka tysi.

 

…i nieprzyjaciele…

Ale kasa, którą przeciętny Polak widzi najczęściej na tablicach obrandowanych logiem „Lotto” przyciąga uwagę nie tylko kumpli. Jednym z powodów, dla których w naszym kraju nie mówi się o posiadaniu dużych pieniędzy jest lęk przed ich utratą. I to nie bezpodstawny. Większość przedsiębiorców inwestuje w drzwi antywłamaniowe i systemy ochronne wcale nie dlatego, że znudziło im palenie pieniędzmi w piecu. Wręcz przeciwnie.

 

…i skarbówka…

No kto, jak kto, ale oni to sobie nie przepuszczą takiej okazji, żeby skontrolować, czy wszystko zgadza się na papierze i na koncie.

 

…i będzie miał rzeszę naśladowców

Psa-pająką straszącego ludzi zobaczyło ponad 100 milionów widzów. Na całym świecie. Wideo osiągnęło globalny sukces, przedostając się do mediów analogowych (w sensie telewizja, gazety), a sam Sylwester zasiadł na kanapie u Kuby Wojewódzkiego, co dla typowego Kowalskiego porównywalne jest ze zdobyciem Nagrody Nobla. A teraz dodaj do tego fakt, że największą grupą widzów na YouTube są dzieciaki w wieku 13-17 i wrzuć w dowolne miejsce tego równania kwotę kilkuset tysięcy złotych. Za jeden film.

Co Ci wychodzi? Bo mnie dziesiątki młodocianych naśladowców, którzy chcą zgarnąć łatwy hajs.

Życzę sobie i Tobie, żebym się mylił, ale nie zdziwiłbym się, gdyby teraz na każdym osiedlu ktoś wkładał sztuczne zwłoki do windy albo straszył ludzi kotem przebranym za boa dusiciela. Później kręcił komórką jak ktoś z Twoich sąsiadów dostaje ataku paniki i wrzucał to do sieci. Bo nie dość, że można zostać gwiazdą, to jeszcze góra złota czeka. Brzmi świetnie, co?

Szkoda, że nikt nie zajrzał Radkowi Kotarskiemu do kieszeni. Chciałbym zobaczyć wysyp programów historyczno-naukowych na YouTube.