Close
Close

Sytuacje w życiu, gdy przydaje się czekolada

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Beskidzkie

Post użytkownika Kochamy Łakocie.

„Czekolada nie jest substytutem miłości. To miłość jest substytutem czekolady”, „badania wykazują, że 14 na 10 osób lubi czekoladę”, „zrównoważona dieta, to czekolada w obu dłoniach” – te i inne mądrości znajdziecie na profilu „Kochamy Łakocie”. Jedne hasła są mniej serio, drugie również, ale nie ma co ukrywać, że jest kilka takich chwil w życiu człowieka, gdy czekolada staje się dobrą kumpelą. I to bardzo dobrą, a im zimniej tym częściej nią bywa.

Póki co na termometrze zera jeszcze nie ma, ale szalik, czapka i rękawiczki już wydostały się z mojej szafy, więc to chyba dobry moment, żeby zebrać do kupy sytuacje, kiedy czekolada wybitnie się przydaje.

 

Urodziny w podstawówce

Kiedy „Pana Tadeusza” znałem tylko w wersji pisanej, a nie lanej, mając urodziny zawsze przynosiło się do szkoły słodycze i rozdawało reszcie klasy. Cukierki Mini cieszyły się umiarkowaną popularnością, natomiast Mieszanka Krakowska miała wzięcie jak dopłaty z unii u rolników. Babcia zawsze dbała, żebym miał spory worek z galaretkami oblanymi czekoladą w dniu swoich urodzin, przez co, przy co drugiej ławce słyszałem: „mogę dwa?”. Co ciekawe, gdy poszedłem do pracy, okazało się, że to wciąż działa.

 

Gdy rzuci Cię chłopak

Oczywiście, jeśli jesteś dziewczyną, bo u chłopaków chyba jednak jest trochę inaczej. W sytuacjach nagłej zmiany statusu związku, gdy przyjaciółki nie mają czasu lub, co gorsza, zawiodą, sprawdza się zasada „czekolada nie pyta, czekolada rozumie”.

 

Wycieczka w góry

Smakołyk z ziaren kakaowca pobudza, dodaje energii i przyciąga zalotne spojrzenie wszystkich jednostek płci przeciwnej na szlaku. Info z pierwszej ręki od Michała – mojego kumpla, który w te wakacje zdobył Pik Lenina – jeden z trudniejszych siedmiotysięczników. Inni znajomi podróżnicy też potwierdzili pierwsze dwie właściwości.

 

Motywacja

Możesz uczyć się do sesji wmawiając sobie, że to dla Twojego dobra. Możesz klepać raport dla przełożonego mając nadzieję, że doceni to czymś więcej niż „dziś nie musisz zostawać po godzinach”. Możesz przygotowywać się do maratonu myśląc o tym, że w trakcie ćwiczeń stracisz piątkę albo nawet dychę. Ale nic Cię tak nie zmotywuje do ukończenia mało podniecającego zadania, jak nagroda po każdym jego etapie. Na przykład w postaci kostki czekolady. Czy tam tabliczki.

 

Gdy chcesz portollować ludzi

Napisz dla beki na Facebooku, że karmisz swojego psa czekoladą. Albo jeszcze lepiej, zrób zdjęcie jak wkładasz mu ją do miski. Działa na psiarzy jak czerwona płachta na byka.

 

Dzień nauczyciela

A w zasadzie to nauczycielki. Niby cieszą się na kwiaty, bo mogą je sobie postawić na biurku w pracy, albo jeszcze lepiej, na stole w domu i wzbudzić zazdrość i podejrzenia męża, który zapomniał, że to dziś TEN dzień, ale kogo chcą oszukać? Roślinek nie zjedzą i na zieleninę nie szklą im się tak oczy, jak na widok sporego pudełka brązowych łakoci.

 

Gdy masz dziewczynę

a) i chcesz, żebyście tym razem obejrzeli Twój film

b) usiłujesz wykręcić się od poznawania jej rodziców

c) próbujesz namówić ją na seks

d) pokłóciliście się

e) <wpisz_cokolwiek_innego_i_tak_się_ucieszy>

 

Walka z jesienną depresją

Jakiś temu pisałem Wam, że dołączam do manifestu Beskidzkich i będę zagryzał słotę za oknem czymś specjalnym od nich. Bo jak jest słodko, to samopoczucie lepsze, a tu w niej jeszcze i witaminy, i minerały, i proces starzenia opóźnia. Jeśli czytacie Segrittę, Nishkę albo Aurorę, to już wiecie co jest grane. Jak nie, to dobrze, bo ja chciałem Wam powiedzieć o co cho.

hdr

A chodzi o to, że pojawiło się coś słodkiego, czego wcześniej jeszcze nie próbowałem. Dobra, bez kozaczenia, wszystkich cukierków na świecie nie pozjadałem, ale o paluszkach (na słono) oblanych belgijską czekoladą (na słodko) nie słyszałem w ogóle. I do słuchania jest tu niewiele, za to do przegryzania, a w zasadzie pożerania, sporo. Na początku podchodziłem z dystansem, bo jak to tak słone ze słodkim? Nie po bożemu przecież. Ale z każdym gryzem dystans znikał, aż znikły wszystkie paluszki z paczki. To znaczy paczek. No bez kitu, dobre.

Beskidzkie łakocie - paluszki w mlecznej czekoladzie 2

W najbliższym czasie raczej nie grozi mi brak pomysłów na sytuacje w życiu, w których może się przydać czekolada, bo od tygodnia każda sytuacja jest taką, ale jeśli Wam przychodzi coś do głowy, poza wcześniej wymienionymi, to śmiało.

(niżej jest kolejny tekst)

“Lumberseksualizm”, czyli pierdolenie o modzie na prawdziwych mężczyzn z brodami

Skip to entry content

Praktykantów z naTemat poniosło i stwierdzili, że spróbują czegoś inny niż metody “kopiuj-wklej” przy klepaniu “artykułów”. Nie wiem, czy w “redakcji” obiecali im darmową kawę w nadgodzinach , czy przyjście jesieni zaburzyło ich gospodarkę hormonalną, ale jeden, a w zasadzie jedna z nich wpadła na szalony pomysł, że napisze coś sama. I napisała większy zbiór grafomańskich głupot, niż niusy na Pudelku (za co w jakimś sensie należy jej się uznanie, bo myślałem, że ten poziom jest już nie do przebicia), o tytule, który widzicie na grafice poniżej.

Farmazony na temat lumberseksualizmu (kolesi z brodami, którzy mają być odrodzeniem “prawdziwych mężczyzn”) są na tyle idiotyczne i żenujące, że musiałem się do nich odnieść.

Lumbersexual - mężczyźni drwaloseksualni

Stało się, koniec ery metroseksualnych mężczyzn. Potwierdzają to zgodnie “The Guardian”, “Newser” i “Cosmopolitan”. Czas na lumberseksualnych. Są brodaci, niesamowicie męscy i ubierają się jak drwale.

No jak “Cosmopolitan” coś potwierdza, to musi być to prawda. Nie ma wyjścia, z tak rzetelnym źródłem się nie dyskutuje.

Wprowadzone przez Marka Simpsona w 1994 roku w The Independent pojęcie, jako połączenie metropolii i heteroseksualizmu, szybko uległo stereotypom i dziś metroseksualny mężczyzna kojarzy nam się raczej pejoratywnie. “Kobiecy” mężczyźni, jak zwykło się mówić, powoli jednak zostają zastąpieni przez zupełnie inny typ.

Czyli wszyscy metroseksualiści zostaną teraz zagazowani, czy rytualnie spaleni na stosie, żeby ich miejsce mógł zająć “zupełnie inny typ”? Bo jak rozumiem, nie dochodzi tu do żadnej przemiany osobowościowej, tylko brodacze wchodzą do domów metro i mówią im, żeby sobie poszli i umarli, bo czasy się zmieniły i teraz oni tu będą mieszkać, tak?

Podczas gdy metroseksualizm odznaczał się przesadnym dbaniem o siebie, pożądaniem za modą i celebrowaniem własnej cielesności – lumberseksualizm stanowi zupełne przeciwieństwo. Mężczyzn takich nie interesują aż tak bardzo kosmetyki, nie usuwają nagminnie owłosienia, nie są wrażliwi i delikatni.

Po czym, autorka zamieszcza jedno zdjęcie…

lumberseksualny

…na którym chłopiec ma idealnie wystylizowaną fryzurę i wyregulowane brwi, a później drugie…

 [emaillocker]

lumberseksualizm

…gdzie typ ma dodatkowo wydepilowaną klatę. Brawo! W rzeczy samej z fotek, aż bije, że chłopaki ani przesadnie nie dbają o siebie, a nie celebrują własnej cielesności. Lepiej zobrazować się tego nie dało!

I tak, brody wcale nie znikają, a mężczyźni ubierają się w kraciaste koszule, toporne buty i z plecakiem na plecach biegną do lasu. Noszą tatuaże, jedzą prawdziwe mięso i potrafią naprawić zepsuty kran.

Te dwa zdania są tak komiczne, że chwilę zastanawiałem się, czy jest sens je w ogóle komentować. Rozumiem, że bieganie w topornych butach z plecakiem (koniecznie na plecach) ma dodać im charakterności? I biegną do tego lasu niezależnie, czy mieszkają w Zakopanem, czy w skutym betonem centrum Katowic? A ten motyw z “noszeniem tatuaży” i jedzeniem “prawdziwego mięsa” już w ogóle brzmi jak nieśmieszna parodia opiniotwórczego tekstu. No chyba, że te ich tatuaże faktycznie można nosić albo ściągać, a prawdziwe mięso to tylko to, które udusisz gołymi rękami na przebieżce po Puszczy Białowieskiej.

Bo dziewczyny się cieszą na myśl o facecie, który złoży kredens, przeprowadzi przez las, porąbie drewno do kominka i otworzy butelkę zębami.

Oczywiście każda kobieta już od piaskownicy marzy o mężczyźnie, który będzie jej otwierał butelki zębami, wbijał gwoździe dłonią, mieszał beton kolanem i zatrzymywał pędzący pociąg uchem. Pomijam to, że posiadanie brody nie jest równoznaczne z posiadaniem jakichkolwiek zdolności manualnych, ale rąbanie drewna do kominka w czasach, gdy mieszkamy w blokach i mamy miejskie ogrzewanie, to jakieś kuriozum. A sugerowanie, że każda dziewczyna marzy o neandertalu, bardziej urąga paniom, niż panom.

Który nie używa więcej kremu pod oczy od nich i nie podkrada jej maszynki do golenia.

Nie wiem z kim autorka tekstu spotykała się do tej pory, ale jeśli używali jednej maszynki na spółkę, to gratuluję doboru partnerów. I stosunku do zasad higieny.

Nie będę już się odnosił do tego, że tak lansowani przez Aleksandrę Zawadzką lumberseksualiści są równie wystylizowani co metroseksualiści, którymi tak gardzi, ale jeśli posiadanie brody jest dla niej kwintesencją męskości, to szczerze współczuję.

 [/emaillocker]

Blog? Aaa, taka stronka w internecie?

Skip to entry content

Raz na kwartał zdarza się cud. Ktoś zaprasza mnie na nie-branżową imprezę i mam okazję poznać ludzi, którym obce są takie pojęcia jak „WordPress”, „zasięg”, czy „cholerny-brief-z-którego-nic-nie-wynika”. Są śmichy-chichy, tańce-macańce i picie-jak-u-sołtysa-na-stypie, ale zawsze prędzej, czy później, przychodzi ten krępujący moment, kiedy ktoś mnie pyta czym się zajmuję. Odpowiadam, że prowadzę bloga, co dla rozmówcy brzmi mniej więcej jak „serwisuję zapalniczki jednorazowe”, po czym wypowiada kwestię z nagłówka mając przy tym szyderczy uśmiech politowania.

Przez długi czas przyjmowałem na klatę umniejszanie mojemu zajęciu i traktowanie go jak najbanalniejszej rzeczy na świecie, która jest mniej istotna niż to, czy banany na terenie Unii Europejskiej mają właściwą krzywiznę, czy nie. I nie odpierałem ataków. Piszę o tym w czasie przeszłym, bo mimo iż zawsze uważałem, że to co robię jest istotne, to jakiś czas temu wydarzyło się kilka sytuacji, które ucementowały mnie w tym przekonaniu. I stały się argumentami nie do zbicia w dyskusji na temat tego, czy blogowanie jest czymś ważnym.

Jest. Jest ważne jak cholera i ma niebagatelny wpływ na innych ludzi.

Oto 3 najistotniejsze sytuacje świadczące o tym.

 

List od czytelniczki

Długo zastanawiałam się czy napisać ten list ale uznalam, że jestem Ci to wina… ale po kolei.

Jestem z małego miasta, przyjechalam do Krakowa na studia ponad 2 lata temu i nie znalam tu nikogo, czułam się obca i wszystko było mi takie obce, ludzie miejsca, odnalezenie się na uczelni… no wszystko. Początki były trudne, jednak nawet gdy nie miałam się tu do kogo odezwac to wiedziałam, że jest mój chłopak i że jego mam. Mimo, że był daleko bo wiele kilometrów ode mnie w rodzinnym mieście, to czułam że jest i że mogę na niego liczyć nawet jak jest tu źle. Bardzo go kochałam ale on mi ciągle powtarzał że za mało i że niepotrzebnie wyjeżdzałam bo przez tojesteśmy daleko od siebie i nie może się nacodzień ze mną spotykać. Coraz częsciej robił mi wyrzuty i mówił, że musi się zastnowić czy to ma sens i przed samą sesję gdy miałam nawięcej nauki i do tego jeszcze awarię ogrzewania w mieszkaniu, bo coś się stało z instalacją elektryczną i nie dało się tam wytrzymać, a co dopiero uczyć zostawił mnie…

Szczerze mówiąc chciałam wtedy umrzeć… Nigdy nie miałam dobrego kontaktu z rodzicami, a jak dowiedzili się że mam problemy z nauką i że oblałam połowę egzaminów ojciec zrobił awanturę i powiedział, że szkoda pieniędzy na takiego darmo zjada a mama powiedziała, że się na mnie zawiodła. Była załamana, nie miałam sie do kogo zwrócić i cale dnie spędzałam w internecie na forach o depresji i szczerze mówiąc nie pamiętam już jak, ale to chyba z jakiegoś forum właśnie trafiłam na twojego bloga na artykuł ‘bez ciebie moje życie nie ma sensu’. Pamiętam że on otworzył mi oczy i dał do myślenia, że to że Sławek mnie zostawił to nie koniec świata i po nim zaczęłam się wczytywac w inne. Może to głupio zabrzmi ale poczułam, że znalazłam bratnią dusze i zaczęłam się wczytywać w inne artykuły i od jakiejś półtorej roku czytam Cię codziennie. Czasem się z Tobą nie zgadzam, ale zawsze dajesz mi do myślenia a przede wszystkim motywujesz zw łaszcza artykułami o rozwoju i spełnianiu marzeń! Jestem Ci bardzo wdzięczna za to co robisz bo nieraz Twoje artykuły wyciągały mnie z dołka i nie pozwalały poddać się depresji kiedy było już najgorzej!

Teraz jestem na trzecim roku, mam kilka kolezanek na roku i jedną taką bliższą chyba przyjaciółkę i polubiłam to miasto, mimo, że początkowo byłam negatywnie do niego nastawiona i nie czuję tak samotna, a w sumie to już prawie w ogóle. To tez dzięki Tobie bo pokazałeś mi że to miasto może być fajne i wcale nie musi być straszne dla kogoś z małego miasta i że jest dużo pieknych miejsc. Przepraszam że tak chaotycznie to piszę, ale po prostu chciałam Ci napisać, że robisz dobrą rzecz i zebyś nie przestawał bo ludziom to pomaga, a mnie pomogł to naprawdę bardzo dużo.

Dziękuję.

S.

 

Spotkanie z prezesem Raiffeisen Polbank

We wrześniu byłem w Londynie w związku z akcją reklamową na blogu. Pomijam, że w ramach wyjazdu jadłem tam świetne jedzenie w najlepszych restauracjach w ścisłym centrum miasta. Pomijam, że wjechałem na London Eye prywatną kapsułą, jakbym był co najmniej prezydentem miasta. Pomijam, że gdybym chciał zapłacić z własnej kieszeni za przelot w obie strony i wszystkie atrakcje, które miałem tego dnia, musiałbym poświęcić zarobki z całego miesiąca. Pomijam, nawet że za tę akcję dostałem całkiem przyzwoitą kasę.

To wszystko jest niczym w obliczu poznania Piotra Czarneckiego. Prezesa Raiffeisen Polbank.

Wielu moich znajomych z roku marzyło o pracy w banku. Żeby napisać magisterkę w terminie, obronić się i zagrzać krzesełko przy biurku, przy którym mogliby wysyłać maile z anglojęzyczną nazwą stanowiska w stopce. Ja nigdy nie miałem takich pomysłów, ale, gdyby mnie dziwnym trafem jakiś halny poniósł w tę stronę, nawet nie chcę się zastanawiać. Nie chcę się zastanawiać ile lat musiałbym klepać Excela, zostawać po godzinach, brać pracę do domu i rezygnować z życia nawet w weekendy, żeby móc choć zaparzyć kawę i powiedzieć „dzień dobry panie Piotrze”, „tak panie Piotrze” i „oczywiście panie Piotrze”.

A tak, piłem z panem Piotrem szampana.

Gadając jak dobrzy znajomi, o tym, o czym można gadać sobie przy szampanie. I to na szczycie London Eye. I to pan Piotr, a w zasadzie Piotrek, próbował zdobyć moją przychylność, bo wiedział, że jestem blogerem i zależało mu na tym, żebym miał pozytywne skojarzenia z jego bankiem. Z bankiem, w którym jest prezesem.

Jak zajebiste jest to?

 

Znalezienie 7 tutorów

We wrześniu też, razem z kilkoma innymi blogerami, szukałem tutorów do Akademii Przyszłości. Tutorów, czyli osób, które przez cały rok będą poświęcać swój czas na pracę z dzieciakami z trudnych rodzin. Na pomoc w nauce, odrabianiu lekcji, kłopotach z motywacją, ale przede wszystkim pomogą im uwierzyć w siebie i poczuć wartość własnej osoby.

Wśród moich czytelników znalazłem 7 osób, które zdecydowały się podjąć to wyzwanie.

7 osób, które zmienią losy 7 dzieciaków. Dzieciaków, o które nie ma kto zadbać, nie ma kto zainteresować się ich rozwojem i nie ma kto pokazać, że tylko niebo jest limitem, a życie może być spoko. Możesz powiedzieć, że 7 to nie dużo. Że 7 to tyle co nic. Ale biorąc pod uwagę, że te 7 dzieciaków będzie kiedyś dorosłymi ludźmi i być może, dzięki temu, że zajęli się nimi tutorzy, szczęśliwymi ludźmi, dla mnie to bardzo dużo.

Bo każde życie ma wpływ na dziesiątki innych.

 

***

 

Tak, prowadzę bloga. Taką stronkę w internecie.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Philippe Put