Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #3: studniówka, 16 groszy i Adam Mickiewicz

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Rowena Waack
autorem zdjęcia jest Rowena Waack

Powitajmy grudzień głośnym alleluja i podziękujmy Panu, że jeszcze nie spadł śnieg i da się wyjść z domu bez kalesonów. Z tego miejsca pozdrawiam dziewczynę, która w środę, w okolicach godziny 20:43, szła po Szewskiej w czarnej, cieniutkiej bluzce na ramiączkach i szeroko rozpiętej ramonesce. Do twarzy Ci w twardych sutkach. Dla pozostałych, którzy też cały tydzień biegali po mieście, zapominając jaka jest pora dnia i roku, mam garść wiadomości ze świata. Przepraszam, z internetu.

Jak ubrać się na studniówkę? Myślicie, że to stutysięczne, nudne zestawienie brzydkich sukienek? Nic z tych rzeczy! To turbo-fachowy poradnik profesora Miodka mody męskiej, znanego także jako Mr Vintage. Czyli w końcu ktoś radzi chłopakom.

Dostała 16 groszy napiwku, więc wyjeżdża z kraju: zabawny, grafomański tekst na Gazeta.pl, o nieudacznikach życiowych, którzy nie mają pomysłu na siebie i za swoje niepowodzenia winią wszystkich wokół.

Jak to jest być studentką neurobiologii we Wrocławiu: czyli bardzo trafny, ironiczny komentarz Pawła Opydo do powyższego tekstu. Trochę mi przykro, bo sam chciałem to zrobić, ale Paweł mnie ubiegł.

Chleb o smaku pizzy: jak ktoś lubi pizzę, to nie muszę dodawać nic więcej. Jak nie lubi, to ten przepis i tak go nie przekona.

Jak wygląda prawdziwy hipster do sześcianu? Pisze twitterowe statusy na maszynie, chodzi boso i zawsze ma przy sobie przenośny adapter z winylami. Przynajmniej według 9GAGa.

Adam Mickiewicz w TVN24: kojarzycie profil Facecje z genialnymi rozmowami wielkich myślicieli, pokroju Platona, na Facebooku? To teraz ta satyra historyczna wjechała na YouTube’a w postaci animacji.

 

Klip tygodnia: trzeci odcinek “CPI” i trzeci raz Quebo. Naprawdę w tym tygodniu chciałem wrzucić kogoś innego, ale od wtorku zapętliłem ten numer kilkaset razy. No i ma pozytywny, słoneczny, wakacyjny klip, więc nawet jeśli nie trawicie jego muzyki, to chociaż popatrzcie sobie na widoczki.

 

Damska stylówka tygodnia: ubiór tak przerysowany, że aż ciekawy. Jeśli szukacie inspiracji, a nie gotowych zestawów, to więcej takich przegięć znajdziecie na pięknie brzmiącym “I hate blond”.

zdjęcie pochodzi z bloga ihateblonde.com
zdjęcie pochodzi z bloga ihateblonde.com

 

Męska stylówka tygodnia: w tym tygodniu brak. Przeczytałem cały internet i nie znalazłem nic ciekawego, a nie chciałem wrzucać staroci. Jak Wam coś wpadło w oko, to podklepcie.

 

Fanpage tygodnia: kolejny wielki powrót! Tym razem po chwili nieobecności znów działają mistrzowie savoire-vivre’u, czyli “Ilustrowany podręcznik dla młodzieży dobrze wychowanej”.

 

Prawie bym zapomniał, jak przyjdzie do Was jutro Święty Mikołaj, to możecie się pochwalić co przyniósł (przypominam, że rózga, to też powód do chwalenia się) .

(niżej jest kolejny tekst)

Najlepszy dar losu jaki dostałem w życiu!

Skip to entry content

Mam 7 lat, w tym roku zacząłem szkołę. Bardzo tego nie chciałem, ale musiałem pożegnać się z przedszkolem, Panią Halinką i grysikiem na podwieczorek. A ten grysik był super, bo był ciepły, słodki, miał takie grudki i jak się go wolno piło, to zostawały wąsy pod nosem. Takie twarde, prawie, że na stałe. Choć ja na stałe nie chciałbym wąsów, bo jak się ma wąsy, to trzeba chodzić do pracy. Pani Halinka też była super, bo miała takie ogromniaste czerwone korale i zawsze się uśmiechała i mówiła, że kiedyś zostanę budowniczym na jakiejś wielkiej budowie, bo tak dobrze buduję.

No w każdym razie, chodzę do tej szkoły i średnio mi się to podoba, bo trzeba siedzieć w ławce tyle czasu, nigdzie nie ma klocków i ciągle trzeba pisać. Ostatnio na przyrodzie zapisałem całą stronę. Całą! Myślałem, że sobie rękę zwichnę od tego pisania, tyle tego było. Ale dzisiaj jest piątek. Dzisiaj tylko 3 lekcje. Tylko polski, matematyka, plastyka i do domu! I babcia obiecała, że zrobi dzisiaj zupę zacierkową i da mi pociąć zacierki tym wieeelkim nożem. A po obiedzie będę mógł oglądać „Generała Daimosa” i bawić się LEGO, aż do nocy, bo nie muszę odrabiać lekcji na jutro.

A jutro jest sobota i przyjdzie Pan Mikołaj!

Sam jeszcze nie piszę tak ładnie jak dorośli, ale poprosiłem mamę i mama pomogła mi napisać list do Pana Mikołaja. Bo może Twoja mama Ci jeszcze nie mówiła, bo jesteś za mały, ale Mikołaj to jest taki Pan, który ma wielkie sanie, wielką brodę i ogromniastą torbę, w której trzyma wszystkie prezenty jakie tylko są na calusieńkiej Ziemi. I jak byłeś grzeczny cały rok, nie dostałeś żadnej uwagi do dzienniczka, ani żaden dorosły Cię nie okrzyczał, że malujesz mazakami po klatce albo podeptałeś kwiatki, to Pan Mikołaj do Ciebie przyjdzie. I da Ci prezent jaki tylko sobie wymarzyłeś, tylko wcześniej musisz do niego napisać list. No i być grzeczny właśnie.

I jutro jest ta noc!

Jutro Pan Mikołaj przyleci swoimi wielgachnymi saniami z końca Ziemi, gdzie jest tylko śnieg i nic innego, i przeciśnie się przez komin i zostawi mi prezent pod poduszką. I nie pytaj jak on to robi, że wchodzi do każdego domu, nawet jak ktoś mieszka w bloku, tak jak ja z mamą, i nie ma takiego komina, że się w nim pali, jak na filmach. Nie pytaj, bo nikt tego nie wie, a jakby wiedział, to Pan Mikołaj musiałby mu zaczarować język, żeby nikomu nie powiedział, bo to jest tajemnica. Ale przychodzi i wkłada prezent pod poduszkę, i robi to tak, że nawet nic nie poczujesz.

Nawet jakbyś nie spał i czekał na niego całą noc, to on i tak, jak duch prawie, wejdzie tak, że go nie zauważysz w ogóle. Dopiero rano, jak wstaniesz, zobaczysz, że coś masz pod poduszką i że to właśnie to, co mu napisałeś w liście.

Ja w tym roku prosiłem o zamek z LEGO, model 6082, ze smokiem i czarodziejem, który ma taką głowę obronną, że z niej wylatują kamienie jak ktoś go chce zaatakować, i smoczą jamę z bramą, w której smok się może chować i sobie spać. To nie jest główny zamek w mieście, tylko taki poboczny, ale jest bardzo ważny, bo jest tam czterech rycerzy – dwóch z kuszami, jeden z mieczem i jeden z toporem – i skrzynia ze skarbem. No i czarodziej! Także musi być ważny, bo skarbu i czarodzieja nie daje się byle gdzie. Zresztą mi się wydaje, że jest nawet ważniejszy od tego głównego, skoro smok tam jest i stamtąd nie uciekł.

Już nie mogę się doczekać jutra! To już! To już! To już!

Szlachetna Paczka blogerzy

Tak jak ja w dzieciństwie wyczekiwałem Świętego Mikołaja z wymarzonym zestawem LEGO, tak dziś wiele dzieciaków czeka na swój prezent 6-go grudnia. Ale go nie dostaje. Mimo, że napisało list, nie pobrudziło klatki schodowej i nie zdeptało nawet jednego kwiatka. I 24-go grudnia historia się powtarza. Nie ma pięknych sukienek, wypasionych samochodzików, ani nawet porządnej paczki słodyczy pod choinką. Często nawet nie ma samej choinki. I gdzieś, być może na Twoim osiedlu, być może w Twoim bloku, a być może drzwi obok, jest mały Jasiu, który bardzo, ale to bardzo mocno wierzy, że w tym roku będzie inaczej. A nie jak zawsze.

Prezentu nie ma, a dzieciak nie może zrozumieć co zrobił źle. Czuje się kompletnie rozczarowany.

Podejrzewam, że Ty też czujesz się lekko zawiedziony, bo po zdjęciu w zajawce wpisu, spodziewałeś się jakiegoś turbo-hiper-ultra gadżetu, a zobaczyłeś puste pudełko. Wyobraź sobie teraz jak musi się czuć kilkuletni chłopiec, który przez cały rok marzył o plastikowym Spidermanie albo korkach do gry w piłkę, ale tego nie dostał. Ani nic innego. Mało przyjemne, co?

Żeby takich sytuacji było mniej, powstała akcja „Szlachetna Paczka”, która pomaga rodzinom żyjącym w niezawinionej biedzie i sprawia, że święta dają iskrę radości, a nie są najgorszym okresem w roku. Stowarzyszenie Wiosna (to samo, które tworzy Akademię Przyszłości), w zeszłym roku zorganizowało gwiazdkowe prezenty dla aż 17 684 rodzin, wywołując tym samym uśmiech na twarzach tysięcy dzieciaków. Ale nie zrobili tego sami. Oni są tylko świątecznymi pomocnikami, a prawdziwym kierownikiem elfów jesteś Ty!

szlachetna paczka wybieram rodzinę

szlachetna paczka

szlachetna paczka wpłacam na paczkę

Jeśli chcesz bezinteresownie zrobić coś dobrego, podarować drugiej osobie gwiazdkę z nieba i sprawić, że w te święta nie będzie czuł się rozczarowany, masz na to 2 sposoby. Możesz albo wybrać konkretną rodzinę, skrzykując się ze znajomymi i organizując dla niej prezenty, albo wpłacić dowolną kwotę na utrzymanie “Szlachetnej Paczki”.

Niezależnie co wybierzesz, to pamiętaj, że dobro wraca, bo nikt nie powiedział, że tylko blogerzy dostają dary losu!

Nie jadłem mięsa przez miesiąc. Przeżyłem

Skip to entry content

Poniosło mnie jak Luxurię Astaroth u Wojewódzkiego i zrobiłem sobie postanowienie, że przez cały listopad nie będę jadł mięsa. Nie chcę się powtarzać, więc jeśli interesuje Was powód dla, którego podjąłem to wyzwanie, to wszystko w tekście “Miesiąc bez mięsa”. W skrócie, chciałem sam się sprawdzić, czy dam radę i zobaczyć, czy wegetarianizm coś daje. Przeżyłem, nie umarłem, wytrzymałem, minął miesiąc i wypadałoby odpowiedzieć na kilka pytań związanych z tym, jak to było.

Zacznijmy od najbardziej oczywistego, które z pewnością nurtuje wszystkich, chcących zrobić to samo, czyli…

 

Czy trudno było zacząć?

Trudno, ale nie z powodów przyzwyczajeniowo-uzależnieniowych, a, że tak powiem, rodzinnych.

1-szy listopada to Dzień Wszystkich Święty, w związku z czym wróciłem do domu na weekend, w związku z czym, mama przygotowała jedzenia jak dla trzech jednostek wojskowych, w związku z czym nie było szans, żeby jej wytłumaczyć, że „mamo, ale ja od dzisiaj nie jem żadnych, ale to żadnych zwierzątek”, w związku z czym zaliczyłem falstart, w związku z czym musiałem ruszyć z akcją dwa dni później jak już wybyłem od rodzicielki. Niestety, ale siła wyższa.

Jak już tego 3-go listopada obudziłem się w Krakowie, to nie miałem jakichś większych trudności, żeby podarować sobie szyneczkę na śniadanie. I dnia następnego też. I następnego, i następnego, i następnego, i tak, aż do dzisiaj. Poszło całkiem gładko i bez niespodziewanych zwrotów akcji.

Pewnie zastanawiacie się…

 

Co jadłem zamiast mięsa?

Głównie przerabiałem „normalne” przepisy na wegetariańskie po prostu usuwając z nich mięcho, ale nie ukrywam, że ze sporą pomocą przyszedł mi też polecany przez Was blog Jadłonomia.

Ale konkrety, konkrety, bo takie pitolenie to nikogo nie obchodzi.

Przede wszystkim jadłem sporo sera i szpinaku. Tagliatelle z lazurem i szpinakiem, lazania szpinakowa, pierogi ze szpinakiem i fetą i inne wariacje na ten temat. Z własnych dokonań kulinarnych niezwierających ulubionego składnika Popeye’a, jestem szczególnie dumny z wegetariańskiego burrito. Polega na tym, że robisz dokładnie to samo co zwykłe, tylko zamiast przemielonej świnki wrzucasz więcej fasoli. Poza własnym pichceniem, moimi przyjaciółmi były burgery wegetariańskie na mieście, ale to materiał na cały oddzielny wpis, więc tylko powiem, że bywało z nimi różnie i nie wszystkim knajpom to wychodzi.

To były opcje obiadowe. Co do kolacjowych, to bardzo polubiłem kremy z brokułów, dyni i w zasadzie wszystkiego innego, co da się zmiksować na jednolitą papkę. Jeśli natomiast chodzi o śniadania, to tu nie było żadnych odkryć godnych Nobla. Albo jajecznica, albo kanapki z kozim serem, albo pomidor z mozzarellą, albo omlet, albo tosty z goudą i rukolą. No raczej standard.

Czas żebym przeszedł do meritum i powiedział Wam…

 

Jakie miałem trudności w przetrwaniu tych 30 dni?

Kompletnie się tego nie spodziewałem i przyznam, że byłem szczerze zaskoczony, ale…

 

[jesteście na to gotowi?]

 

[jeśli nie poszliście po popcorn, herbatę, albo pies szarpie Was za nogawkę, bo musi wyjść na dwór, to ostania chwila]

 

[dzwonki w telefonie wyciszone, pokój zamknięty, rolety zaciągnięte?]

 

…nie miałem kompletnie żadnych trudności z tym, żeby wyeliminować mięso z diety na cały miesiąc. Serio! Przy moim wcześniejszym trybie życia i żarciu mięcha przy każdej możliwej okazji, nawet jako przegryzka do filmu, spodziewałem, że to będzie ciągła walką z samym sobą. A przynajmniej starymi nawykami i faktem, że często ktoś jadł przy mnie kotlety, szynki, kiełbasy i kanapki z hajsem. To znaczy z salami.

Ani nie śliniłem się na widok jajecznicy na podwawelskiej, ani nie rzucało mną, gdy ktoś rozcinał schabowego przy mnie, ani nawet wzrok mi specjalnie nie skręcał, kiedy mijałem dział mięsny podczas zakupów. Wynikało to chyba z tego, że wegetariańskie potrawy, które jadłem, były na tyle dobre i sycące, że nie czułem jakiegoś dyskomfortu ani psychicznego, ani fizycznego.

Jedyne nieudogodnienie, jakie pojawiało się w trakcie tego listopada, polegało na tym, że zdarzało mi się zapomnieć o moim postanowieniu. I przypomnieć ułamek sekundy przed złożeniem zamówienia, gdy kelnerka chciała je zapisać. Z perspektywy trzeciej osoby musiało wyglądać to dość komicznie, kiedy chciałem powiedzieć „poproszę devolaya” i tuż przed wypowiedzeniem literki „d” robiłem grymas jakby mnie podłączono do linii wysokiego napięcia, po czym nienaturalnie pobudzony rzucałem „a nie, nie, przepraszam, muszę się jeszcze chwilę zastanowić”.

Starość nie radość, pamięć nie zdjęcie wrzucone do internetu – nie zostaje na zawsze. Nie mniej, na szczęście ani razu nie zdarzyło mi się zapomnieć i włożyć jakiegoś kurczaka do ust.

Dobra, nie było jakichś specjalnych problemów, ale…

 

Czy widzę jakieś efekty z tego, że nie jadłem mięsa?

To z kolei mnie jakoś specjalnie nie zdziwiło, ale…

 

[pobawimy się jeszcze trochę w napisy w kwadratowych nawiasach?]

 

[może jakiś niepoprawny politycznie suchar dla rozładowania napięcia?]

 

[na przykład ten: czemu mężczyźni nie mają cellulitu?]

 

[wiecie?]

 

[bo to brzydko wygląda, hehehe]

 

[że co, że nie śmieszny?]

 

[aaa, niech Wam będzie]

 

…nie widzę większej różnicy między spożywaniem, a niespożywaniem zwierząt.

Popełniłem duży błąd, bo nie zrobiłem sobie badań przed rozpoczęciem eksperymentu i po, ale z własnych oględzin, nie zauważyłem, ani żebym schudł, ani dostał jakiegoś specjalnego kopa. Nie wiem na ile to faktyczny wpływ wegetarianizmu, a w jakim stopniu to autosugestia, ale (jakkolwiek dziwnie to brzmi) czuję się „lżej”. I mówiąc „lżej”, nie wiem jak to bardziej obrazowo doprecyzować, ale po prostu mam wrażenie, że jestem jakby ciut lżejszy i mniej zalega mi w żołądku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 30 dni, to zdecydowanie za mało na jakieś wymierne efekty i jednoznaczną odpowiedź na egzystencjalne pytanie „jeść mięcho, czy nie jeść mięcha?”, dlatego chwilę zastanawiałem się…

 

Co dalej?

Z tej całej akcji najbardziej cieszy mnie to, że odzależniłem się (jeśli nie ma takiego słowa, to właśnie je wymyśliłem) od mięsa. Wcześniej nie mieściło mi się w głowie, jak można nie zjeść przez cały dzień kurczaka albo krowy, a obiad bez kotleta był jak banknot 300-złotowy. Nie istniał. Teraz zupełnie nie mam z tym problemu, w związku z czym, wrócę do zwierzątek tylko częściowo. Powiedzmy, że będę jadł mięso maksymalnie 4 razy w tygodniu. Myślałem o tym, żeby pociągnąć wege-wyzwanie jeszcze 2 miesiące i dobić do kwartału, ale jednak zbyt lubię włoskie szynki i prawdziwe, wołowe burgery.

Tak, czy inaczej, polecam każdemu kto jest uzależniony od mięsa zrobić sobie taki 30-dniowy eksperyment i zobaczyć, że bez niego też da się żyć. I to wcale nie w jakichś mękach i bólach (a jeśli jeszcze będziesz do tego jeść siemię lniane, to szybciej urosną Ci włosy).

I jeszcze jedno, kiedy pisałem Wam o moim postanowieniu, kilka osób zadeklarowało, że przyłączy się do mnie i też je podejmie, jak Wam poszło?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Flood G.