Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

W czasach naszych rodziców pracę zmieniało się 3, góra 4 razy w ciągu całego życia. Mnie od skończenia gimnazjum, gdy po raz pierwszy poszedłem w wakacje do fabryki, udało się zmienić pracę już 17 razy, a jedną z nich było stanowisko „kanapkowego” w Maku. Czyli człowieka, który smaży mięso, tostuje bułki, wyciska sos i nakłada warzywa. Zdarzenia te miały miejsce 6 lat temu, gdy byłem na pierwszym roku informatyki i ekonometrii i żyłem w przekonaniu, że w dniu skończenia studiów, każdy krezus z setki Forbesa będzie mnie błagał, żebym wpadł do jego biura na rozmowę rekrutacyjną. No, nie było tak, ale to innym razem.

Podczas przygody w McDonald’s – oprócz tego, że zarobiłem złocisze na i tak zbyt drogie pół pokoju w dużo zimniejszej kamienicy, niż mogłoby to wynikać z zapewnień właściciela – miałem okazję skonfrontować kilka powszechnie utrwalanych mitów na temat tej sieci z rzeczywistością. Tak, tych, które wypisuje się na forach i w komentarzach, gdy tylko ktoś wrzuci zdjęcie shake’a.

Oto najistotniejsze legendy krążące na temat Maka, które osobiście sprawdziłem.

Mit: W Maku pracuje się jak w obozie

McDonald’s jest jednym z niewielu miejsc, gdzie na starcie nie masz żadnej żałosnej umowy zlecenia, czy – nie daj boże! – o dzieło, tylko normalną, uczciwą umowę o pracę. Z którą możesz chorować, brać kredyt i płatne wolne. No i oczywiście – najważniejsza z ważnych rzeczy – nabijać sobie składkę emerytalną. Co do warunków pracy już „w środku”, to nie widziałem miejsca, gdzie przestrzegałoby się przepisów prawa pracy bardziej niż tam. Zbyt wiele oczu skierowanych jest na tak ogromną firmę, żeby mogła pozwalać sobie na jakieś nadużycia, typu brak przerw, podstaw socjalnych, czy bezpłatne nadgodziny.

Jeśli chodzi o samą pracę, to jest wymagającą i o obijaniu się nie ma mowy, a przynajmniej było tak w moim przypadku, bo pracowałem w Galerii Krakowskiej na -1. Czasem, gdy do lokalu wpadła wycieczka z bandą dzieciaków z podstawówki, to przez dobre pół godziny nie było szans, żeby choć na moment odejść od tostera. No, ale za to właśnie mi płacili. I to – jak na tamte czasy i to, że byłem człowiekiem „z ulicy” bez żadnych kwalifikacji – całkiem nieźle. Dodaj do tego fakt, że godziny pracy są bardzo elastyczne i grafik możesz sobie ułożyć jak chcesz – dostosowując go do harmonogramu studiów – a hasło „obóz pracy” zaczyna być nieudanym żartem.

Fakt: Kariera od zera do menadżera

To hasło ze spotów Maka, które internet przerobił na memy – a teraz mówią mi „panie kierowniku” – jest jak najbardziej prawdziwe.

Zaczynasz jako zwykły, szeregowy pracownik i z czasem przechodzisz szkolenia na wszystkich stanowiskach w lokalu. Jeśli wykonujesz czynności zgodnie z procedurami i dochodzisz do momentu, w którym się nie popełniasz błędów, zostajesz instruktorem. I szkolisz innych. Następnie – jeśli przejawiasz adekwatny poziom ogarnięcia i jesteś w stanie powiedzieć do drugiego człowieka coś więcej niż „cześć” – kierownikiem zmiany, a później całego lokalu. Ze względu na to, że na żadne stanowisko poza podstawowym, nie przyjmuje się osób „z zewnątrz”, droga „od zera do menadżera” jest całkowicie naturalną ścieżką kariery.

Mit: Dodawanie “czegoś od siebie” do jedzenia

Tak jak w przypadku pierwszego mitu, przy takiej ilości kontroli i audytu przez zewnętrzne jednostki, dodawanie do frytek, burgerów, czy napojów czegokolwiek poza składnikami, które powinny się tam znaleźć zgodnie z recepturą, jest niemożliwe. Mimo to, co jakiś czas powracają historie o robieniu psikusów klientom, chrzcząc kanapki, czy napoje “czymś od siebie”, więc postaram się ukręcić łeb tej plotce na tyle skutecznie na ile to możliwe. NIE MAM MOŻLIWOŚCI, ŻEBY TO ZROBIĆ. Ani technicznie, ze względu na ekspozycję maszyn i miejsce, w którym przygotowuje się jedzenie, ani ze względu na czas. Nie miałbyś kiedy dokonać takich operacji.

Fakt: Wysokie standardy jakości

Jak usłyszałem o tym pierwszy raz w jakiejś reklamie, to pomyślałem to, co każdy – standardowe PRowe pieprzenie. Bywałem w kuchniach innych restauracji i dobrze widziałem co tam się dzieje – przygotowywanie posiłków brudnymi rękami, żywność leżąca na podłodze i „reanimowanie” produktów, którym się przekroczyło datę ważności. W jednej krakowskiej pizzeri nawet byłem świadkiem, jak kucharz nałożył klientowi jedzenie na talerz bezpośrednio po tym, jak przypadkiem spadło na podłogę.

Po McDonald’sie spodziewałem się niewiele więcej. Zmieniłem zdanie, gdy zacząłem tam pracować.

Bardziej higienicznym miejscem od kuchni w Maku jest chyba tylko stół operacyjny. Osoba, która ma kontakt z jedzeniem, nie może mieć kontaktu z niczym innym i to mówiąc dosłownie. Tak jak pisałem we wstępie, zajmowałem się tam składaniem kanapek, co sprowadzało się to tego, że tą samą ręką, którą dotykałem mięsa, bułki, czy warzyw, nie mogłem dotknąć innego miejsca na mojej skórze, nie mówiąc już o podnoszeniu czegokolwiek z ziemi.

Jeśli, przykładowo, upuściłem ser, ogórka, czy cokolwiek, to nie mogłem go podnieść z podłogi, wyrzucić do kosza i wrócić do składania cheeseburgera. Od tego była specjalna osoba od utrzymania czystości w kuchni. Na początku wielokrotnie zdarzało mi się o tym zapomnieć i odruchowo schylić po coś, co miało znaleźć się w kanapce, ale wylądowało między moimi butami. Jeśli zapomniałem się i wziąłem to do ręki, żeby to wyrzucić, wtedy, bezdyskusyjnie i natychmiast musiałem iść umyć dłonie. Nawet, jeśli był to 4 raz w ciągu 10 minut.

Podobnie jest ze WSZYSTKIMI innymi procedurami związanymi z przygotowywaniem jedzenia. Od czystości maszyn zaczynając, na temperaturze mięsa kończąc. Tam po prostu każda rzecz MUSI być świeża.

Mit: Który sam chciałbyś sprawdzić i wygrać iPada, to…

Wszystkie obiegowe plotki i wątpliwości na temat sieci restauracji ze złotymi łukami możecie na bieżąco weryfikować na stronie Twoje Pytania Do McDonald’s. Można pytać o każdą jedną rzecz, która Was trapi i dostać odpowiedź na maila. Jednak jest też inna droga.

Możecie zgarnąć iPada i wycieczkę do dostawców McDonald’s!

ipad air retina konkurs

Chyba nie było jeszcze na blogu tak prostego konkursu z tak dobrymi nagrodami! Jeśli chcecie wygrać 2-dniowy wypad (w okolicach końca stycznia/początku lutego) do dostawców Maka, gdzie sami osobiście sprawdzicie jak powstają ich produkty, i zgarnąć jednego z 5 iPadów Air Retina, wystarczy, że w komentarzu pod tym tekstem napiszecie jaki mit chcielibyście zweryfikować.

Biorąc udział w konkursie oczywiście akceptujecie regulamin, a czas na podanie swojej odpowiedzi macie do końca tygodnia, czyli 29-go grudnia do końca dnia. 5 osób, które poda najciekawsze mity/najbardziej dociekliwe pytania wygra iPady i wypady. Wyniki pojawią się dzień później w tym samym miejscu.

3… 2… 1… obalanie mitów START!

(niżej jest kolejny tekst)

“Hobbit: bitwa pięciu armii” – czy normalni ludzie mają po co iść do kina?

Skip to entry content

Gdy w gimnazjum moi koledzy z klasy licytowali się liczbą przeczytanych tomów „Władcy pierścieni” i poprawnym wymówieniem „Silmarillion”, ja uczyłem się na pamięć tekstów ze „S.P.O.R.T.u” Tedego i przegrywałem każdy nielegal, który wpadł mi ręce. Nie było między nami jakiejś kosy, ale nicią porozumienia też bym tego nie nazwał. Tolerowałem ich rytualne szczytowanie związane z premierami kolejnych ekranizacji książek Tolkiena, aczkolwiek sam kompletnie tego nie czułem. W zasadzie, to podniecanie się fantasy było dla mnie równie niedorzeczne, co kupowanie nauczycielom kwiatów na zakończenie roku szkolnego.

Tak czy inaczej, wybrałem się na najnowszą część opowieści o przygodach hobbitów i wyszedłem z niej naprawdę zadowolony. W zasadzie to bawiłem się również dobrze, co na ostatnich “X-Menach“, którzy są dla mnie jednym z lepszych filmów rozrywkowych. Jak to możliwe? Co „Hobbit: bitwa pięciu armii” ma do zaoferowania komuś, kto nie jest psychofanem niziołków i męskiej biżuterii?

 

Młócka, czary i latające zwłoki

Czyli sceny walki! Jest ich więcej niż ludzi pod Bagatelą po 20:00 i są bardzo przyzwoicie poprowadzone. Nie młócą się w kółko dwaj i ci sami z przerwami na zmianę kadru z twarzy jednego na drugiego, tylko jak sam tytuł wskazuje, wojowników jest od cholery, bo armii jest aż 5. Pocieszne krasnoludki, metroseksualne elfy, przerażający orkowie, spadające z nieba niedźwiedzie i nudni ludzie. No i Pan Gandalf chowający pod spódnicą typa z owłosionymi stopami.

Robię sobie delikatne podśmiechujki, ale tak na serio, to chłopaki naprawdę robią konkretne przedstawienie.

Zwłaszcza smok, który jest pierwszym rzeczywiście przerażającym smokiem jakiego widziałem w kinie. W sumie to chyba nawet miałem ciary widząc scenę z nim. Oprócz tego, mamy przed oczami spory wachlarz ataków i scenerii bitewnych, ale przede wszystkim trup ściele się gęsto! To nie jest film, w którym kamera jest poprowadzona tak, że widać jakiś bliżej nieokreślony burdel, a potem pusty plac z kilkoma zwłokami. Tutaj głowy fruwają w powietrzu gęściej niż dwutlenek węgla w Krakowie, a sceny śmierci są bardzo malownicze i obfite w detale.

 

Dynamika

W filmie jest tylko jeden jedyny moment zamuły. Co prawda z 10-cio, czy nawet 15-minutowy, ale tylko jeden. I to na samym końcu, także po walce finałowej spokojnie można wyjść z kina i zjeść resztkę popcornu w drodze do domu.

 

3D, na które da się patrzeć

Nienawidzę filmów zrealizowanych w trójwymiarze i jeśli tylko mam możliwość zobaczenia tego samego tytułu w 2D, to wybieram płaski obraz. Nowy “Hobbit”, to pierwszy film po „Iron Man 3”, na którym się nie wkurwiałem, że mam dwie pary okularów na nosie. Postacie wychodzą z ekranu w uzasadnionych przypadkach, tworząc tym zabiegiem wartość dodaną filmu, a nie, jak to bywa najczęściej, skutecznie uniemożliwiając czerpanie przyjemności z seansu.

Szczególnie polecam wcześniej wspomnianą scenę ze smokiem. Szczególnie polecam ją reżyserowi “Tramsformersów”. Może po zapoznaniu się z nią, nie spieprzy kolejnej części przygód moich ulubionych zabawek z dzieciństwa, wciskając wszędzie na siłę trójwymiar.

 

Nie trzeba znać fabuły, żeby się dobrze bawić!

W zasadzie to chyba jest nawet lepsza zabawa jak się jej nie zna, bo nie trzeba przejmować się tym całym elfio-krasnoludkowym kontekstem i wczuwać się, że w tej rzeźni o coś chodzi, tylko można nacieszyć oko obrazem. Nie widziałem ani pierwszej częći „Hobbita”, ani drugiej, a z „Władcy pierścieni” pamiętam tylko tyle, że był jakiś pierścionek i dwóch kurdupli, a mimo to, film podobał mi się na tyle, że chętnie poszedłbym na niego jeszcze raz. Albo nawet z dwa razy, bo scena jak koleś strzela do gigantycznego smoka przęsłem wyciągniętym z ogrodzenia, robiąc łuk ze swojego syna, jest prześliczna.

Podsumowując, nawet jeśli jesteś normalny człowiekiem, który nie ma pojęcia o fantasy, warto iść na „Hobbit: bitwa pięciu armii”, bo to zajebista rozrywka!

Cotygodniowy Przegląd Internetu #5: łysienie, brzuch Maffashion i James Bond

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Yaniv Golan
autorem zdjęcia jest Yaniv Golan

Mimo, że do świąt zostało już tylko kilka dni, to tegotygodniowe wydanie “Przeglądu” jest całkowicie wolne od tematyki dzwoneczków, choinek, karpi i kaca po pasterce. Mam nadzieję, że to docenicie.

Jak poradzić sobie z łysieniem? Najlepiej z godnością, a Michał Górecki przy mały wsparciu innych chłopaków z łysosfery mówi jak to konkretnie zrobić.

Facebook wprowadzi przycisk “nie lubię tego”: taką informację podało wiele portali, jednak każdy kto trochę głębiej siedzi w temacie wie, że nie nigdy to nie nastąpi. Pijaru Koksu tłumaczy dlaczego.

Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, imbirem natrzyj dziąsła swe: Klaudyna z Ziołowego Zakątka podaje przepis na imbirowy napar, którym be łykania lekarstw pokonamy przeziębienie, infekcję i urząd skarbowy. Niestety, na to ostatnie nie ma namacalnych dowodów.

Brzydkie strony społeczeństwa: to zbiór mocnych i dosłownych prac hiszpańskiego ilustratora, który, między innymi, porównuje serduszkowanie fotek na Instagramie do seksu oralnego.

James Bonda i polska wódka: brytyjski agent w “Spectre” – najnowszej części filmu o jego przygodach – będzie pił trunek, z którym najczęściej kojarzy się Polska poza jej granicami. Wódkę Belvedere.

Jak prawie darmowo ogarnąć nocleg na wyjeździe? Autorski patent Wędrownych Motyli na wykorzystanie luki w procesie rezerwacji noclegu na AirBnb.

Diagnoza bólu dupy: Moi krakowscy koledzy, najnowszą produkcję postanowili poświęcić niegasnącemu tematowi jednej z najpoważniejszych chorób XXI wieku.

 

Klip tygodnia: dobra, ten teledysk nie jest z tego tygodnia, ale nie widziałem go jeszcze na żadnym innym blogu, a obecność Maffashion w tym obrazie jest zdecydowanie warta odnotowania.Ta buzia, ten brzuch! Śliczniusia!

 

Damska stylówka tygodnia: tym razem złoto zgarnia moja przyjaciół Monika “Co za nogi!” Kamińska. Stworzyła pierwszą w swoim życiu autorską, klasyczną, czarną sukienkę i wygląda w niej tak dobrze, że nawet chyba nie ma sensu jej ściągać.

zdjęcie pochodzi z bloga blackdresses.pl
zdjęcie pochodzi z bloga blackdresses.pl

 

Męska stylówka tygodnia: Adam Szymczak to taki męski odpowiednik odpowiednik Macademian Girl. Na swoim blogu przesadza, daje się ponieść fantazji i nagina wszelkie standardy i ramy mody męskiej. Jeśli lubisz klimat filmów Quentina Tarantino, to powinieneś odnaleźć się w śród jego stylówek.

zdjęcie pochodzi z bloga FASHIONABLE INNOVATIONS
zdjęcie pochodzi z bloga FASHIONABLE INNOVATIONS

 

Fanpage tygodnia: pierwszy oficjalny profil marki, który polecam w tym zestawieniu. I to jakiej marki – środka na potencję! Bez silenia się na metafory, dochodzenie do tematu po nitce do kłębka i zastanawianie się przed 3 dni przed publikacją posta, czy to wypada. Prosto, nieraz prostacko, ale dobitnie i – co najważniejsze – śmiesznie!

 

Jeśli kojarzycie jakieś inne profile marek, które nie przebierają w słowach, tylko walą z przekazem prosto i po twarzy, to podrzućcie. Ciekaw jestem kto jeszcze odważyłby się na tak bezczelną komunikację.