Close
Close

Nie jadłem mięsa przez miesiąc. Przeżyłem

Skip to entry content

Poniosło mnie jak Luxurię Astaroth u Wojewódzkiego i zrobiłem sobie postanowienie, że przez cały listopad nie będę jadł mięsa. Nie chcę się powtarzać, więc jeśli interesuje Was powód dla, którego podjąłem to wyzwanie, to wszystko w tekście “Miesiąc bez mięsa”. W skrócie, chciałem sam się sprawdzić, czy dam radę i zobaczyć, czy wegetarianizm coś daje. Przeżyłem, nie umarłem, wytrzymałem, minął miesiąc i wypadałoby odpowiedzieć na kilka pytań związanych z tym, jak to było.

Zacznijmy od najbardziej oczywistego, które z pewnością nurtuje wszystkich, chcących zrobić to samo, czyli…

 

Czy trudno było zacząć?

Trudno, ale nie z powodów przyzwyczajeniowo-uzależnieniowych, a, że tak powiem, rodzinnych.

1-szy listopada to Dzień Wszystkich Święty, w związku z czym wróciłem do domu na weekend, w związku z czym, mama przygotowała jedzenia jak dla trzech jednostek wojskowych, w związku z czym nie było szans, żeby jej wytłumaczyć, że „mamo, ale ja od dzisiaj nie jem żadnych, ale to żadnych zwierzątek”, w związku z czym zaliczyłem falstart, w związku z czym musiałem ruszyć z akcją dwa dni później jak już wybyłem od rodzicielki. Niestety, ale siła wyższa.

Jak już tego 3-go listopada obudziłem się w Krakowie, to nie miałem jakichś większych trudności, żeby podarować sobie szyneczkę na śniadanie. I dnia następnego też. I następnego, i następnego, i następnego, i tak, aż do dzisiaj. Poszło całkiem gładko i bez niespodziewanych zwrotów akcji.

Pewnie zastanawiacie się…

 

Co jadłem zamiast mięsa?

Głównie przerabiałem „normalne” przepisy na wegetariańskie po prostu usuwając z nich mięcho, ale nie ukrywam, że ze sporą pomocą przyszedł mi też polecany przez Was blog Jadłonomia.

Ale konkrety, konkrety, bo takie pitolenie to nikogo nie obchodzi.

Przede wszystkim jadłem sporo sera i szpinaku. Tagliatelle z lazurem i szpinakiem, lazania szpinakowa, pierogi ze szpinakiem i fetą i inne wariacje na ten temat. Z własnych dokonań kulinarnych niezwierających ulubionego składnika Popeye’a, jestem szczególnie dumny z wegetariańskiego burrito. Polega na tym, że robisz dokładnie to samo co zwykłe, tylko zamiast przemielonej świnki wrzucasz więcej fasoli. Poza własnym pichceniem, moimi przyjaciółmi były burgery wegetariańskie na mieście, ale to materiał na cały oddzielny wpis, więc tylko powiem, że bywało z nimi różnie i nie wszystkim knajpom to wychodzi.

To były opcje obiadowe. Co do kolacjowych, to bardzo polubiłem kremy z brokułów, dyni i w zasadzie wszystkiego innego, co da się zmiksować na jednolitą papkę. Jeśli natomiast chodzi o śniadania, to tu nie było żadnych odkryć godnych Nobla. Albo jajecznica, albo kanapki z kozim serem, albo pomidor z mozzarellą, albo omlet, albo tosty z goudą i rukolą. No raczej standard.

Czas żebym przeszedł do meritum i powiedział Wam…

 

Jakie miałem trudności w przetrwaniu tych 30 dni?

Kompletnie się tego nie spodziewałem i przyznam, że byłem szczerze zaskoczony, ale…

 

[jesteście na to gotowi?]

 

[jeśli nie poszliście po popcorn, herbatę, albo pies szarpie Was za nogawkę, bo musi wyjść na dwór, to ostania chwila]

 

[dzwonki w telefonie wyciszone, pokój zamknięty, rolety zaciągnięte?]

 

…nie miałem kompletnie żadnych trudności z tym, żeby wyeliminować mięso z diety na cały miesiąc. Serio! Przy moim wcześniejszym trybie życia i żarciu mięcha przy każdej możliwej okazji, nawet jako przegryzka do filmu, spodziewałem, że to będzie ciągła walką z samym sobą. A przynajmniej starymi nawykami i faktem, że często ktoś jadł przy mnie kotlety, szynki, kiełbasy i kanapki z hajsem. To znaczy z salami.

Ani nie śliniłem się na widok jajecznicy na podwawelskiej, ani nie rzucało mną, gdy ktoś rozcinał schabowego przy mnie, ani nawet wzrok mi specjalnie nie skręcał, kiedy mijałem dział mięsny podczas zakupów. Wynikało to chyba z tego, że wegetariańskie potrawy, które jadłem, były na tyle dobre i sycące, że nie czułem jakiegoś dyskomfortu ani psychicznego, ani fizycznego.

Jedyne nieudogodnienie, jakie pojawiało się w trakcie tego listopada, polegało na tym, że zdarzało mi się zapomnieć o moim postanowieniu. I przypomnieć ułamek sekundy przed złożeniem zamówienia, gdy kelnerka chciała je zapisać. Z perspektywy trzeciej osoby musiało wyglądać to dość komicznie, kiedy chciałem powiedzieć „poproszę devolaya” i tuż przed wypowiedzeniem literki „d” robiłem grymas jakby mnie podłączono do linii wysokiego napięcia, po czym nienaturalnie pobudzony rzucałem „a nie, nie, przepraszam, muszę się jeszcze chwilę zastanowić”.

Starość nie radość, pamięć nie zdjęcie wrzucone do internetu – nie zostaje na zawsze. Nie mniej, na szczęście ani razu nie zdarzyło mi się zapomnieć i włożyć jakiegoś kurczaka do ust.

Dobra, nie było jakichś specjalnych problemów, ale…

 

Czy widzę jakieś efekty z tego, że nie jadłem mięsa?

To z kolei mnie jakoś specjalnie nie zdziwiło, ale…

 

[pobawimy się jeszcze trochę w napisy w kwadratowych nawiasach?]

 

[może jakiś niepoprawny politycznie suchar dla rozładowania napięcia?]

 

[na przykład ten: czemu mężczyźni nie mają cellulitu?]

 

[wiecie?]

 

[bo to brzydko wygląda, hehehe]

 

[że co, że nie śmieszny?]

 

[aaa, niech Wam będzie]

 

…nie widzę większej różnicy między spożywaniem, a niespożywaniem zwierząt.

Popełniłem duży błąd, bo nie zrobiłem sobie badań przed rozpoczęciem eksperymentu i po, ale z własnych oględzin, nie zauważyłem, ani żebym schudł, ani dostał jakiegoś specjalnego kopa. Nie wiem na ile to faktyczny wpływ wegetarianizmu, a w jakim stopniu to autosugestia, ale (jakkolwiek dziwnie to brzmi) czuję się „lżej”. I mówiąc „lżej”, nie wiem jak to bardziej obrazowo doprecyzować, ale po prostu mam wrażenie, że jestem jakby ciut lżejszy i mniej zalega mi w żołądku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 30 dni, to zdecydowanie za mało na jakieś wymierne efekty i jednoznaczną odpowiedź na egzystencjalne pytanie „jeść mięcho, czy nie jeść mięcha?”, dlatego chwilę zastanawiałem się…

 

Co dalej?

Z tej całej akcji najbardziej cieszy mnie to, że odzależniłem się (jeśli nie ma takiego słowa, to właśnie je wymyśliłem) od mięsa. Wcześniej nie mieściło mi się w głowie, jak można nie zjeść przez cały dzień kurczaka albo krowy, a obiad bez kotleta był jak banknot 300-złotowy. Nie istniał. Teraz zupełnie nie mam z tym problemu, w związku z czym, wrócę do zwierzątek tylko częściowo. Powiedzmy, że będę jadł mięso maksymalnie 4 razy w tygodniu. Myślałem o tym, żeby pociągnąć wege-wyzwanie jeszcze 2 miesiące i dobić do kwartału, ale jednak zbyt lubię włoskie szynki i prawdziwe, wołowe burgery.

Tak, czy inaczej, polecam każdemu kto jest uzależniony od mięsa zrobić sobie taki 30-dniowy eksperyment i zobaczyć, że bez niego też da się żyć. I to wcale nie w jakichś mękach i bólach (a jeśli jeszcze będziesz do tego jeść siemię lniane, to szybciej urosną Ci włosy).

I jeszcze jedno, kiedy pisałem Wam o moim postanowieniu, kilka osób zadeklarowało, że przyłączy się do mnie i też je podejmie, jak Wam poszło?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Flood G.
(niżej jest kolejny tekst)

11 wkurzających zachowań u współlokatorów

Skip to entry content

Ci co czytają czytają mnie trochę dłużej, niż od tekstu o drwaloseksualnych (straszne słowo), znają z pewnością moje zamiłowanie do przeprowadzek i wiedzą, że w maju przewoziłem swoje graty po raz 15-ty. W trakcie tej tułaczki po kamienicach, akademikach i blokach w Krakowie, dane mi było mieszkać w sumie z kilkudziesięcioma osobami wszystkich płci i większości orientacji seksualnych. Jedni byli świetnymi kompanami do opróżniania butelek, a drudzy do rozbicia im ich na głowie, a przebywanie z nimi w jednej szerokości geograficznej było bardziej uciążliwe, niż angina latem.

Dziś zajmiemy się tymi drugimi. Wiecie co najbardziej wkurzało mnie u współlokatorów?

 

#1 – Podjadanie jedzenia

Wjeżdżamy z grubej rury. Wiele jestem w stanie wybaczyć – i jak ktoś mówi „spoczi”, i jak nie wie, że Sosnowiec to nie Śląsk, i nawet jak puści Jeden Osiem L będąc święcie przekonanym, że to dobry rap. Ale są pewne granice. Jak ktoś mi tknie moją półkę w lodówce bez pytania, to łamię palce, przywiązuję do krzesła i puszczam wystąpienie Joanny Senyszyny zapętlone do wersji 10-godzinnej.

 

#2 – Okupowanie łazienki

Zwłaszcza, gdy wanna i muszla są w tym samym pomieszczeniu. Ja rozumiem, że ktoś jest psychofanem higieny. Serio, kumam, że moczenie pośladów i golenie nóg w tempie włosek na minutę jest super, ale na miłość Łysego z Brazzers, nie o 8 rano, gdy inni chcieliby oddać matce naturze to, co jej, przed pracą!

 

#3 – Niemycie się

Nie chcę się zalać rzewnymi łzami wracając do tego wspomnienia, więc poprzestańmy na tym, że to totalne przeciwieństwo poprzedniego punktu.

 

#4 – Składanie ślubów milczenia

Czyli ludzie duchy, którzy tylko przemykają między drzwiami swojego pokoju, a wejściowymi, a najdłuższa wypowiedź, jaką możesz od nich usłyszeć, to „cześć”, gdy przypadkiem trafisz na nich w kuchni. Na szczęście zdarzyło mi się tylko dwukrotnie mieszkać z takimi pustelnikami, nie mniej, to unikanie kontaktu za wszelką cenę i udawanie, że żyje się obok było strasznie męczące.

 

#5 –  Finansowy Alzheimer

Dotyczy sytuacji, kiedy jesteś tą pechową osobą, która ma przelewać właścicielowi hajs za całe mieszkanie. I co miesiąc musisz się prosić o czynsz, tak jakby ta kasa szła co najmniej do Ciebie. I tak się składa, że jeden z Twoich współlokatorów, mimo, że ma ledwo dwadzieściakilka lat, to już w tak młodym wieku cierpi na alzheimera. I bidulkowi zawsze się zapomni, że trzeba zapłacić, że to dziś i, co więcej, że co miesiąc to ten sam dzień i ta sama kwota.

 [emaillocker]

#6 – Robienie z mieszkania noclegowni

W piątek wpadł kuzyn z narzeczoną na weekend, bo we wtorek mieli coś tam do załatwienia w Krakowie. W środę przyszła koleżanka po notatki i tak się zagadała, że nie miała jak wrócić. W czwartek znajomy wracał z Londynu po roku emigracji. Został do niedzieli. W poniedziałek żal się zrobiło bezdomnego pod monopolowym, to przecież wiadomo, że może przekimać kilka nocy u nas. Bo mieszkanie to przecież taki eufemizm przytułku.

 

#7 – Magazynowanie słoików

Puste, pełne, nieważne. Ważne, że są WSZĘDZIE, bo przecież trudno wymagać od dorosłej osoby, mieszkającej poza rodzinnym domem, żeby potrafiła gotować prawda?

 

#8 – Robienie imprez bez zapowiedzi

Jestem ostatnią osobą, która ma coś przeciwko spotkaniom towarzyskim, ale są momenty, kiedy melanż jest niewskazany. Na przykład kiedy jest środek nocy, a Ty za kilka godzin musisz wstać do pracy i być w życiowej formie, bo masz spotkanie z klientem, na którym będziesz prezentował projekt za 120 000 złotych. Albo, gdy to 8 impreza w tym tygodniu.

 

#9 – Wprowadzanie godziny policyjnej

Mimo, że kompletne przeciwieństwo poprzedniego zachowania, to równie irytujące. Bo powiedz, że nie wkurza Cię, gdy ktoś w piątek, świątek, a zwłaszcza w sobotę idzie spać o 20:00 i wymusza na Tobie grobową ciszę, robiąc aferę za każdym razem, kiedy odkręcisz wodę w łazience albo głośniej mlaśniesz ustami. Ona chce spać, więc powinieneś przestać oddychać.

 

#10 – Dzielenie się orgazmami

Seks jest spoko. Co prawda nie miałem jeszcze okazji samemu się o tym przekonać, ale tak mówią bliscy znajomi, więc im wierzę. Mimo wszystko, wydaje mi się, że jest najbardziej spoko, kiedy nie angażujesz do niego osób trzecich, które nie mają na to ochoty. Na przykład waląc pięścią w ścianę graniczącą z kuchnią i drąc się „ja pierdolę, dochodzę, dochodzę, do-ooo-ooo-ooo-chodzę”, gdy inni domownicy akurat gotują obiad.

 

#11 – Niesprzątanie

Wanna oblepiona włosami, miniaturka Krzywej Wieży w Pizie z brudnych kubków w zlewie, wały przeciwpowodziowe z pełnych worków ze śmieciami i udawanie, że kłęby kurzu na podłodze, to chmury burzowe, które same znikną, to cienie mocno przysłaniające blaski mieszkania ze współlokatorami.

 [/emaillocker]

Cotygodniowy Przegląd Internetu #2: pieniądze, “Gwiezdne Wojny” i Make Life Harder

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Marcelo Braga
autorem zdjęcia jest Marcelo Braga

Tematy w drugim odcinku “Cotygodniowego Przeglądu Internetu” nieco bardziej serio niż w pierwszym, bo jest trochę o pracy, pieniądzach i najbardziej kultowej serii filmów fantastyczno-naukowych. Ale żeby nie było, że same poważne rzeczy, to fanpage, klip i gry tygodnia starają się to balansować.

 

Ile przepłacasz na jedzeniu? Pierwszy skarbnik polskiej blogosfery – Szaffi znany także jako Michał Szafrański – pisze o tym, że Monte w zależności od sklepu, może kosztować nawet 71% więcej. Brzmi śmiesznie dopóki nie przełożysz sobie tej zależności na cały koszyk z zakupami.

Pierwsze miasto wolne od reklam: władze francuskiego miasta Grenoble postanowiły usunąć z ulic wszystkie billboardy, a w ich miejscu posadzą drzewa. Podeślecie tę publikację samorządowcom w swoich miejscowościach?

Jaki język programowania jest najbardziej dochodowy? Jeśli doszło do Ciebie, że studiowanie zarządzania to większa pomyłka, niż wprowadzenie amnestii w 2007 i myślisz o zajęciu się programowaniem, to sprawdź ten tekst.

Jak to jest być korektorem? Najbardziej znana krakowska poprawiaczka przecinków – Ula Łupińska – mówi o tym, jak to jest większość czasu, w którym nie śpi spędzać z nosem w książkach. Książkach, które mają błędy gramatyczne, merytoryczne, a czasem i ortograficzne.

 

Fikcyjny zwiastun nowej części “Gwiezdnych Wojen”: przeleciał po Fejsie jak szafiarka przez wyprzedaż w Zarze, przyprawiając psychofanów serii o palpitację serca.

 

Prawdziwy zwiastun nowej części “Gwiezdnych Wojen”: dopiero nabiera mocy, rozkręcając się w strumieniu aktualności, a już dyżurni na pogotowiach nie nadążają z przyjmowaniem zgłoszeń o zawałach.

 

Najlepsze gry na androida: dobrze zastanów się, czy chcesz zobaczyć to zestawienie,  bo możesz przepaść na kilkanaście godzin. Albo bezpowrotnie.

Klip tygodnia: Rasmentalism szykuje się do nowej płyty i po singlu mogę powiedzieć, że zamawiam z miejsca. Polecam, mimo, że tytuł wybitnie niekrakowski.

 

Damska stylówka tygodnia: mimo, że sweter i zakolanówki to zestaw totalnie prosty, to niewiarygodnie efektowny i seksowny, choć nie oszukujmy się, że modelka też gra tu istotną rolę. Cajmel ogólnie ma w sobie coś takiego hipnotyzującego, że patrząc na nią momentalnie się uspokajam.

zdjęcie pochodzi z bloga Cajmel.pl
zdjęcie pochodzi z bloga Cajmel.pl

 

Męska stylówka tygodnia: znowu zbyt oficjalnie jak na mnie, ale cholera, jeszcze nie widziałem, żeby jakiś facet tak genialnie lewitował jak Quyen Mike, a na jego blogu jest tego więcej.

zdjęcie pochodzi z bloga  quyenmike.com
zdjęcie pochodzi z bloga quyenmike.com

 

Fanpage tygodnia: sztandarowi prześmiewcy Kasi Tusk mieli lekką przerwę, ale wrócili i to z przytupem. Jak zwykle celnie i śmiesznie, aczkolwiek zawsze czytając ich statusy zastanawiam się, czemu nie założą sobie po prostu bloga.

Post użytkownika Make life harder.

 

Ode mnie to wszystko. Jak macie coś ciekawego od siebie, to wiecie co z tym zrobić, a jak znacie jakiegoś Andrzeja to pozdrówcie. Andrzeję w sumie też, bo przecież gender.