Close
Close

Cieszę się, że pigułki “dzień po” będą dostępne bez recepty

Skip to entry content

Rozmowy choć trochę zahaczające o temat stosunków płciowych, bez znaczenia czego konkretnie by nie dotyczyły, zawsze wzbudzają żywiołową dyskusję. I polaryzują społeczeństwo dzieląc je na dwa przeciwstawne obozy. Podobnie jest i tym razem, bo Sławomir Neumann – wiceminister zdrowia – poinformował, że pigułki „dzień po” będą dostępne bez recepty. Konkretnie mowa o ellaOne, czyli o środku antykoncepcji awaryjnej, który można zażyć do 5 dni po stosunku, aby zapobiec ciąży. Opinie, czy to dobrze czy źle, są prawie tak skrajne jak przy temacie legalizacji aborcji.

Ja należę do obozu popierającego swobodny dostęp do tabletek typu Escapelle, Postinor, czy właśnie ellaOne i bardzo się cieszę, że będzie można je dostać bez większych problemów. Dlaczego?

 

Bo zanim dostaniesz się do lekarza urodzi Ci się dziecko

Do tej pory, żeby kupić w aptece pigułki “dzień po” musiałeś mieć receptę od lekarza. I to nie od jakiegokolwiek lekarza, a od ginekologa.

O ile w dużym mieście, w środku tygodnia, umówienie się ze specjalistą na szybką wizytę było jeszcze wykonalne, o tyle w mniejszych miejscowościach umówienie takiego spotkania do 72 godzin było praktycznie niemożliwe. Pomijam generowanie dodatkowych kosztów, ale jak dzwonisz do 7-go ginekologa z rzędu i słyszysz, że „w tym tygodniu nie da rady, dopiero w przyszłym”, a wiesz, że liczy się każda godzina, to najzwyczajniej w świecie zaczyna Ci się robić słabo. Wizja zostania ojcem z powodu niesprawnego systemu służby zdrowia jest, dyplomatycznie mówiąc, przytłaczająca.

A teraz wyobraź sobie, że uprawiałeś seks ze swoją dziewczyną w piątkową noc i pękła Wam prezerwatywa. Ale dowiadujesz się o tym w sobotę, bo kochaliście się po bożemu przy zgaszonym świetle i dopiero rano, wyrzucając śmieci, zorientowałeś się, że jest coś nie halo. Przez weekend ani nie załatwisz nic na NFZ, ani prywatnie, bo wszyscy mają wolne, a aptekarka nie da Ci tabletek w kredo bez recepty. O dzwonieniu na pogotowie, czy do szpitala nawet nie myśl, wyśmieją Cię, zanim zdążysz dokończyć zdanie. Zresztą „normalni” lekarze nawet w środku tygodnia by Ci nie pomogli i zostawili z rozżarzonym węglem w dłoni, bo – jak wielokrotnie usłyszałem – to nie ich działka.

Jak bardzo byś nie lubił seksu analnego, to jesteś w dupie.

 

Bo nie chcę, żeby dziecko było dziełem przypadku

I tyczy się to zarówno moich dzieci, jak i jakichkolwiek innych, bo dziecko to nie jest tamagotchi, że je wyłączysz jak Ci się znudzi, czy pies, że go wywieziesz do lasu jak zacznie Ci przeszkadzać, tylko normalny żywy człowiek. Człowiek, który powinien zostać powołany na świat z powodu miłości i świadomej decyzji dwojga ludzi, a nie dlatego, że im guma pękła. Czy przez to, że ktoś miał słaby refleks i nie zdążył wyciągnąć penisa przed końcem. Zresztą, już pisałem obszernie o tym, jaka odpowiedzialność wiąże się z posiadaniem dziecka.

I bardzo nie chcę, żeby jakiś człowiek był skazywany na nią tylko dlatego, że przyjmujący go lekarz podpisał klauzulę sumienia.

 

Bo nie boję się o gówniary

Głównym argumentem przeciwników swobodnego dostępu do antykoncepcji awaryjnej jest hasło „bo gówniary będą to jeść jak cukierki”. W sensie, że celowo będą uprawiać seks bez zabezpieczenia, a potem pójdą sobie łyknąć pigułkę, skoro to takie proste. To nośny, ale błahy argument z kilku powodów.

Po pierwsze, to, że coś łatwo zdobyć, nie oznacza, że automatycznie wszyscy się na to rzucą. Denaturat można kupić nie będąc pełnoletnim, Acodin dostępny jest bez recepty, a gaz z zapalniczek, czy klej już w ogóle jest ultra łatwy do zdobycia, a mimo to dzieciaki nie odurzają się masowo tymi specyfikami. Może społeczeństwo jednak nie jest aż tak głupie, jak niektórzy zakładają?

Po drugie, koszt jednej takiej postosunkowej pigułki to 120 złotych. Nie wiem, która małolata ot tak, miałaby miesięcznie wielokrotność tej kwoty. A przede wszystkim mocno powątpiewam, że chciałaby wydawać tyle hajsu na jednorazową zabawę, jeśli można za to kupić od cholery opakowań zwykłych tabletek antykoncepcyjnych i jeszcze więcej kondomów.

Po trzecie, z głupotą nikt nie wygra. Jeśli ktoś jest idiotą i będzie to traktował jako regularną antykoncepcję, to nawet lepiej, że wycofa swoje geny z puli.

autorem zdjęcia w nagłówku jest schweitzer
(niżej jest kolejny tekst)
autorem zdjęcia jest DGTX
autorem zdjęcia jest DGTX

– Dobra chłopaki, zaraz wchodzicie! – głos typa z RMFu nadzorującego „Dni miasta”, z subtelnością wepchnięcia do lodowatej wody w upalny dzień, wyrywa mnie z mikrośpiączki, w której byłem pogrążony od jakiegoś kwadransa, starając się uspokoić.

– Luz – odpowiada Dawid, choć nie wygląda na specjalnie wyluzowanego, ale i tak daleko mu do mnie. Ja jestem pospinany jak kable w skrzynce na półpiętrze i choć staram się to opanować, to dłonie mi drżą jakbym miał zaawansowanego Parkinsona. Tak, zdecydowanie pełen luzik.

– …czyli zwycięzcy konkursu „Spoko Dzieciak”! Powitajcie ich brawami! – anons prowadzącego dobiegł zza moich pleców uzmysławiając mi, że nie ma już odwrotu. Trzeba tam wyjść, pokazać co potrafimy i zrobić dobrą robotę. I najlepiej nie upuścić mikrofonu przy tym, ani nie zemdleć.

– No to wbijamy! – rzucił Dawid najmniej przekonująco jak to było możliwe i zaczął wchodzić na scenę. Mimo, że schody przede mną miały raptem półtora metra, gdy postawiłem stopę na pierwszym, miałem wrażenie, że są wielkości Kilimandżaro i bez sprzętu do wspinaczek wysokogórskich nie mam szansy ich zdobyć.

W końcu udało mi się po nich wejść bez awaryjnego lądowania twarzą na betonie i gdy postawiłem stopę na ostatnim, a Dawid podał mi mikrofon, stało się coś magicznego. Didżej po lewej, akustyk po prawej, za mną mój kumpel, a przede mną całe miasto. Kilka tysięcy osób patrzy na mnie spod sceny i czeka na to, co teraz zrobię. Wyczekuje jak dzwonka na przerwę pod koniec matmy widowiskowego przedstawienia, które ich poruszy, rozśmieszy albo rozczuli. Napięcie właśnie sięgnęło zenitu i robi drugie okrążenie.

– Siema Sosnowieeec! – krzyczę w ich stronę niemal łamiącym się głosem i gdy już chcę zamknąć oczy i udać, że teleportowałem się do innego wymiaru, słyszę głośne, chóralne „sieeemaaa!”. Jest dobrze, będzie dobrze, damy radę! Biorę najgłębszy oddech w swoim życiu i gdy didżej puszcza nam bit, czuję, że krew w moim ciele krąży jak wyścigówki po torze NASCAR. Łouł!

 

***

 

Blog Forum Gdańsk 2014, Teatr Szekspirowski, impreza integracyjna. Tańce, hulańce, swawole i zero jedzenia. A jak człowiek potańczy i się powydziera, to nawet nie musi pić tych 8 piw, żeby zgłodniał. Mimo wszystko, z Maćkiem Trojanowiczem woleliśmy nie ryzykować. A gdy już się to stało i gastrofaza zdominowała nasze połączenia neuronowe, wymknęliśmy się na miasto wrzucić coś na ząb. Oczywiście lekkostrawnego, wegetariańskiego i bezglutenowego, wszak było już po północy i inne danie o tej porze byłoby wbrew kodeksowi harcerza.

Szukając czynnej burgerowni bądź kebaba z dobrych jakościowo szczurów, rozkoszowaliśmy się klimatem Gdańska i pijanymi studentkami nieradzącymi sobie w szpilkach na zabytkowej kostce brukowej. Z racji, że Maciej wychował się w tym mieście, między jednym, a drugim łykiem piwa, nagle go olśniło, że dwie ulice dalej jest dość przyzwoita całodobowa buda z żarciem. W owym lokalu wyższej klasy spotkać można było wszelkiej maści imprezowiczów. Od gimnazjalistów wracających łukiem ze szkolnej dyskoteki, po 50-latków na gigancie. Takich co to powiedzieli żonie, że idą po fajki do Żabki i od dekady mają problemy ze znalezieniem drogi powrotnej.

I jeden z takich typów bardzo się nami zainteresował.

Gdy już dostaliśmy po bułce z mięsem z tablicą Mendelejewa w postaci sosu czosnkowego, pewien kolo jedzący równie wykwintne danie, zadał pytanie zwiastujące kłopoty niezależnie od kodu pocztowego miejsca, w którym aktualnie się znajdujesz: „skąd jesteście?”. Maciek coś tam mu odpowiedział, chyba nawet zgodnie z prawdą, ale wiadome było, że to tylko pretekst. Pretekst, żeby to spotkanie skończyło się źle. A przecież przyjechaliśmy nad morzem z tak dobrymi intencjami, w tak sprzyjających okolicznościach – blogerzy, konferencja, wiedza, doświadczenia, integracja, miłość i darmowy internet.

Niestety, nawciągany 50-kilkulatek z sumiennie zbudowaną masą nie chciał się dzielić z nami miłością. Wręcz przeciwnie.

Po bezsensownej wymianie zdań będącej tylko zbędnym preludium do fizycznego starcia, czarujący jegomość, w aurze odoru przetrawionej Starogardzkiej i wcześniej wspomnianego sosu czosnkowego, oświadczył, że zaraz wydłubie mi oko widelcem. Jak zabawnie by to teraz nie brzmiało, to wtedy, widząc jego mętne spojrzenie, przez które przebijał się błysk niepoczytalności, dziko tętniące żyły na szyi i nerwowe ruchy, wcale nie było mi do śmiechu.

Jego deklaracja brzmiała bardzo przekonująco, a napierdalanka była kwestią sekund.

Zawsze w takich momentach staram się zachować spokój. Tworzę w głowie jasne scenariusze kończące tego typu spotkania, gdzie uznajemy to za pomyłkę, którą nie warto psuć sobie krwi i rozchodzimy się w pokoju pozdrawiając swoje rodziny, Buddę, Allaha i panie ze spożywczaka dające na kreskę. Jednak, jeśli kiedykolwiek byliście w takiej sytuacji, wiecie, że czasem jest to trudne. Zwłaszcza, jeśli ktoś stoi od Ciebie na odległość zapałki, tak, że czujesz kipiącą w nim agresję na swojej twarzy i widzisz jak celuje zębami widelca w Twoje oko. Wtedy jest to bardzo trudne.

Wtedy wszystkie Twoje zmysły są wyostrzone jak noże do filetowania mięsa, adrenalina rozsadza Ci skronie jak bomby zrzucone na Nagasaki i czujesz w absolutnie całym ciele jak w Twoich żyłach płynie krew. Wrząca, napędzająca cały organizm, buzująca krew.

 

***

 

Wracamy furą z weekendowego wypadu do Pragi. Było lepiej niż nieźle, bo i pogoda nam się trafiła i jedzenie smaczne i piwa można się było napić w plenerze jak człowiek, a nie jak kryminalista, który właśnie zakopał zwłoki 6-osobowej rodziny w lesie i kryje się po bramach przed organami ścigania. No i przede wszystkim doborowe towarzystwo, z którymi można iśc i do tańca, i do zadań z termodynamiki. Innymi słowy, luz, relaks i nieznośna lekkość bytu wypełniająca każde pomieszczenie.

I mimo, że właśnie wracamy, to mózg wciąż produkuje endorfinki.

Droga pusta, bak pełny, jedzenia pod dostatkiem, picia też, za oknem ciemno jakby ktoś wpisał #000000 w programie ustalającym kolor nieba i Lykke Li z głośników. Śmiech, podśpiewywanie, nucenie i upajanie się chwilą. Błogość, wszechogarniająca błogość. Trwająca do momentu, aż ta czerń za oknem nie zaczyna się rozświetlać. I to bynajmniej nie dlatego, że wjeżdżamy do miasta i pozdrawiają nas latarnie, czy neony reklam. Nie są to nawet auta z naprzeciwka. To nawałnica.

W przeciągu kilku minut niebo zaczynają rozdzierać dziesiątki piorunów, a droga przed nami staje się niemal niewidoczna od deszczu gęstego jak smoła. No kurwa, biały szkwał.

Musimy zwolnić ze 120 do 15 kilometrów na godzinę, a po kwadransie takiej jazdy, gdy z każdym uderzeniem kropli o szybę nasłuchujemy, czy przypadkiem tym razem nie pęknie, zastanawiamy się, czy lepiej się nie zatrzymać. Muzyka z trudnością przebija się przez dudnienie deszczu o karoserię, a gdy ten zamienia się w rytmiczne gradobicie z akompaniamentem grzmotów, niknie zupełnie. Tak jak cały świat przed i za nami, gdy nie rozświetlają go wyładowania atmosferyczne przecinające przestrzeń jak urodzinowy tort.

W takim momencie dociera do ciebie jak nieznaczącą drobinką z perspektywy wszechświata jesteś. Łupinką na środku oceanu.

Euforia i hiper-optymizm z przed kwadransa zaczyna mieszać się z wszechogarniającym przerażeniem i panicznym lękiem przed śmiercią. W głowie zaczyna dziać się to, co na zewnątrz – dwie przeciwstawne siły ścierają się ze sobą materializując chaos. Cieszysz się, że jesteś z przyjaciółmi i przeżywałeś piękne chwile dosłownie chwilę temu i jednocześnie wizualizujesz jak kolejny piorun trafia w auto, będące dla niego marnym pudełkiem zapałek, i spopiela Was żywcem, a Twoja przygoda na tym świecie w ułamku sekundy dobiega końca.

Zdajesz sobie z tego wszystkiego sprawę, a najsilniejsze co czujesz w tym momencie, to jak w Twoich żyłach płynie krew.

 

***

 

Podobnych sytuacji było wiele, a ostatnia z nich zdarzyła się wczoraj. Mimo, że nie każdą wspominam z uśmiechem nas ustach i do wielu nie chciałbym wracać, to każdą z nich sobie cenię. Bo w każdej z nich – nie metaforycznie, wprost, dosłownie – czułem, że żyję. Że mam ciało, umysł i jestem tu i teraz całym sobą.

A Ty? Kiedy ostatni raz doświadczyłeś tego, że żyjesz? Kiedy ostatnio czułeś jak w żyłach płynie krew?

Powiedzenia, których używasz, żeby się oszukiwać

Skip to entry content

Wiesz, że to Ty jesteś swoim największym wrogiem, prawda? Że nikt nie wymyśli tylu wymówek i argumentów by czegoś nie robić co Ty sam? Że to Ty we własnej osobie podkładasz sobie największe kłody pod nogi i tworzysz najtrudniejsze do pokonania przeszkody na drodze do spełniania marzeń i szczęścia? Jeśli nie wierzysz, to zatrzymaj się na chwilę i pomyśl ilu rzeczy nie zrobiłeś tylko dlatego, że zjadał Cię Twój własny strach. Doliczyłeś już do setki?

To, że my jesteśmy największymi sabotażystami naszych działań, najbardziej widać po osobach, które nie mogą pozbyć się nadwagi. Albo ludziach, którzy nie mogą wyjść z nałogów. Nikt tak skutecznie nie spieprzy Twojego skrupulatnie ułożonego planu, jak Twój wewnętrzny głos mówiący „olać to/jest dobrze tak jak jest/lepiej zjeść schabowego/jedna kreska to nie ćpanie”. Podejdź do kobiety umierającej na raka płuc i spytaj kto nie pozwalał jej rzucić. Koncerny tytoniowe? Koleżanki z pracy? Rodzina?

Jesteś swoim największym wrogiem i osobą, która najczęściej Cię okłamuje.

Przeciętny człowiek okłamuje się w większości, jeśli nie w każdym z aspektów swojego życia. Od pracy, przez swój wygląd, po związek. Oszukuje się z przyzwyczajenia i nieświadomie, bo to jego mechanizm obronny. Robi to po to, by odsunąć od siebie cierpienie związane z konfrontacją z prawdą. Bolesną prawdą, która jest zdecydowanie inna od tego co sobie wmawia. I w dodatku, gdy już ją pozna, nie może udawać, że nie istnieje. Musi podjąć jakieś działanie. A działanie wiąże się z wysiłkiem i niepewnym skutkiem. A tego bardzo nie lubi.

W trakcie życia w społeczeństwie wypracowujemy cały wachlarz zwrotów, które pomagają nam oszukiwać samych siebie.

„nie jest źle” – znaczy najczęściej, że jest źle, ale nie tak chujowo, żebyś coś z tym zrobił. Czyli dziewczyna, z którą jesteś nie satysfakcjonuje Cię fizycznie, ani intelektualnie, ale przynajmniej masz regularne ruchanie. Lub mieszkasz na wydupiu, na którym nic się nie dzieje i czujesz, że wegetujesz, ale przynajmniej jest tanio.

„wystarcza mi to co mam” – chcesz więcej, ale wiesz, że tego nie dostaniesz, bo boisz się po to sięgnąć. Gdyby faktycznie odpowiadał Ci aktualny stan rzeczy, powiedziałbyś, że jesteś zadowolony z tego co masz, a nie, że to Ci tylko “wystarcza”.

„chciałbym kiedyś tam pojechać” – nad „chciałbym” i „kiedyś” już się rozwodziliśmy poświęcając im osobne teksty, więc mam nadzieję, że pamiętacie, iż pierwsze to zupełnie co innego niż „chcę”, a drugie jest tożsame z „nigdy”.

„to nie dla mnie” – zazwyczaj jest równoznaczne z „boję się spróbować”, albo „podjąłem jedną próbę i nie wyszło” lub „myślałem, że to banał, a przy tym trzeba się sporo napracować, więc odpuszczam”. Często słyszę to od znajomych, którzy przestali blogować. Po miesiącu.

„tak wyszło” – spieprzyło się po całości, ale w żadnym wypadku nie przyznam się do winy i nie wezmę odpowiedzialności za niepowodzenie. To wina układu planet, iluminatów i Tuska.

„jeszcze będzie na to czas” – często słyszałem to od mamy, gdy chciałem iść na imprezę, zamiast uczyć się na klasówkę. Nie, że jej nie wierzyłem, ale czułem, że to co najlepsze jest teraz, a nie za 3 lata i z perspektywy czasu cieszę się, że jej nie posłuchałem, bo wspomnieniom licealnych melanży nie mogą się równać żadne inne.

„zapamiętam, nie muszę zapisywać” – to z kolei przeważnie pojawiało się u mnie w kontekście zaleceń lekarzy odnośnie rehabilitacji kręgosłupa, czy przyjmowania leków. Działałem na zasadzie wyparcia. Chciałem jak najmocniej odciąć się od tego tematu i udać, że nie istnieje, że za wszelką cenę starałem nie pozostawiać jakichś namacalnych śladów z nim związanych. A pamięć w tym wypadku była wyjątkowo ulotna.

„jakoś to będzie” – jakoś, czyli nijak. Jeśli liczysz, że działania wymagające zaangażowania i pracy dokonają się same, że zamkniesz oczy, powiesz „abrakadabra” i wszystkie problemy w magiczny sposób znikną, to powinieneś wrócić na lekcje matematyki. Albo zapisać się do Hogwartu.

„następnym razem” – można by uznać, że znaczy to samo co „kiedyś”, ale to głównie odnosi się do własnych emocji i rozwoju personalnego: „następnym razem do niej zgadam”, „następnym razem mu się postawię”, „następnym razem powiem, że nie chcę stać na bramce”. Jeśli nie zrobisz tego teraz, następnym razem znajdziesz tę samą wymówkę. Ja potrafiłem jej używać w niektórych przypadkach nawet po kilka lat.

„gdybym tylko miał więcej czasu” – czyli, gdyby mi się chciało tak bardzo, jak mi się nie chce tego robić.

„ale” – niewinna, mała partykuła łączą części zdania współrzędnie złożonego, a jakże skuteczna. „Co prawda nie mam willi z basenem, tak jak chciałem, ale ocieplili nam blok i też jest nieźle”, „nie wygląda jak Marina Łuczenko, ale przynajmniej dobrze gotuje”, „nie lubię swojej pracy, ale lubię wypłatę”, działa prawda? Relatywizm na poziomie eksperckim.

„Ale” jest największym kłamstwem jakiego używamy przeciwko sobie samym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Luigi Orru