Close
Close

Kto z państwa ostatni do doktór Kubickiej? – lustrując poczekalnię rozbieganym wzrokiem zapytała na oko 45-letnia kobieta, ściskająca nienaturalnie mocno dłoń syna. W zasadzie to już sam fakt, że trzymała go za rękę był mało naturalny, bo chłopak ewidentnie był w wieku ponadgimnazjalnym.

Ja – opowiedziałem, uzmysławiając sobie, że siedzę tu już dobre pół godziny, a kolejka nawet nie drgnęła.

To dobrze, to ja będę za panem – oznajmiła, tak jakbym co najmniej miał coś do gadania w tej kwestii i mógł się nie zgodzić. – Bo pan też z kręgosłupem prawda? – biorąc pod uwagę, że byliśmy w poradni rehabilitacyjnej, a konkretnie, poradni wad postawy i miałem krótkie spodenki, więc nie dało rady zamaskować ewentualnego braku nogi, to dość jasne było, że chodzi o kręgosłup. Jak u pozostałych 8 osób siedzących na krzesełkach obok. To było na tyle jasne, że przyszedłem tu ze skoliozą, lordozą, czy inną ozą, że to pytanie mogło oznaczać tylko jedno: będzie chciała zacząć długą, bezcelową rozmowę o niczym. Lub co gorsza o sobie. A raczej nie rozmowę, a jebany monolog.

Tak, tak, z kręgosłupem – tchnąłem beznamiętnie, karmiąc nadzieję resztkami naiwności, że może po prostu nie wzięła psychotropów z rana, i chciała upewnić się, że nie pomyliła przychodni.

Bo wie pan, bo Grzesiu też ma problemy z pleckami – zaczęło się kurwa, zaczęło się – Mówię mu: „Grzesiu nie garb się, bo będzie cię jeszcze bardziej boleć”, ale wie pan jak to jest. Jak go przypilnuję to się prostuje, ale jak idę do kuchni obiad nagotować to już się krzywi. No i musimy tu z Grzesiem jeździć, mimo, że daleko. Bo my tu aż z Milowic jedziemy, ale nie ma rady. Jak trzeba jechać to trzeba, co pan zrobi? – nie czekała na odpowiedź – Nic pan nie zrobi, trzeba jechać i tyle – zrobiła dłuższą przerwę i już się łudziłem, że to nie jedna z tych wariatek, które chodzą do lekarza tylko po to, żeby móc z kimś porozmawiać i zmusić do wysłuchiwania swoich problemów. Ale jednak, to było złudzenie. Robiła tylko przerwę na oddech – Jak brat żył to było lepiej, wie pan? – nie, nie wiem.

Przepraszam, ale muszę się pou… – chciałem powiedzieć, że muszę się pouczyć, bo jutro mam klasówkę z historii, której nienawidzę jeszcze bardziej, niż napastowania mnie litanią krzywd kompletnie obcych ludzi, których nie mam ochoty poznawać, ale nie zdążyłem. Kobiecina już wpadła w trans.

Podwoził nas z Grzesiem albo i odbierał, a nieraz to siedział tu z nami nawet i czekał. Taki to był człowiek dobry, mówię panu, złoty. Złoty człowiek, do rany przyłóż, ale lubiał usta w kieliszku umoczyć. Nie żeby często, boże broń, ale lubiał sobie chlapnąć przy okazji jakiej i wie pan, po Wigilii dwa lata temu do szpitala go wzięli i marskość wątroby lekarze orzekli, a to wie pan, żółć, wymioty i człowiek jak patyk wysycha dosłownie – kurwa mać, czy ja wyglądam jak kozetka do wypłakiwania się? Albo spłuczka na problemy emocjonalne? Mam ledwo skończone 17 lat, już spieprzony wzrok i jebaną kifozę. Czy aż tak wiele złego zrobiłem w poprzednim życiu, że mam być bezpłatnym, publicznym psychologiem czynnym 24 godziny na dobę, 365 dni w tygodniu dla wszystkich, z którymi rodzina i znajomi już nie mogli wytrzymać, bo maltretowali ich w kółko swoim gdakaniem, i nie mają przed kim się wygadać?

Przepraszam, ale… – błagam, niech ona da mi spokój!

I zmarło mu się rok temu, świeć panie nad jego duszą, tydzień przed Bożym Ciałem. Ksiądz Antoni tak ładnie o nim mówił na pogrzebie, choć przed samym pochówkiem, to… – kurwaaa!!!!!

 

***

 

Nieważne, czy jestem na szkolnej wycieczce i idziemy w 30 osób w środku dnia, w kolumnie, którą otwiera i zamyka nauczycielka. Bez znaczenia, czy to środek nocy 15 lat później i w trzech bujamy się podchmieleni, jakby było nas co najmniej sześciu. Nieistotne, czy idę za rękę z dziewczyną i jestem tak pochłonięty byciem z nią, że świat zewnętrzny zaczyna blednąć jak kameleon na suficie. Równie dobrze mógłbym iść w samym środku huligańskiej bojówki rozwścieczonej po przegranym meczu. Żul na Floriańskiej i tak zaczepi właśnie mnie.

 

***

 

Wolne tu obok pana? – cholera, motyw z nażarciem się śledzi i zawaleniem drugiego siedzenia walizką i stertą ciuchów jednak nie działa w bezprzedziałowych. Ughhh.

Tak, proszę – dobra, w końcu mam netbooka na kolanach i odkąd podszedł cały czas klepię w klawiaturę, może skuma, że jestem zajęty i nie będzie próbował nawiązać rozmowy.

Do Warszawy, co? – a jednak.

Tak, to pociąg do Warszawy – upewnia się, czy ledowy napis „WARSZAWA” na czole lokomotywy nie był podpuchą, czy o co chodzi?

To dobrze, to sobie pojedziemy – no rewelacja, faktycznie. – Pan student, tak? Na uczelnię do stolicy? – normalnie podziękowałbym za komplement i uśmiechnął się pod nosem, że wciąż bardziej wyglądam na „po dwudziestce”, niż „przed trzydziestką”, ale nie tym razem. Tym razem wiem, że jestem udupiony. Że czegokolwiek nie odpowiem, da mu to pożywkę do dalszych pytań. Że jeśli powiem, że już dawno po studiach, zaczynie dopytywać gdzie pracuję, a wtedy otworzy się puszka pandory pod hasłem „a co to jest ten blog?”. Jak skłamię, że tak, że student, to też nie załatwi sprawy. Na 95% zaczynie się gadka w stylu „bo za moich czasów”. Przepadłem. Jestem udupiony.

Tak, student. Właśnie kończę projekt na zaliczenie, także muszę się na tym skupić.

No, dobrze, dobrze, studia to ważna rzecz w dzisiejszych czasach. Dzisiaj bez studiów to nic się nie da zrobić, nic, żadnej pracy – dzięki za info, będę pamiętał o tym przy podpisywaniu następnej umowy za średnią krajową. – A co studiujesz? – cóż za gładkie przejście „na ty”.

Informatykę – najbezpieczniejsza odpowiedź. Ludzie w jego wieku na hasło „informatyka” reagują krytą odrazą, ale wiedzą, że wiąże się z dużą kasą, więc nie będzie próbował zanegować tego wyboru. Nie będzie też specjalnie dopytywał o szczegóły studiów, bo wie, że i tak nic z tego nie zrozumie, a na tyle cwaniakuje, że głupio będzie mu się do tego przyznać.

Informatykę? – powtórzył, jakby pierwszy raz w życiu słyszał to słowo. – To przyszłościowe, wakatów po tym pewnie jest co niemiara – uff, połknął haczyk, może da se siana. – A pannę, to ty masz kawalerze? – że co?

Że co?

No jaką lubą? Z dziewczynką jakąś się prowadzasz? – pomylił lecytynę z Penigrą przy obiedzie, czy włączył mi się porno-wygaszacz ekranu na kompie, że zaczął o tym gadać?

– Nie twoja sprawa, to po pierwsze. Po drugie, nie mam ochoty na rozmowę, a po trzecie jestem zajęty – nie da się chyba jaśniej, bez używania wulgaryzmów, zakomunikować „DAJ MI SPOKÓJ”. Ostatnia szansa – wyciągam słuchawki.

Po co te nerwy, po co te nerwy. Ja wiem, że wy informatycy to macie łeb jak sklep, ale w innych sprawach to nie jest tak kolorowo. To pytam się grzecznie, bo mam wnuczkę – piękną pannę na wydaniu – co kawalera szuka. A dzisiaj o porządnego chłopa, co łukiem przez knajpę po robocie nie będzie wracał, wcale nie łatwo. No i wiadomo, że taka para młoda to za coś żyć musi, zwłaszcza jak panienka dziecię powije, to się grzecznie pytam, czy kawaler nie jest zainteresowany? Bo ja i zdjęcie mogę pokazać i adres korespondencyjny mogę dać. Albo i sam na herbatę zaprosić, bo gdzie lepiej, żeby się młodzi poznali jak nie u dziadka?

 

***

 

Nie wiem czy to przeznaczenie, wyraz twarzy, feromony, Axe czy Maybelline, ale to coś we mnie jest. Jestem magnesem na dziwadła.

autorem zdjęcia jest Hans-Jörg Aleff
(niżej jest kolejny tekst)

Cotygodniowy Przegląd Internetu #7: Media Expert, “Astrokompasy” i Faszyn from Raszyn

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 7

Współczuję wszystkimi, którzy dziś musieli pójść do pracy i łączę się z Wami w bólu, bo też musiałem zwlec się z łóżka. Co prawda dopiero o 10:00, ale jednak. Dla tych, którzy wciąż w nim leżą i nie wybierają się nigdzie póki kac całkowicie nie minie, posylwestrowy skrót z życia internetu.

Wyprzedaż gier w Biedronce: brzmi śmiesznie, ale akcja jest poważna, od dzisiaj (2-go stycznia) w Biedrze można kupić za 9 zeta takie tytuły jak choćby “Fallout 3”. Pełna lista tutaj.

Przeróbki reklamy Media Expert: czyli tej, gdzie Ewelina Lisowska z głupkowatą miną piszczy “włączone niskie ceny”. Spot jest gówniany, tak jak większość reklam puszczanych w telewizji, jednak to przez częstotliwość jego emisji, wiele osób poczuło się przytłoczonych nachalnym marketingiem i postanowiło go obśmiać tworząc parodie.

Teksty, które usłyszysz będąc bezglutenowcem:  ani nie jestem, ani się nie przymierzam, ale taką obserwację – z perspektywy osoby, która w jakiś sposób odstaje od ogółu, a reszta chce ją zrównać do siebie – zawsze ciekawie się czyta.

Szafiarka, która potrafi pisać: Macademian Girl została felietonistką Onetu i zrobiła coś, co autentycznie wyrzuciło mnie z butów i przyprawiło o opad szczęki. Napisała świetny tekst na dość oklepany temat, takim językiem i z takimi porównaniami, że z miejsca mogłaby zmienić tematykę bloga z modowej na jakżyciową i być w niej liderką! Brawo, brawo, brawo!

21 pytań do siebie samego: kiedyś pisałem w zasadzie o tym samym, ale tekst Andrzeja, także warto sprawdzić, bo pomaga zrobić sobie rachunek sumienia i zmotywować się do rozwoju.

Rozmowa kobiety z graczem: czyli sylwestrowy Vine Wittaminy – jednej z najlepszych polskich autorek treści na tym portalu. W sumie to najlepszej.

   
 
Klip tygodnia: trap w wykonaniu Lisiego Piekła. Zazwyczaj, gdy osoby niezwiązane z rapem biorą się za robienie jego pastiszu wychodzi nieśmiesznie, a najczęściej żałośnie. Tutaj całość wyszła bardzo zjadliwie, a w zasadzie to gdyby jeszcze trochę posiedzieć nad podkładem, to mógłby latać po imprezach jako “normalny” kawałek.

      
 
Damska stylówka tygodnia: tym razem wyróżnione stylizacje obu płci pochodzą z sylwestrowej imprezy, odbywającej się pod hasłem “Faszyn from Raszyn”. Poza świetnym pomysłem założenia body na rajstopy, proszę zwrócić także uwagę na marynarkę, w popularnym w ostatnim sezonie wzorze “obrus babci Krysi”. Mam nadzieję, że po tym wpisie nie trafię na Niemodne Polki.

damska stylówka tygodnia    
 
Męska stylówka tygodnia: szwagier roku w skarpach Adidosa, za małym podkoszulku, łańcuchu od roweru i trzema paskami wyciętymi na skroni. Tak się reprezentuje styl krakowskich ulic. I lombardów.

męska stylówka tygodnia  
 
Fanpage tygodnia: miewają przerwy w regularnej publikacji, ale jak już coś wrzucą, to taki fotomontaż, że łzy radości same płyną do oczu i chcę się go udostępnić. Ciągle zbieram się, żeby wysłać im swoje zdjęcie do przeróbki, ale chyba jeszcze nie jestem gotowy.

 

Blogerka na głównym zdjęciu: to “z wykształcenia ekonomistka, z natury śpioch; po dwudziestce, choć jeszcze nie przed trzydziestką”, czyli Julia z FabJulus. Bardzo się cieszę, że odpowiedziała na moje ogłoszenie castingowe z zeszłego tygodnia, bo jej blog jest małym odkryciem i całkiem nieźle się zapowiada.

Jeśli też chcesz być twarzą “przeglądu” – niezależnie, czy blogujesz, vlogujesz, czy tylko wrzucasz zdjęcia schabowego na Instagrama – to dodaj pod spodem swoje zdjęcie z lupą, albo wyślij mi je jakkolwiek inaczej. W kolejnym odcinku to na Ciebie będzie patrzeć cała Polska, a przyszły pracodawca z pewnością uzna to za istotny wpis w CV.

10 gangsterskich cytatów z książki “Masa o pieniądzach polskiej mafii”

Skip to entry content

Przez święta, w przerwach między spaniem, jedzeniem, oglądaniem „Kevina samego gdzieś tam” i spaniem, postanowiłem liznąć trochę kultury i kupiłem sobie zawczasu książkę. Tak, tak, to już czwarta w ciągu jednego roku. Na szczęście rok w środę się skończył, więc nie dobiłem do piątej i nie porobiło mnie za bardzo od nadmiaru literatury. Uff!

Wracając do tej konkretnej pozycji, którą widzicie na zdjęciu, to jest to „Masa o pieniądzach polskiej mafii”. Czyli drugi tom wywiadu z Jarosławem Sokołowskim – byłym członkiem gangu z Pruszkowa, a obecnie świadkiem koronnym, zeznającym przeciwko byłym kolegom po fachu. Rozmowa z Masą odkrywa kulisy działania polskiego przestępczego światka, wielokrotnie szokując, nieraz mrożąc krew w żyłach, ale i bawiąc. Mimo że tytuł nie jest wolny od wad – jak choćby cenzurowanie wątków z tłem seksualnym, czy silenie się autora na śmieszność – to zdecydowanie warto sprawdzić tę pozycję.

Tym razem postanowiłem zachęcić Was do sięgnięcia po książkę nie klasyczną recenzją, a zbiorem najciekawszych cytatów, które obudzą w Was apetyt na połknięcie całego tekstu.

 

– Rozumiem, że do hierachy zwracaliście się per Wasza Ekscelencjo?

– Powiem tak – próbowaliśmy różnych form grzecznościowych, ale arcybiskup mówi: „Dajcie spokój, chłopaki, my też jesteśmy grypsujący”.

Przez całą książkę przewijają się różne sposoby w jakie pruszkowscy gangsterzy zarabiali pieniądze. Ten fragment dotyczy akurat handlu sztuką i skupowania prac autorstwa Moneta, van Gogha, czy da Vinci. Panowie zakupili 380 zabytkowych dzieł. Od arcybiskupa z Krakowa.

 

– Odpuściliście mu ten przekręt?

– Człowiek, to istota, która zapomina urazy, także na tle finansowym. Szczególnie, jeśli znajdzie sobie inne źródło zysków. A z tym akurat grupa pruszkowska nie miała żadnych problemów.

Faktycznie, czytając kolejne rozdziały, gdzie przestępcy i handlują walutą, i zakładają dyskoteki, i odpalają teleturniej i nawet tworzą przedsiębiorstwo produkujące soki – de facto mowa o firmie Dr Witt – człowiek dochodzi do wniosku, że to rekiny biznesu potrafiące wyciągnąć złoto nawet z Google+.

 

Wiesio to był najlepszy alfons w Warszawie. Wcześniej pracował jako taksówkarz, ale uznał, że panienki dadzą mu większą taryfę, więc się przerzucił.

Tytuł rozdziału „Pod Marriottem stręczył Wiesiek” powinien być wystarczającym komentarzem do tego urywku.

 

– Ile czasu w sumie trwała ta przygoda z „Zielonym Bingo”?

– Nieco ponad pół roku. Ale mimo, że całość zakończyła się klapą, nie żałuję tamtego czasu. W sumie jeśli nie zarabiasz pieniędzy, a nawet je tracisz, to ważne abyś sobie przynajmniej fajnie pobzykał.

Cytat ten odnosi się do wcześniej wspomnianej próby uruchomienia programu telewizyjnego, jednak lepiej niż kwestie showbiznesowe opisuje stosunek jaki mafiosi mieli do pieniędzy. I kobiet.

[emaillocker]

Myśmy mieli zaprzyjaźnionego faceta, który robił stemple i często zamawialiśmy je u niego. Tyle, że nie był to fachowiec najwyższej klasy i jak czasem potrzebowaliśmy na stemplu berlińskiego niedźwiadka, to jemu akurat wychodził krokodyl. Ale mieliśmy szczęście do policji i do celników, którzy nie interesowali się zoologią.

To z kolei z rozdziału poświęconego procederowi, z którego najbardziej jesteśmy kojarzeni na zachodzie – sprowadzaniu kradzionych aut. Z tak wykwalifikowaną strażą graniczną wcale się nie dziwię, że złodziejom wszystko uchodziło na sucho.

 

– Kobieta, jak chce sobie poprawić humor, kupuje ciuch. Ty wybrałeś droższy wariant, ucieczkę na południe Francji…

– No wiesz, ja na poprawienie humoru kupiłem sobie dom w Saint-Tropez.

No bo, kto bandycie zabroni?

 

– Czy oprócz Małolata mieliście jakichś innych klientów, którzy brali od was w hurcie?

– Ponad 350 samochodów wzięła od nas warszawska kuria biskupia.

Czytając ten dialog, momentalnie stanął mi przed oczami napis na murze mojej podstawówki: Polska dla Polaków, ziemia dla ziemniaków, Toyota dla księdza.

 

Wszystko się zgadza, przy czym chcę zaznaczyć, że ja za ten napad dostałem wyjątkowo lichą działkę, 10 tysięcy złotych. Czyli na kawę z ciastkiem.

Żeby nie było, mowa o 10 000 nowych złotych, nie tych przed denominacją. Do drogiej kawiarni musieli chodzić.

 

Potem doszusował do nich chłopak o pseudonimie Kuraś, który – z racji zamiłowania do kulturystyki – miał szczególne predyspozycje do tej roboty.

Pytanie za 100 punktów: jaką profesją miał trudnić się Kuraś? Filatelistyką?  Audytem finansowym? Bramkowaniem na dyskotece? A może ściąganiem haraczu? Nic z tych rzeczy. Pasjonat siłowni miał handlować walutą pod Pewexem. I nawet nie tyle robić wały na swoich klientach, co prowadzić regularną wojnę z siatką cinkciarzy, opierającą się na częstym mordobiciu.

 

Akurat kilka miesięcy wcześniej z puszki wyszedł Pershing, więc szukaliśmy nowych pól do zarobkowania. Wprawdzie automaty do gier przynosiły nam krociowe zyski, ale kto powiedział, że zarabianie ma mieć jakiś limit?

I tą wzniosłą myślą, której nie powstydziłby nawet Warren Buffett, kończymy. A jeśli czytaliście już “Masa o pieniądzach polskiej mafii” i macie jakieś swoje złote hasła, to podzielcie pod spodem.

 [/emaillocker]