Close
Close

kurwa mać = motyla noga / pauza na zebranie myśli

chuj by to strzelił = kura by w to nagdakała / to zupełnie nie po mojej myśli

nie pierdol = nie arystotelesuj / nie irytuj mnie mało sensowną wypowiedzią

chujowo = ogórkowo-pistacjowo / całkowicie zniechęcająco

pojebało ich? = opili się soku z gumijagód? / czy ich wypowiedź aby na pewno jest poważna?

ja pierdolę = nabieram ochoty na kubeł lodów / ogarnia mnie bezsilność

w chuj = tyle co wody w Nilu / bardzo dużo

co za kurewstwo = co za urwana zawleczka od Tymbarka / co za niekomfortowa sytuacja

 

***

 

Mógłbym się rozpisać tłumacząc wszystkie kombinacje wulgarnych określeń stosunków płciowych, ale poprzestałem na tych najczęściej używanych, żeby dać Wam zajawkę tego jak ewoluuje moje słownictwo w lutym.

Nie mam nic do przekleństw, jeśli używane są jako emfaza wypowiedzi, aby wzmocnić przekaz, ale gdy zaczynają dominować język, a „kurwy” pojawiają się zamiast przeciwników, to jestem zdecydowanie przeciw. Słowa jakimi się posługujemy i sposób w jakim formujemy myśli, ma bardzo istotny wpływ na nasze życie i na to jak jesteśmy odbierani. Również przez samych siebie. Za przykład niech tu posłuży wspomniane wcześniej na blogu „chciałbym” i „chcę” lub, jeszcze wcześniejsze, „kiedyś”.

Niestety, mam wrażenie, że u mnie od dłuższego czasu są tylko niepotrzebnym wypełniaczem, który bezcelowo przedłuża zdanie, a przez nagminność ich stosowania całkiem spowszedniały, tracąc w moich ustach moc. Co gorsza, wydaje mi się, że tak często ich używam, że upośledziły mi elokwencję i, mimowolnie, zastępuję nimi „normalne” słowa. Nie wiem na ile to moje odrealnione przekonanie, a na ile faktycznie tak jest, ale jeśli ja sam to zauważyłem, to sytuacja musi być poważna. Bardzo źle mi z tym, bo wiem, że przez zubożenie słownictwa, cierpi na tym moje pisanie.

Dlatego ogłaszam odwyk!

Przez miesiąc z moich ust, ani spod mojej klawiatury nie wydobędzie się żaden „chuj”, żadna „kurwa”, ani żadne „pierdolenie”. Ani ich niecenzuralne synonimy. Zero wyrażeń, których nie użyłby w orędziu noworocznym profesor Miodek. Bo z Bralczykiem, to nigdy nie wiadomo. Chcę oczyścić swój język, głowę i życie z wulgaryzmów! Oczywiście, nie na zawsze, bo tak jak wcześniej wspomniałem, w wielu przypadkach są zasadne, ale miesiąc odwyku dobrze mi zrobi.

Domyślam się, że nie będzie to łatwe, bo przeklinanie jest dla mnie tak naturalne i tak mocno zakorzenione, że to mniej więcej tak, jak przestać nosić bokserki i zacząć chodzić w slipach. Wbrew naturze. Przeklinam każdego dnia, w większości sytuacji i w rozmowie z każdym znajomym, więc będę musiał naprawdę mocno się pilnować, żeby nic mi się nie wymknęło. Albo żebym się nie zapomniał w przypływie irytacji, gdy przelew, który miał być przed nowym rokiem wciąż „idzie”.

Już wiem, że to będzie dużo trudniejsze, niż miesiąc wegetariański, ale jak z mięsem dałem radę, to temu też podołam!

Najbardziej ciekawi mnie jaka przemiana językowa i światopoglądowa dokona się w mojej głowie w trakcie tych 30 dni, bo to, że coś się we mnie zmieni jest pewne. Obstawiam, że dużo łatwiej będzie mi przychodziło szukanie synonimów, nie tylko wśród zastępstw do wulgaryzmów, ale ogólnie wszystkich słów, i że w jakimś sensie się wyciszę. Bo nie ukrywajmy, że rzucając „kurwami” człowiek często sam się nakręca i niepotrzebnie emocjonuje. Zakładam też, że nieco zmieni się nastawienie i to jak mnie odbierają inne osoby. Pytanie tylko jak.

Tym razem również prośba do Was – jeśli znacie jakieś triki na oduczenie się przeklinania, poza wypisaniem niewulgarnych synonimów przekleństw, podzielcie się w komentarzach.

Dzięki!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Alvaro Tapia
(niżej jest kolejny tekst)

Cotygodniowy Przegląd Internetu #11: [PODTYTUŁ DO WSTAWIENIA]

Skip to entry content

CP112

Z powodu siły wyższej objawiającej się tylko dwudziestoma czterema godzinami w dobie, nie wyrobiłem się z „Przeglądem”, ale nie wyłączajcie odbiorników – znalazłem godne zastępstwo. Dzisiaj gościnny występ w „Cotygodniowym Przeglądzie Internetu” będzie miał Konrad Jurecki z Moja dziewczyna czyta blogi – człowiek, który bez swojej partnerki nie wiedziałby nawet jak nazwać pamiętnik internetowy. Powitajcie go gorącymi brawami i trzymajcie ze mną kciuki, żeby w zestawieniu nie pojawiły się same linki do naturalnych sposobów na sztuczne cycki.

Janek to taki trochę drań, nie kolega. Najpierw każe mi pisać “Cotygodniowy Przegląd Internetu”, a później zabrania pisać mi o naturalnych sposobach na sztuczne cycki, które stanowią mniej więcej ¾ mojego Internetu. Mimo wszystko, jako wyjątkowo porządny facet (i dlatego, że dostanę za to grube bilony), postaram się coś z pozostałej ¼ wygrzebać. Chociaż po odrzuceniu kotów niewiele z tego zostało.

STOP czytaniu: czyli 8 powodów, dla których nie warto sięgać po książki. Kasia Gandor, jedna z najfajniejszych dziewczyn w Internetach, pisze dokładnie o tym, o czym mówi tytuł jej notki. Bez cienia ironii. Nasza strata, że pozbyła się komentarzy setek oburzonych, którzy nie zrozumieli dowcipu.

Życie w XIX wieku: Nishka, jedna z najfajniejszych dziewczyn w Internetach, zabierze was w podróż w przeszłość i udowodni, że bohaterowie Tołstoja i Dostojewskiego też korzystaliby z Facebooka i Instagrama. Słowo, że jest zdecydowanie zabawniej, niż można wnioskować z tytułu.

Przywiąż włosy do sufitu: zaczyna się sesja, spora część z was to studenci, którzy ostatnie pół roku spędzili na typowych dla tej grupy aktywnościach, czyli na wszystkim poza nauką. W przyswajaniu wiedzy z całego semestru w dwie doby pomogą wam chińscy studenci.

 

Wynalazek tygodnia: wirtualna rzeczywistość w służbie pornografii. Nikt nie wmówi mi, że to nie jest ważne. Niech będzie, że w ten sposób odbijam sobie brak naturalnych sposobów na sztuczne cycki.

 

Spot tygodnia: wyobrażacie sobie sytuację, w której instytucja państwowa przygotowuje spot kampanii społeczno-edukacyjnej, zatrudnia do niego rapera i nie wychodzi to przaśnie? Ja też nie. Na szczęście nie musimy sobie tego wyobrażać, bo Narodowe Centrum Kultury właśnie to zrobiło. Z Eldo.

 

Klip tygodnia: miałem tu wstawić naprawdę świetny kawałek, który z pewnością nie spodobałby się Jankowi. Niestety, po jego przemiłej przedmowie musiałem zmienić plany. Nie mogę się nie odwdzięczyć. Ponieważ Janek jest z Krakowa, stolicy Śląska, a na dodatek uwielbia hip-hopy, daję wam najlepszy kawał sztygarowej muzy. Sztigar Bonko to śląskie Cypress Hill, które wydało właśnie nową płytę. Niestety, płyta jest kiepska, więc wrzucam coś z poprzedniej. Stare, więc zamiast Klipu tygodnia jest Wykopalisko tygodnia. To jest śmieszne, bo Kraków jest na Śląsku i wykopuje się tam węgiel.

 

Damska stylówka tygodnia: tu miałem problem, bo mam życie i lepsze rzeczy do roboty niż obczajanie stylówek w Internecie (nie to, co niektórzy). Na szczęście mam też dziewczynę (nie tak, jak niektórzy). Dlatego zarówno męską, jak i damską stylówkę wybrała za mnie ta, bez której “nie wiedziałbym nawet jak nazwać pamiętnik internetowy”. W przeciwieństwie do Janka postawiła na szyk i klasyczną elegancję, wybierając czarną stylizację w wykonaniu Pauli z Beauty.Fashion.Shopping.

Paulakadrowane

 

Męska stylówka tygodnia: bardzo możliwe, że to pierwsza prawdziwie męska stylówka tygodnia. Cytując moją dziewczynę: “Te okulary. Ta broda. Ten zaczes. Ta lina. Ten śnieg.” Model to Pierre François Jacob ubrany przez Mr. Porter.

Porterkadrowane

 

Fanpage tygodnia: nie wiem, jakim cudem Nowe wiersze sławnych poetów otrzymują ten tytuł dopiero w jedenastym przeglądzie. Lepiej późno niż wcale. Na zachętę Bukowski w czasach Facebooka.

 

I tym pięknym lirycznym akcentem kończymy CPI #11. Mam nadzieję, że w jakiś sposób wynagrodziłem wam lenistwo nieobecność Janka. Jeśli bawiliście się równie dobrze jak ja, możecie wyrazić to, dając lajka pod tym tekstem. Tak żeby miał więcej lajków niż poprzednie. A jeśli macie ochotę jeszcze się ze mną spotkać, zapraszam na mojego bloga, który nie ma absolutnie nic wspólnego ze swoją nazwą, i fanpage pełen dialogów, mojej dziewczyny (to ta, która na zdjęciu przegląda Internet na droidzie astromechanicznym) i zdjęć jedzenia.

Stay fly! (nie mam pojęcia, dlaczego Jan nie zrobił z tego swojego catchphrase)

9 sposobów na bycie oryginalną kulinarką

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Chrissi Nerantzi
autorem zdjęcia jest Chrissi Nerantzi

Kilka miesięcy temu pisałem o tym jak być oryginalną szafiarką, bo męczyło mnie to, że wszystkie blogi modowe wyglądają niemal identycznie, a szczytem kreatywności jest dobranie niepasującego t-shirta do dżinsów. Z blogami kulinarnymi jest nie lepiej, a na dobrą sprawę to gorzej.

O ile wszystkie pamiętniki z „fashion” w nazwie były wtórne, ale nie dało się nie zwrócić uwagi na autorkę, o tyle blogi zahaczające o gastronomię są tworami widmo, na których twórcę można znaleźć jedynie w zakładce „o mnie”. Choć i tam nie zawsze. 99% kulinarek zupełnie nie pojawia się na swoim blogu w żadnej formie, a ich treści kompletnie nie różnią od tych z portali z bazą anonimowych przepisów, przez co większość użytkowników trafiając do nich nawet nie wie, że jest na blogu.

Jak to zmienić i być oryginalną blogerką kulinarną? Jest na to kilka całkiem prostych sposobów.

 

Zrób sobie selfie z gotową potrawą

To jest tak proste i oczywiste, że nie mam pojęcia czemu wszyscy tego nie robią.

Jeśli pod koniec każdego przepisu wrzucisz fotę z gotowym daniem i swoją facjatą, to ogarniasz dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze czytelnicy dowiedzą się jak wyglądasz, zapamiętają to i będą Cię kojarzyć i Twojego bloga (a przynajmniej będą mieli pewność, że nie są na jakimś losowym agregacie). Po drugie, to niezły sposób na zaangażowanie czytelników i prowadzenie dwustronnej komunikacji – zrób z tego Waszą wspólną zabawę i zachęcaj ich do tego, żeby w komentarzach wrzucali swoje selfie z efektem gotowania z Twojego przepisu.

 

Podaj zastosowanie przepisu

Też banał, a widziałem ten patent jednocyfrową liczbę razy.

Jestem facetem, niestereotypowym, ale facetem, który nie pochodzi z rodziny wybitnych kucharzy, a mój stary nie jest Gordonem Ramsayem. Nie wiem czy krokodyl z papają, mango i orzechami pekan jest raczej na kolację, czy na obiad, czy może to przystawka. I czy jeśli uznam, że to nadaje się na obiad i zrobię według Twojego przepisu to czy się najem, czy będę musiał ugotować jeszcze 3 inne dania. I czy to dobre na 50-tą rocznicę ślubu, czy raczej jako codziennie nieporuszające nieba i ziemi żarło. A chciałbym wiedzieć.

 

Opowiedz historię dania

Ostatnie nie wymagające głębszej przekminy, a potem lecimy z wariactwami.

Rzadko (w ogóle?) zdarza się, żeby jakaś blogerka przed podaniem przepisu opowiedziała ciekawostki związane z daną potrawą. Skąd pochodzi jej nazwa? Kto ją wymyślił? Jak trafiła do Polski? Która gwiazda hollywoodzka miała po niej zgagę? Czy rośnie od tego penis? Pomijając fakt, że to bardzo cenne informacje, to odróżniają Cię od szarej masy, która w kółko klepie skład i sposób przyrządzenia. I nic poza tym.

 

Gotuj w nietypowych miejscach

Każdy poza bezdomnymi i arabskimi szejkami ma w domu kuchnię (ci drudzy mają ja w osobnym budynku). Ludzie mają w dupie, że pół dnia szorowałaś blat do zdjęć i kupiłaś lampy naświetlające za półtora tysia, żeby Twoja kuchenka gazowa wyglądała jak z katalogu IKEA, bo każdy albo taką ma albo taką widział. Za to dostanie wytrzeszczu oczu, jeśli zrobisz sobie zdjęcia jak przyrządzasz posiłek na Giewoncie albo na plaży na Bali. Albo chociaż na dworcu główny w swoim mieście. Albo na przystanku autobusowym. Nawet gotowanie na dachu bloku zrobi wrażenie. Byle gdzie indziej niż WSZYSCY.

 

Ukierunkuj się na jedną kuchnię

Raz, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, a dwa, że skupienie się na jednym regionie dużo łatwiej pozwoli Ci osiągnąć rozpoznawalność i zdobyć miano eksperta. Do kogo przyszłabyś po przepis na mistrzowskie burrito do „Ania gotuje i bloguje”, czy „Kulinarny Meksyk”? I kogo z nich byś zapamiętała?

 

Przyjmij kreację

W sensie nie żebyś się ubrała w czystą sukienkę i bolerko, tylko stworzyła swoją kreację blogowo-artystyczną.

Kojarzysz „Wulgarny Poradnik Kulinarny”? Jeśli nie, to zajrzyj do nich, jak tylko skończysz ten akapit. Twórcy przyjęli, że będą używać słów jako przecinków między „kurwami” i rzucają mięsem jak w dobrze prosperującej rzeźni. Ich przepisy noszą takie nazwy jak „gulaszowa spierdolina wykwintności”, „mięsne kajdany gwałtu tarczycy”, czy „pomidorowy gar obfitości budżet level janusz”, a kuchmistrz przygotowujący je każe się tytułować mianem Szefa Kuchni Skurwysyna. I czytelnicy to pokochali!

Nie musisz lecieć do Ameryki Południowej po przyprawy, żeby być oryginalnym i zauważonym. Możesz odkryć schabowego z frytkami po raz stutysięczny trzeci, bylebyś to zrobił w sposób, na który nikt jeszcze nie wpadł. Na przykład przebierając się za średniowiecznego arystokratę i pisząc wszystkie przepisy staropolszczyzną.

 

Oprzyj swojego bloga o motyw z kultury

Post użytkownika Paulina Wnuk.

Tutaj za przykład podam najoryginalniejszą kulinarkę jaka funkcjonuje w naszej blogosferze – Paulinę Wnuk z „From movie to the kitchen”. Jak można wywnioskować z nazwy, Paulina gotuje potrawy, które wcześniej pojawiły się w filmach. Paszteciki dyniowe z „Harry’ego Pottera”, ciasto weselne z „Gry o tron”, czy gulasz jagnięcy z suszonymi śliwkami z „Igrzysk Śmierci”. I mimo, że wykorzystałem 2, góra 3 z jej przepisów, to wchodzę na każdy nowy, bo myśl przewodnia bloga jest tak interesująca, że szkoda mi jakiś pominąć.

Nie namawiam Cię, żebyś teraz założyła „From videogames to the kitchen”, czy „From songs to the kitchen”, ale pomyśl o równie rozległym, a jednak osadzonym w jakimś kontekście temacie. Na przykład „Dania dawnych Habsburgów”, „Fantasy na talerzu” albo „Między Guantanamo a Wronkami – najlepsze przepisy kuchni więziennej”.

 

Stwórz maskotkę bloga

Post użytkownika JasonHunt.

Tak jak Danio ma Małego Głoda, a Orange Serce i Rozum, Ty u siebie na blogu też możesz mieć bohatera marki, który będzie Ci pomagał/przeszkadzał w gotowaniu albo testował gotowe dania. To może być fikcyjna postać, Twoja świnka morska, kot albo nawet mąż, byleby był osadzony w jakimś kontekście nawiązującym do tego co robisz. Jeśli u Tomka Tomczyka jamnik zwany Piesią robi furorę jedząc czekoladki, dlaczego u Ciebie miałoby to nie zadziałać i nie być znakiem rozpoznawczym Twojego bloga? Na przykład z kuchnią francuską i pudelkiem, który będzie oceniał potrawy?

 

Bądź facetem

Operacja zmiany płci może trochę kosztować, ale opłaci się, bo popularnych blogerów kulinarnych można policzyć na palcach połowy ręki.