Close
Close

Najgorsze błędy blogerów przy akcjach reklamowych

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Narodowy Bank Polski
autorem zdjęcia jest Narodowy Bank Polski

Bloguję ponad 3 lata, od 2 zarabiam na blogu, a od 1 czerwca 2014 utrzymuję się tylko i wyłącznie z niego, bez dorabiania gdzieś na boku. Rewelacja do sześcianu i przeogromnie satysfakcjonujące, że zrobiłem sobie pracę z hobby, a luźny wytwór mojej wyobraźni zamieniłem w realny sposób na życie. Polecam każdemu! Jednak jeśli już się za to bierzecie, to róbcie to profesjonalnie, bo czasem serce mi się kraje i świnka skarbonka zakrywa oczy ze wstydu, jak widzi totalną amatorszczyznę powstałą w wyniku współpracy komercyjnej.

Ja wiem, że nie od razu Pendolino zbudowano, każdy jakoś zaczyna i nikt od samego startu nie jest Stephenem Hawkingiem marketingu. Wiem. Stąd ten tekst, który nie ma na celu wykpić, a wskazać blogerom najgorsze błędy, które popełniają w działalności komercyjnej i przestrzec przed nimi w przyszłości. Po to, żeby wszystkim żyło się lepiej, czytelnicy nie krzyczeli „sprzedałeś się !!!1!!1jedenjedenaście”, Wam wpadało więcej hajsu, a reklamodawcy po kolejnej kampanii nie dochodzili do wniosku, że „ci blogerzy to banda partaczy i lepiej rozpikselować banerek na Kwejku”.

No to po kolei, co jest nieprofesjonalnego przy akcjach reklamowych na blogach?

 

Wstydzenie się reklamy przed czytelnikami

Z bólem piszę te słowa, ale wciąż są autorzy, dla których współpraca komercyjna to rysa na wizerunku, którą mogą wytknąć czytelnicy, więc starają się ją przed nimi ukryć. „Zasłaniając” posta reklamowego po godzinie od publikacji „normalnym” postem lub w ogóle nie linkując go na fanpage na Facebooku. Czyli sprawiając tym samym, że – w zależności od przyzwyczajeń odbiorców danego twórcy – nie zobaczy go od 30% do 70% osób.

Pomijając moralny aspekt tego zachowania, to z biznesowego punktu widzenia strzelasz sobie w kolano. Bo sponsorzy po zakończeniu kampanii chcą raporty. I je porównują. I widzą, że z tą ilością odsłon na tekście reklamowym coś się nie zgadza. Więc jak myślisz, wrócą do Ciebie z kolejną propozycją lub polecą komuś innemu?

 

Brak selekcji współprac

Absolutnie nie mam nic do szafiarek, z kilkoma jestem prywatnie w zażyłych kontaktach, ale to niestety tyczy się głównie tej grupy. Często nie zastanawiają się, czy dany produkt faktycznie do nich pasuje, jest zgodny z tym co komunikują na blogu albo czy nie współpracowały z ich bezpośrednią konkurencją tydzień temu, tylko biorą wszystko jak leci. I potem okazuje się, że w jednym miesiącu reklamują trzy marki piwa albo pozują w skórzanych kurtkach, mimo, że od dawna są wegankami i walczą o prawa zwierząt.

I potem trzeba wstydzić się akcji przed czytelnikami.

 

Robienie akcji na odwal się

Bo nie wczytała się w brief, bo nie zrozumiała o co chodzi w kampanii, bo nie zastanowiła się jak to kreatywnie pokazać na blogu. Bo jej się, nie chciało. Wybaczcie dziewczyny, ale przez to, że statystycznie jest Was więcej niż facetów, to najczęściej dotyczy właśnie Was.

„To”, czyli podchodzenie do reklamy jak do zła koniecznego, zadania, które najlepiej odbębnić z jak najmniejszym zaangażowaniem, jak egzamin na studiach, i mieć to już z głowy, a nie potraktować jako wyzwanie i okazję do zrobienia czegoś absolutnie oszałamiającego. Czegoś po czym czytelnicy napiszą „wpis życia!”, a klient będzie podawał Cię za wzór do naśladowania przy kolejnych kampaniach.

Zamiast tego, często widzę 2 akapity wyklepane na telefonie godzinę przed publikacją i jedno, góra dwa, arcy nudne zdjęcia, na których produkt wygląda jak szpinak między zębami. No, statuetki Effie to za to nie będzie.

 

Brak indywidualnego podejścia

Ja rozumiem, że można mieć wypracowane, sprawdzone schematy jak robić recenzję filmu, jak test słuchawek, a jak konkurs z błyszczykami do rozdania. Rozumiem jak najbardziej, bo też staram sobie ułatwiać życie, a nie utrudniać, ale to nie może być „kopiuj-wklej”, gdzie zmienia się tylko nazwa marki. Zostawcie tę metodę “redaktorom” naTemat. Serio, mierzcie wyżej, bo dno jest już ich pełne.

 

Chwalenie się prezentami. Za darmo

Wiem jakie to miłe, gdy dostajesz pierwszy dar losu i napawa Cię duma, że jesteś już tym-znanym-blogerem-któremu-wysyła-się-prezenty. Wiem, bo jak kurier pierwszy raz przywiózł mi piwo-niespodziankę od jednego z największych browarów w Polsce, to tak się podnieciłem, że aż cały wpis na blogu o tym spłodziłem. Co było równie głupie, jak wiara, że przechodzenie pod drabiną przynosi pecha.

Głupie, bo po pierwsze powinienem wziąć za to kasę, a po drugie zablokowałem sobie tym samym możliwość płatnej akcji z inną marką piwną. No, a już w ogóle po trzecie, dałem jasny sygnał im i całej agencji, która ich obsługiwała, że mogę robić reklamę za 4-pak warty 16 złotych i nie trzeba mi płacić. Popełniłem ten błąd jeszcze kilka razy. Myślisz, że w którymś momencie po „grzecznościowym” opublikowaniu prezentu zaproponowali mi współpracę za kasę?

Nie bądź frajerem, za pokazywanie produktów na Fejsie, Instagramie, Vine’ie, czy w każdym innym miejscu, gdzie są Twoi odbiorcy powinieneś brać pieniądze. Agencje wysyłające Ci prezenty w imieniu marek, kasują za to równo.

 

Wypróżnianie się na czytelników

W akcji na blogu spotykają się 3 strony: bloger, klient i czytelnicy. Dla wszystkich oczywiste jest, że z danej reklamy musi być zadowolony bloger, niektórzy rozumieją, że satysfakcja klienta też jest tu istotna, natomiast mam wrażenie, że część twórców kompletnie pomija trzecią stronę, czyli odbiorców. Myśli, że jak hajs na umowie się zgadza i kobita z agencji dała akcept na publikację, to wszystko gra i można iść już odpalać cygaretkę za 2 zeta. No nie, nie jest tak.

ABY AKCJA NA BLOGU SIĘ UDAŁA, WSZYSTKIE 3 STRONY MUSZĄ BYĆ RÓWNIE ZADOWOLONE!

Czytelnicy muszą dostać tekst wystrzelony w kosmos jak Łajka, który ich zaangażuje i poruszy na tyle, że klikną magiczne „udostępnij”, klient musi być pewien, że cele założone w briefie zostały spełnione, a produkt nie pojawia się jako tło tła w jednym zdaniu i bloger musi być ukontentowany cyferkami, które widnieją po magnetyzującym słowie „wynagrodzenie” i przed równie skupiającym uwagę „netto”. Inaczej wyjdzie z tego kupa w złotym papierku, którą wypadałoby posprzątąć, a nie wystawiać na widok publiczny.

 

Wypróżnianie się

na klienta

Asami w tej materii są YouTuberzy. Wielu z nich, jeśli dostanie kampanię niewizerunkową (która nie polega tylko na ulokowaniu produktu w naturalnym kontekście w filmiku), ale akcję aktywizującą (której celem jest wykonanie jakiegoś działania przez widzów – najczęściej kliknięcia w link i przejścia na stronę docelową klienta), partaczą to po całości.

Powiedzmy sobie wprost, jeśli osią akcji jest strona zewnętrzna (na której jest konkurs, galeria zdjęć, informacje o produkcie, czy sklep internetowy), to w całym materiale, który przygotowujesz NAJWAŻNIEJSZY JEST LINK! A co robi wielu youtuberów? Wrzuca przekierowanie do swojego fanpage, profilu prywatnego, profilu na Instagramie, Twitterze, Vine’ie, Tumblrze, Naszej-Klasie, Sexfotce i dopiero na samym końcu, gdy już przeciętny użytkownik YouTube usnął albo poszedł odrabiać lekcje, umieszczają odnośnik do strony klienta.

No brawo! O to chodziło!

 

Nieoznaczanie współprac reklamowych

Bo myślą, że jak nie oznaczą, to czytelnicy nie będą się czepiać, zaglądać im w kieszeń i burzyć się na zbyt dużą ilość reklam. Poranny stolec prawda razy milion! Zawsze, gdy tekst jest wynikiem współpracy z jakąś marką, piszę o tym na początku wpisu i jeszcze NIGDY nie zdążyło mi się, żeby, któryś z czytelników zarzucił mi COKOLWIEK. Ba, często dostaję wręcz przeciwne informacje zwrotne.

Za to gwarantuję Ci, że jeśli będziesz robił kryptoreklamę, to Twoi odbiorcy zaczną się jej doszukiwać WSZĘDZIE. W każdym jednym zdjęciu, które wrzucisz do sieci będą widzieć nieoznaczony materiał sponsorowany, dopytywać, gnoić i drążyć, ale przede wszystkim stracą zaufanie. Zaufanie, które jest fundamentem bycia opiniotwórcą i publikowania w sieci.

Jesteś pewien, że chcesz tego?

(niżej jest kolejny tekst)

Cotygodniowy Przegląd Internetu #12: Empik, uzależnienie od podróży i Pezet

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 12

Jeszcze nie zdarzyło mi się pisać “Cotygodniowego Przeglądu Internetu” w drodze. Czasem zbierałem linki jadąc tramwajem, ale jeszcze nie kleiłem tego w całość pod lichym światłem autobusowej lampki, siedząc na końcu trzęsącego się pojazdu i modląc się o dość relatywny i umownie ujęty spokój. Podobno zawsze jest ten pierwszy raz, więc kiedy jak nie w drodze z Gdańska do Warszawy?

Janusze marketingu filmowego: czyli rozważania na temat tego, w jaki sposób mógł powstać plakat do “Hiszpanki” – najbrzydszy materiał promocyjny zeszłego roku. Który wygląda jak złożony w Paince przez ślepego kadłubka.

Jak się pracuje w Empiku? Były pracownik największej sieci dystrybuującej kulturę w Polsce, pisze jak wygląda ta korporacja od wewnątrz i jak wykorzystuje się w niej ludzi.

25 odjechanych kulinarnych gadżetów: chochla do zupy w kształcie dinozaura, ściekająca z blatu deska do krojenia i diamentowa foremka do lodu. Same kozackie rzeczy.

Jak docenić samego siebie? Tekst o tym, że pochwała motywuje dużo skuteczniej, niż reprymenda i że każdy potrzebuje usłyszeć “dobra robota!” po skutecznie wykonanym zadaniu. Mimo, że napisane z perspektywy kobiety, to faceci też mogą odnieść te przemyślenia do siebie.

50 objawów uzależnienia od podróży: mnie jeszcze do tego daleko, ale przy kilku punktach pokiwałem głową. Ciekaw jestem jak u Was wypadnie ten test.

Autostopem na koniec świata: tytuł i pierwsza plansza mówią same za siebie – zapowiada się kozacki materiał!

 

Klip tygodnia: w końcu ukazała się wizualizacja do jednego z najbardziej przejmujących numerów najlepszego polskiego rapera. W związku z tym, że mamy miesiąc bez przeklinania powiem tylko, że nie jestem usatysfakcjonowany efektem.

 

Fanpage tygodnia: popkulturowo-satyryczny profil kpiący głównie z rodzimych celebrytów, ich wpadek i rozbuchanego ego. Rzadko patyczkują się z tematem i raczej jadą grubo. Czasem dosłownie.

Post użytkownika Vogule Poland.

 

Bloger na zdjęciu u góry: jesteście świadkami przełomowej chwili w historii “Przeglądu” – po raz pierwszy na focie z lupką nie pojawia się blogerka. Gość, który zerka na Was z ikony wpisu to Kamil z wyjątkowo polsko brzmiącego bloga Zdzisław.in. Całkiem przyzwoicie zapowiadający się zresztą, u którego możecie przeczytać i humorystyczno-sarkastyczne teksty i znaleźć ciekawe społeczne obserwacje.

Spoko by było, gdyby tego zrywu plemników nie powstrzymała zmowa jajników i panowie poszli za ciosem, podrzucając swoje facjaty z lupami do kolejnych przeglądów. Mogę na Was liczyć chłopaki?

9 typów osób, których nie chcesz spotkać pod sceną

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Janusz Kaliszczak
autorem zdjęcia jest Janusz Kaliszczak

Jakiś czas temu byłem na koncercie Bisza – jednego z moich ulubionych raperów, którym jaram od 1410 jak tęcza na Placu Zbawiciela. Biszu grał oczywiście pierwszoklasowo i kawałki, które znam na pamięć z jego płyt przy wykonywaniu na żywo nic nie traciły na wartości, a w zasadzie to dużo zyskiwały, bo nie tylko było słychać jego emocje, ale i widać. Mimo, że gwiazda wieczoru gwieździła, świeciła i robiła lepsze przedstawienie, niż żona wyrzucająca rzeczy niewiernego męża przez okno, to nie bawiłem się tak dobrze jak mogłem. Kamieniem w bucie byli ludzie na koncercie, którzy skutecznie utrudniali mi jego odbiór.

Trafiłem na większość z 9 typów osób, których nie chcesz spotkać pod sceną.

 

Para

Ja wiem, że fajnie jest się pobujać, poprzytulać, pomiziać i złapać za tyłek swoją dziewczynę jak gra Barry White. Ale na koncercie rapowym, rockowym, czy electro na 100% nie gra Barry White. Bo nie żyje. Więc jak chcecie się kiziać jak dwa niedźwiadki i gruchać sobie do ucha czułe słówka jak gołąbki na parapecie biblioteki miejskiej, to idźcie do miejsca do tego przeznaczonego. Albo zostańcie w domu. Ale zamulając w środku tłumu na koncercie, gdzie ludzie chcą się drzeć i skakać, bo też właśnie taka muzyka gra, tylko psujecie klimat.

 

Fotograf-kamerzysta

Ucieleśnienie niszczyciela atmosfery. Całą imprezę z telefonem w dłoni. Zasłaniając widok innym. Nie będę już strzępił sobie na nich języka, bo zrobiłem to poświęcając im cały tekst – „Koncert z komórki lepszy, niż na żywo?”.

 

Palacz

Ja rozumiem, że nałóg i w ogóle. Serio. Ale po pierwsze, KAŻDY ma jakiś nałóg i jakoś jest w stanie go pohamować na te 2-3 godziny. A po drugie, jak bardzo trzeba nie mieć wyobraźni, żeby odpalać papierosa w kilkuset osobowym tłumie, w dusznym klubie, bez klimatyzacji, gdzie jest tak gorąco, że gdyby nie euforia, ludzie by popadali jak muchy z braku powietrza? I nie dość, że Ci zabiera tlen, to jeszcze przypali Cię taki tym fajkiem. Syn kobiety kupczącej ciałem jeden.

 

Dryblas

To zupełnie nie jego wina, że natura go tak hojnie obdarzyła wzrostem. Nie zmienia jednak faktu, że jak stanie taki przed Tobą, to koncert musisz sobie wywróżyć z jego potylicy.

 

Podrywacz-amator

Przyszedł na imprezę znaleźć miłość do grobowej deski. Albo chociaż do jutrzejszego śniadania. Bierze co się nawinie, a że nawinęło się akurat dziewczę stojące przed Tobą, to chce je wziąć. Tyle, że ona nie chce się dać. A on tego zupełnie nie rozumie. I zamiast wczuwać się w klimat numerów, przez pół godziny jesteś nadziany uszami i oczami na nieudolne zaloty, gdzie z jednej strony leci „słonko, kotku, laleczko”, a z drugiej „bucu, natręcie, beju”.

 

Himalaista

Do klubu przyszedł prosto z ośmiotysięcznika, dlatego nie mógł zostawić plecaka w domu. Ani w szatni. Ani w krzakach pod klubem. Tylko musiał z nim wbić pod samą scenę, zabierając dwa miejsca i robiąc nim spustoszenie za każdym razem, gdy obróci się w prawo albo w lewo.

 

Dziecko nauczycielki

Człowiek znany także jako krypto-ADHD.

Do 24-go roku życia był trzymany pod kluczem w piwnicznej komórce, i dopiero po dostaniu się na studia doktoranckie rodzice stwierdzili, że może raz w tygodniu wrócić po zmroku. No to korzysta. Jest bardziej nawalony, niż Muniek Staszczyk na koncercie w Pszowie, drze ryja nawet na melancholijnych kawałkach i ciągle ciągnie wokalistę za nogawkę, próbując się na niej podciągnąć i wejść na scenę. Jeśli jest lipna ochrona, a najczęściej jest, wokalista od tego momentu bardziej musi skupiać się na ostrożnym stawianiu kroków, niż na graniu.

 

Psiapsióły

Przyszły sobie na wydarzenie muzyczne pogadać. I stoją i gadają. Pod sceną. O lakierze do paznokci, odżywcze do włosów i czy Robek zadzwoni, jeśli zrobiła z połykiem na pierwszej randce.

 

Księżniczka

Nienawiść do takiej póki ogień piekielny jej nie spopieli!

Rozumiem, że nie każdy kto przychodzi na koncert ma potrzebę skakania, śpiewania i wzmożonej aktywności wokalno-ruchowej. Jak najbardziej rozumiem, że ktoś może chcieć po prostu posłuchać muzyki na żywo bez uczestniczenia w całej otoczce z tym związanej. Nic mi do tego. Taka osoba staje sobie z tyłu i odbiera sobie występ jak chce. Ale staje z tyłu, gdzie jest luźno i komfortowo, a nie pcha się do pierwszego rzędu w największy ścisk!

Nie ma nic gorszego, niż wymuskana księżniczka w szpileczkach, która wepchała się pod same barierki i ma pretensje do wszystkich ludzi dookoła, że się bawią. Stoi jak kukła na wystawie, za bardzo nawet nie kumając co się dzieje na scenie, i ma pretensje do każdego, kto trąci ją łokciem. Ma pretensje, że ludzie na nią napierają, niebo jest niebieskie, a woda mokra. Wpadnij na nią skacząc, to zacznie robić awanturę, że jesteś bucem najgorszego sortu, bo podeptałeś jej buty i, nie daj boże, popchnąłeś. A ona przyszła sobie tu postać.

Miejsce pod sceną, to nie jest miejsce do stania. To jest miejsce do skakania!