Close
Close

Tym razem uliczne historie są o lekkim zabarwieniu internacjonalnym, bo i przewija się w nich Rzym i Egipt, choć nie tak bardzo, jak w tych z lutego. W marcowej złotej dziesiątce zapisków z knajp, środków transportu i deptaków, jest trochę o naszej narodowości, trochę o książkach i trochę o jedzeniu. I oczywiście sporo o sprawach damsko-męskich.

 

#1 – Fakt, że przyleciałem do Hurghady bez dziewczyny, chłopaka ani prawnego opiekuna budził spore zainteresowanie:

– Pan taki przystojny i ciągle jest sam. Może ja się przysiądę?
– Wie pani co, nie miałbym nic przeciwko, ale muszę pracować.
– Ach dyplomata. Rozumiem, ze narzeczona czeka w Polsce?
– Nie jesteśmy jeszcze narzeczeństwem, ale chodzi o to, że przyleciałem tu do pracy i…
– Ja rozumiem, rozumiem, nie musi się pan tłumaczyć. Ja też miałam kiedyś zazdrosnego narzeczonego. Niech pan sobie wyobrazi, że robił mi awantury o wszystko. Dosłownie o wszystko! Nawet o to, że na weselu jego kuzynki poszłam z jego bratem gwiazdy pooglądać, a to przecież jedna rodzina była, więc co za różnica, który Zagrzecki mnie za kolano złapał?

No ja bym tam jednak widział różnicę.

 

#2 – Gadka-szmatka z panem ręcznikowym przy plaży:

– Ruskie?
– Nie, polskie.
– Aaa. Cieść, jak sie maś?
– Dobrze, a ty?
– Dobra, dobra, ziupa z bobra.

Pokonał mnie.

 

#3 – Jak się dowiedziałem z rozmowy pod Uniwersytetem Pedagogicznym, Tinder faktycznie działa:

– …czyli co, że da się tam znaleźć normalną dziewczynę? Taką wiesz, fajną, nie tylko na seks, tylko normalną, taką do spotykania się, żeby do kina pójść, czy coś?
– No jak poszukasz, to da się.
– I co, ty masz taką?
– No. W tym miesiącu już trzecią.

 

#4 – Dzień jak co dzień, jadę tramwajem, w środku zimno jak w kamienicy i jakiś koleś na siedzeniu obok mnie kicha, jakby się nawąchał tabaki:

– Na zdrowie.
– Masz jakiś [słowo_którego_nie_mogłem_użyć_ze_względu_na_miesiąc_bez_przekleństw] problem frajerze?

A ja tylko chciałem być miły.

 

#5 – Zwierzenia pretendującego Pana Miecia pod delikatesami na Królewskiej:

– …i podbija psiarnia i mówi, że mnie będzie na izbę zawijać, a ja mówię, że dobrze, bo i tak się miałem do domu wybierać.

 

#6 – Hotelowa masażystka w trakcie niezobowiązującej rozmowy na plaży rozkminiła moją prawdziwą narodowość:

– Heloł, hał ar ju?
– Fine, thanks. Sorry but I’m working.
– Du ju łont masasz?
– No, thanks. I’m working.
– Łer ju from?
– Poland. Thanks for your help but I need to work.
– End ju dont łont masasz?
– No.
– Bat ewribadi form Polant łont masasz.
– But I’m working and I don’t need that.
– Ju ar lajer, ju ar not from Polant. Ewribadi from Polant łont masasz. Ju ar from Dżermani.

 

#7 – Trzydziestokilkulatkowie randukjący nad Wisłą:

– A co ostatnio czytałeś?
– Co czytałem? Hehe, no czytałem “Pies, który jeździł koleją”, hehe, i takie tam. Ale ogólnie nie należę do ludzi, którzy zajmują się takimi głupotami, hehe.

 

#8 – Idę do drukarni, żeby odebrać identyfikatory na “Smok Bloga” i podchodzi do mnie starszy pan. Nie wyglądał jak mój potencjalny czytelnik, więc nie miałem pomysłu o co może mu chodzić:

– Przepraszam bardzo, mógłby mi pan pomóc?
– A o co chodzi?
– Proszę za mną.
– Podchodzimy do słupa ogłoszeniowego i pokazuje palcem na plakat z Marylą Rodowicz.
– Mógłby mi pan powiedzieć co tu pisze?
– “Maryla Rodowicz akustycznie”.
– No właśnie, akustycznie, to znaczy jak? Bez plejbeku?
– Tego bym się nie spodziewał, ale podejrzewam, że to znaczy, że z gitarą akustyczną. Taką wie pan…
– Taką jak na ogniskach harcerskich?
– Tak, tak, coś takiego.
– To idę, dziękuję bardzo!

I pobiegł.

 

#9 – Dysputy gastronomiczne w Ambasadzie Śledzia:

– Zjadłbym coś.
– Stary, kiedyś tu jadłem jakiś makaron. A potem poszedłem ruchać. I tak mnie zaczął napierdalać żołądek, że musiałem przestać i pójść do domu. Więc wyobraź sobie jak chujowy ten makaron musiał być.

 

#10 – W trakcie Wielkanocy w Rzymie ciągle ktoś mnie zaczepiał, żeby wepchnąć mi kij do samojebek. Przyzwyczajony do nagabywania przez Murzynów, po prostu ich ignorowałem i udawałem, że nie odnotowuję ich istnienia, ale nie wszyscy mieli na tym mocne nerwy. Gdy na Placu Świętego Piotra ten sam Murzyn trzeci raz podszedł z hasłem „selfie, selfie stick 5 euro” do Polki modlącej się przed kaplicą, nie dała rady:

– Proszę ode mnie odejść, proszę do mnie nie podchodzić i proszę stąd wyjść! Natychmiast! Jestem w Watykanie, rozumie pan? W WA-TY-KA-NIE! Miejscu, gdzie się modli! Modli, a nie sprzedaje gadżety! Chcę się pomodlić, a pan mi przeszkadza, więc do jasnej cholery proszę stąd odejść! Proszę w tej chwili stąd wyjść, bo dzwonię po policję!
– Ooo, pojonia! Ni szłość siem, bo szłość piknoźci kodzi, a ti jeścieś piekna!
– Yyy… dziękuję, bardzo pan miły.
– Jeścieś piekna, a piekna cieba foto. Selfie stick 5 euro!

 

Przy poprzednich „ulicznych historiach” wrzuciliście do komentarzy wiele rozbrajających opowieści – między innymi o maczetach – za co wielkie dzięki, bo uśmiałem się nie mniej, niż pytając o wysokość zasiłku dla bezrobotnych w Urzędzie Pracy. Jeśli więc macie jakieś pokręcone jak włosy Ewy Minge dialogi z ostatnich tygodni, to zapraszam do zabawy.

(niżej jest kolejny tekst)

Jak to jest mieć zagraniczne nazwisko?

Skip to entry content

Urodziłem się w Thouars, nazywam się Favre, na drugie mam Florian, na trzecie Luis i odkąd zacząłem raczkować słyszę, że to fajnie mieć zagraniczne nazwisko. No, nie do końca.

Od przedszkola miałem problem z tłumaczeniem wszelkim paniom nauczycielkom, urzędniczkom, wychowawczyniom, policjantkom i strażniczkom miejskim, że w środku mojego nazwiska jest litera „v”. O ile jako w miarę świadomy i zaradny nastolatek jakoś sobie z tym radziłem, o tyle w okresie wczesnoszkolnym był to prawdziwy horror.

– Dobrze, to teraz sprawdzimy sobie obecność. Nowak, Kowalska, Wróblewski, Kozibąk, Faure, Nogacka…

– Favre.

– No przecież przeczytałam, Faure. Markowski, Zarzycka, Kuchcik…

– Tam nie ma „u” tylko „fał”.

– Jakie „fał”? Chcesz powiedzieć „wu”?

– Nie, nie „wu”, tylko „fał”. Taka połowa „wu”.

– W sensie „ef”?

– Nie, nie „ef”, nie „wu”, tylko „fał”. „Fał” jak VolksWagen.

– Ale to pierwsze „fał”, czy to drugie „fał”?

I tak w kółko, za każdym razem, przy każdej nowej nauczycielce, w każdej klasie, na każdych studiach, w każdym miejscu, gdzie musiałem podać swoje dane. W pewnym momencie stwierdziłem, że przekaz ustny jest równie sensowny co budowanie zamku z piasku na linii brzegowej i gdy ktoś go ode mnie potrzebował, pisałem je na kartce. Albo podawałem legitymację. Albo dowód. Ale to nie pomagało.

Choćby każda litera była z osobna wydrukowana na kartce wielkości płyty chodnikowej i tak prawie pewne było, że urzędas zapisując je zrobi błąd.

Ludzie z jakiegoś irracjonalnego powodu nie chcieli zaakceptować, że ktoś może mieć nazwisko z niepolskim znakiem. I gdy już dotarło do nich, że naprawdę, ale to naprawdę, a nie w wyniku przejęzyczenia, czy haju kodeinowego, tam jest nie „w”, nie „f”, tylko „v”, zaczynały się pytania. Przepraszam, gradobicie pytań.

– Nie Padre, tylko Favre? Przez „fał” w środku?

– Tak, nie Padre tylko Favre, przez „fał” w środku.

– O, to chyba nie jest rdzennie polskie nazwisko?

– No, nie.

– O, to skąd takie nazwisko? Rodzice są obcokrajowcami?

– Nie, tylko ojciec. Jest Francuzem.

– O, to jak to tak, że tylko tata jest z zagranicy?

– Musiałaby pani spytać dziadków, ja nie miałem na to za bardzo wpływu.

– O, a jak się rodzice poznali? Kiedy tu przyjechaliście? Czym się zajmuje tata? Nie chcieliście zamieszkać we Francji? Masz rodzeństwo? Umiesz mówić po francusku? Powiedz, coś! Powiedz, powiedz, powiedz!

– Ty tępa blazo, nie znam ojca, nie mieszkam z nim i w życiu go nie widziałem i to mój największy życiowy kompleks, więc z łaski swojej, nie bądź taką impertynencką szmatą i odpierdol się od moich spraw rodzinnych. Jesteś przypadkową osobą, z którą nie łączą i nie będą mnie łączyć żadne więzi emocjonalne, więc chuj ci do tego jak się poznali rodzice, ani czy dostaję padaczki jak nie zjem ślimaków przez 3 dni, bo to absolutnie nie twoja sprawa. Kurwa.

Ta ostatnia wypowiedź oczywiście nigdy nie padała, ale przez całe dzieciństwo marzyłem, żeby zripostować te natarczywe pytania w ten sposób. Bardzo mnie bolało, że kompletnie przypadkowy człowiek uważa, że ma prawo wchodzić z butami w moje życie, tylko dlatego, że nazywam się inaczej niż jego sąsiedzi z klatki. I że arogancko domaga się odpowiedzi na pytania, które wcale nie były dla mnie łatwe, a w zasadzie były jednymi z najtrudniejszych.

Bo jako kilkuletni chłopiec wcale nie czerpałem przyjemności z opowiadania o tym, czemu rodzice się rozstali.

Mimo to, opiekunowie na koloniach, recepcjonistki w przychodniach, czy pracownicy poczty nie widzieli nic zdrożnego w tym, żeby grzebać brudnymi łapskami w mojej intymności, a ja byłem na tyle mały, by nie wiedzieć jak się przed tym bronić. Rozumiem, że „v” w nazwisku mogłoby budzić jakąś sensację, gdybym był czarny albo chociaż mówił z jakimś dziwnym akcentem, ale polski był moim językiem ojczystym, a mama dbała o tym, by nawet po spotkaniu z błotem moja skóra nie zmieniała trwale koloru.

Dziś, jako dorosły człowiek, wiem jak na takie sytuacje reagować i jak się bronić, i też zdarzają się dużo rzadziej. Najczęściej w momentach, gdy spotykam na żywo ludzi, którzy wcześniej obserwowali mnie tylko w internecie. I zazwyczaj ktoś pyta jak nazywam się naprawdę, bo myślał, że „Favre” to mój pseudonim artystyczny. Mimo, że do artyzmu prawie mi tak daleko jak Mandarynie. Albo, że tak wpisałem sobie na Facebooku dla lansu, bo to przecież esencja szpanu, mieć cokolwiek z zagranicy. Jeśli nie na stopach, to chociaż na portalu społecznościowym w rubryce “dane”. Jest to mało mądre, ale to sporadyczne przypadki.

Reasumując, wbrew obiegowej opinii, zagraniczne nazwisko jednak nie jest najfajniejszą rzeczą na świecie. Nie polecam.

autorem zdjęcia jest Leon Riskin

Cotygodniowy Przegląd Internetu #21: starość z tatuażami, nowe Radio Maryja i skojarzenia ze Stay Fly

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 22

Mimo, że w tym tygodniu starałem się odciąć od internetu z okazji świąt i spędzania czasu z mamą, to, w przerwach w zwiedzaniu Rzymu, kilka razy rzuciłem okiem na facebookową ścianę i na to co się dzieje na rodzimym podwórku. I niestety doszło do mnie info o programie Agnieszki Szulim “Szalone Tokio”. Mimo całej furgonetki miłości do niej, to ten materiał jest chujowy i odradzam wszelki kontakt z nim, bo będziecie musieli pójść do specjalisty po tym spotkaniu. Jak chcecie dowiedzieć się czegoś wartościowego o Japonii, to sprawdźcie rewelacyjny materiał Krzyśka Gonciarza. A jak chcecie dowiedzieć się czegoś wartościowego o ostatnich kilku dniach, to jedziemy z tematem.

Dziewczynka o kamiennej twarzy: bardzo dobre opowiadanie o wpływie rodzica alkoholika, na dorosłe życie dziecka. O dziwo, mimo, że poruszające, to lekkie i bez zbędnego patosu. Polecam autora, bo młody, uzdolniony i nieźle zapowiadający się.

Posprzątajmy reklamy: inicjatywa obywatelska dotycząca “ustawy krajobrazowej”, czyli ogarniania chaosu w przestrzeni publicznej i tryliona billboardów z kremem na rozstępy. Tutaj możesz wysłać list do swojego senatora, żeby zrobił coś z marketingowym pierdolnikiem w Twoim mieście.

Miłość to dopiero początek: tytuł brzmi tak jak brzmi, ale nie dajcie mu się zwieść. To wybitnie mądry i dający do myślenia tekst o tym, czym faktycznie miłość jest, gdy odrzucimy jej popkulturowy kontekst lansowany w komediach romantycznych.

Jak będziesz wyglądać na starość z tatuażami? To standardowe hasło, które pojawia się, gdy ktoś zrobi sobie dziarę, mające na celu obiektywną i sensowną krytykę jego pomysłu. Dobra wiadomość, już nie musicie się zastanawiać, galeria 24 wytatuowanych seniorów odpowiada dość dobrze na to pytanie.

Mamo, tato, nie mów tak do mnie! Chyba ostatnio za często znosi mnie na tematy rodzicielsko-wychowawczo-dzieciowe, no ale jak czytam takie teksty, to trudno mi przejść obojętnie i nie puścić dalej.

Rebranding Radia Maryja: brzmi jak żart? Zdecydowanie, bo pomysł powstał na prima aprilis, ale ta identyfikacja wizualna jest tak profesjonalna i zajebista, że gdyby Rydzyk się na nią zdecydował, to chyba zacząłbym go słuchać.

Najpopularniejsze loga: malowane czymś, co wygląda jak połączenie pędzla z flamastrem, ale nie wiem jak naprawdę się nazywa i mam nadzieję, że fachowcy od projektowania nie zlinczują mnie za tę niewiedzę.

Sebastian LesterO cara é muito bom!

Posted by Vanderlei Frari on 3 kwietnia 2015

 

Darude – “Sandstorm”: grane na drzwiczkach od piekarnika.

 

Męska stylówka tygodnia: moja! Wczoraj w Krakowie było tak ciepło, że wbiłem w krótkie spodenki idąc po bułki do Buczka i bardzo chciałem podzielić się z Wami tym faktem.

Taki piątunio to ja rozumiem!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

 
 
Damska stylówka tygodnia: myślisz streetwear w Polsce, myślisz Pani Ekscelencja. Jest w tym bezkonkurencyjna, ostra, a w dodatku cały czas śliczna i kobieca. Mimo, że zupełnie nie wiem co robi ten ręcznik między jej dłonią a udem.

pani ekscelencja
kliknij w AirMaxy po więcej zdjęć

 
Klip tygodnia: po bardzo przeciętnej czwartej płycie z Matkiem, Bonson wraca do estetyki staroszkolno-podziemnej i wychodzi mu to jak zwykle. Czyli arcymistrzowsko! Ultra plastyczne opisy otoczenia, hiper celne spostrzeżenia i podwójne rymy. Kozak!   https://www.youtube.com/watch?v=rB0jYs5HIUE

 
Fanpage tygodnia: próbowałem napisać coś mądrego, ale nazwa tego profilu mówi sama za siebie.

 

Ogłoszenie parafialne: nie dość, że dojrzałem mentalnie do zmiany szablonu, to już nawet znalazłem taki piękniusi, który wymaga tylko drobnych popraweczek, żeby go wdrożyć i wepchnąć bloga na wyższy poziom. Jednak oprócz nowej szaty, planuję też pogrzebać w bebechach i potrzebuję do tego Waszej pomocy, która w tym wypadku będzie nieoceniona. Chodzi o to, żebyście odpowiedzieli na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: jakie słowo bądź fraza kojarzy Wam się ze Stay Fly? Gdybyście mieli opisać bloga osobie, która w życiu go nie widziała na oczy, to co pierwsze przyszłoby Wam na myśl? Odruchowe skojarzenie? Słowo-klucz?

Pamiętajcie, tu nie ma złych odpowiedzi, są tylko za długie hasztagi.