Close
Close

7 wad “Avengers: Czas Ultrona”

Skip to entry content

W weekend byłem na nowej ekranizacji przygód komiksowych superbohaterów – „Avengers: Czas Ultrona”. Nie, żebym był jakimś zagorzałym fanem, bo dużo bardziej jarają mnie wszelkie wariacje na temat X-Menów, ale na „Iron Man 3” bawiłem się jak Adam Hofman na diecie poselskiej, więc stwierdziłem, że sprawdzę. W końcu Robert Downey Jr. w obsadzie filmu, to już od jakiegoś czasu gwarancja przynajmniej przyzwoitej rozrywki. No i udało mi się znaleźć seans nie w 3D, o w miarę przyzwoitej porze, więc „za” było zdecydowanie więcej niż „przeciw”.

Jakie wrażenia po seansie?

Nie jest to tytuł tak słaby jak ostatnia „Godzilla”, bo nie wiem co trzeba by zrobić, żeby przebić tego gniota, ale do „Przeszłość, która nadejdzie” sporo mu brakuje. Mniej więcej tyle, ile Elizie z Warsaw Shore do bycia piosenkarką. No dobra, może ciut mniej. W każdym razie z pewnością nie jest to film, na który trzeba pójść, żeby móc nazywać się miłośnikiem kina rozrywkowego. Ot, taki przyjemny średniak dla fanów serii. Dla wszystkich pozostałych po prostu średniak, na którym lepiej sprawdzić, czy koleżanka z którą się przyszło nie ma wody z kolanach, ani udach, niż skupiać na ekranie.

Czemu?

 

Walka, walka, walka

Avengers-czas ultronu

Od razu walimy z grubej rurki – najpoważniejszy zarzut wobec filmu. Niestety w „Avengers: Czas Ultrona” nie ma czasu na budowanie napięcia, osadzanie widza w klimacie i pozwolenie mu aby przejął się losem swojej planety. Nie ma na to czasu, bo trzeba napierdalać! Obraz dominują sceny walki, przerywane scenami bitwy, z luką na sceny wojny. I tak w kółko od wciśnięcia „play” przez operatora do napisów końcowych. Chciałeś się wczuć w sytuację postaci na ekranie? To idź na „Milczenie owiec”.

 

Ten typ z łukiem

Avengers_hawkeye

To przeszkadzało mi już w poprzedniej części, ale w tej uniemożliwiało mi zabawę. Avengersi to zbiór superbohaterów, więc jak sama nazwa wskazuje, powinno być super. Thor jest synem Odyna i ma kozacki młot, Kapitan Ameryka jest genetycznie modyfikowanym koleżką z poprzedniego stulecia, Iron Man to cud techniki i naukowy geniusz, a Hulk to Hulk. I nagle na pierwszy plan tego składu wychodzi ziomeczek, którego jedyną umiejętnością jest to, że potrafi strzelać z łuku.

To nawet Strasburger wilgotniejsze suchary klepie. Przecież to jest superbohaterstwo na poziomie Wardęgi. Z jednej strony mamy półbogów, a z drugiej typa, który za dużo naoglądał się Robin Hooda. Gdyby jeszcze był jakimś turbo samcem alfa, albo chociaż rzucał śmieszne teksty, ale jest tylko wiecznie ciągnącą się za ekipą ciapą. W dodatku chodzącą w bezrękawniku. Jakbym Bronka 20 lat wcześniej widział.

 

Brak logiki

avengers-age-of-ultron-

To mnie zawsze irytuje w filmach sensacyjno-komiksowo-rozrywkowych, ale tu już osiąga apogeum. Tego typu tytuły opierają się na tym, że ten dobry z tym złym, tłuką się jak mięso na kotlety, rozpierdalając po drodze całe miasto. Wieżowce, centra handlowe, samochody, wylatują w powietrze jak fajerwerki w nowy rok i wszyscy mają w dupie, że są w nich ludzie. I giną. Im większy budynek jebnie na ziemię, tym większa zabawa przecież. Mimo to, że podczas jednej takie sceny walki, zginęło „przypadkiem” kilkaset osób, protagonisty nigdy to nie rusza.

Co się dzieje jednak, gdy w kadrze pojawi się dziecko? No trzeba ratować. To chuj, że w poprzednich scenach główny bohater zabił dziesiątki takich dzieci rzucając czarnym charakterem po domach. Dziecko jest widoczne w kadrze, więc trzeba olać misję ratowania świata i wyłączenie bomby 30 sekund przed wybuchem, który zmiecie wszystkich z planety, tylko rzucić się na ratunek jakiemuś przypadkowe bachorowi. Tak, to brzmi logicznie.

 

Infantylne momenty

avengers czas ultrona  recenzja

W połowie filmu Avengersi zostają dojechani przez ziomków Ultrona – sztuczną inteligencję, która przemieszcza się po sieci z prędkością światła – i postanawiają się schować. Nie w bunkrze, nie w schronie odciętym od świata i komunikacji, nie na biegunie północnym gdzie zasięg LTE ani GPS nie sięga. Nie. W jakimś domku na wsi. Który widać z każdej satelity.

Domek należy do typa z łukiem i jego żony i mimo, że jest widoczny jak czarne oliwki na pizzy, to Avengersi są pod wrażeniem jak świetnie łucznik ukrył go przed światem.

Tak jak pisałem dwa akapity wyżej, typ z łukiem w grupie ma pozycję popychadła, służącego bardziej za mięso armatnie, niż kogoś kto jest w stanie zrobić COKOLWIEK. Mimo to, typu w trakcie rozmowy z żoną oznajmia jej, że musi być liderem dojechanych Avengersów, pomóc im stanąć na nogi i ocalić świat od zagłady. Co jest najmniej przekonującą sceną motywacyjną, jaką w życiu widziałem.

 

Za dużo żartów

Tony Stark ma w tym filmie złote linijki, które sprawiają, że między kolejnymi niekończącymi się scenami walki, można się faktycznie zaśmiać. Niestety pozostali mają te linie lekko zardzewiałe i nawet dałoby się je jeszcze jakoś naoliwić, gdyby nie fakt, że padają zbyt często. Esencją przeładowania, co by nie mówić, sensacyjnego tytułu żartami, jest odnoszenie się co kwadrans w pseudo-śmieszny sposób do suchara Kapitana Planety z początku filmu. Jakbym chciał obejrzeć rasową komedię, to bym włączył wystąpienie Magdy Ogórek, a nie szedł do kina.

 

Ultron

avengers czas ultrona ultron

Niestety, ale wyjątkowo słabym punktem „Czasu Ultrona” jest sam Ultron, będący jednocześnie najmniej inteligentną sztuczną inteligencją jaką widziałem. Koleś, a w zasadzie „to coś”, ma dostęp do WSZYSTKICH baz danych i WSZYSTKICH systemów informatycznych na świecie.

I co robi, żeby unicestwić ludzkość?

Nie wprowadza buntu maszyn, czy awarii instalacji elektrycznej, która jest w każdym domu. Nie zmienia procedur produkcji żywności, czy filtrowania wody, żeby po cichu zatruć ludzi. Nie wysyła też radzieckich bomb na biały dom, żeby rozpętać trzecią wojnę światową.

Nie. Stwierdza, że najlepszy pomysłem będzie wyrwanie kawałka Ziemi i rzucenie nim w planetę, bo widział to na filmie o wyginięciu dinozaurów. Innymi słowy, wybiera standardowe rozwiązanie godne zwykłego czarnocharakterowego osiłka, które można sabotować na dziesiątki sposobów, a nie jakiś przekminiony sposób, na który mógłby wpaść tylko cyber-mózg. Zawiodłem się.

 

Brak Pepper Pots

avengers czas ultrona   recenzja

Przypominam, że w tej części przygód Iron Mana jest już oficjalnie jego panną, więc nie wiem jak mogli nie pokazać jej nawet przez chwilę, jednocześnie komunikując jej istnienie. Bo niby co, sugerują, że ani się o niego nie martwiła, ani nie chciała mu pomóc w kulminacyjnej scenie, ani nie czekała w domu z rosołem i schabowym na jego powrót?

Co te amerykańskie produkcje robią ludziom z głowami? Przecież kobiety nie są aż tak oziębłe, prawda?

(niżej jest kolejny tekst)

Co zrobić, żeby głosować poza miejscem zameldowania?

Skip to entry content

W zeszłym tygodniu pisałem, że kto nie głosuje, ten nie ma prawa narzekać. W poniedziałek okazało się, że tego prawa nie posiada przerażająco wiele osób.

W pierwszej turze tegorocznych wyborów prezydenckich frekwencja była żenująco niska. Bardziej żenująca niż zwykle. Niecałe 50% osób uprawnionych do głosowania poszło do urn. Co to znaczy? Że co drugi dorosły Polak ma w dupie Polskę. Nie interesuje go sytuacja, ani przyszłość kraju, w którym mieszka. Nie jestem z tych, którzy oczekują, że konkretna opcja polityczna poprawi jego sytuację materialną, bo to zależy głównie ode mnie, ale mimo to nie jest mi wszystko jedno. Zależy mi.

Osoby, które wolą oglądać „Celebrity Splash” niż poświęcić kwadrans na zaangażowanie się w los swojego kraju, najczęściej tłumaczą to tym, że nie mają na kogo głosować. Bo wszyscy źli, niedobrzy, banda bolszewików, złodziei, darmozjadów i świń, które powinny skończyć w ubojni, a nie dorywać się do koryta. Też nie darzę polityków wyjątkową estymą i wielu z nich zafundowałbym dietę ze śrutu, ale jest inny sposób, żeby to wyrazić. Inny niż olanie wyborów i inny niż podłożenie ognia pod sejm.

Sposobem na pokazanie politykom, że nie nadają się do swojej pracy jest oddanie nieważnego głosu.

Czyli napisanie na karcie do głosowania wszystkich żalów, niezaznaczenie żadnego kandydata, zaznaczenie wszystkich, bądź dopisanie do listy kandydatów Sarny Z Krzesłem Na Głowie. Lub zrobienie z tym arkuszem papieru czegokolwiek innego. W momencie, gdy połowa lub więcej głosów byłoby nieważnych, byłby to wyraźny znak, że kolesie z wiejskiej są do odstrzału i że potrzeba nowych, innych, lepszych. W sytuacji, gdy ponad połowa głosów jest nieoddanych, znaczy to tyle, że prezydentem może zostać nawet największy oszust i idiota, bo społeczeństwu i tak jest wszystko jedno.

Kolejnym argumentem usprawiedliwiającym niewrzucanie kartki do skrzynki z polską flagą, jest mieszkanie poza miejscem zameldowania. Tyle, że to żaden argument. Bo NIC nie stoi na przeszkodzie, żeby dopisać się do rejestru wyborców w miejscu, w którym chcemy głosować. Lub uzyskać zaświadczenie o prawie do głosowania i oddać głos GDZIEKOLWIEK. To prostsze niż emigracja z powodu niezadowolenia z sytuacji w kraju, ale fakt, trudniejsze, niż zmiana kanału w telewizorze. Bo trzeba ruszyć dupę i dowiedzieć się jak to zrobić. Nie teleportuję Was do odpowiedniego wydziału administracji, ale przepis podaję Wam na tacy. Bo mi zależy.

Co zrobić, żeby głosować poza miejscem zameldowania?

Opcja a – dopisanie do listy wyborców w miejscu aktualnego pobytu. Najpóźniej na 5 dni przed dniem wyborów, czyli w tym wypadku do 19-go maja, musisz pójść do urzędu gminy, w której przebywasz i złożyć wniosek, który dostaniesz do wypełnienia na miejscu. Wypisujesz karteczkę, oddajesz i możesz głosować nieopodal swojego akademika, biura, czy klubu w którym Twoje zwłoki zalegną do niedzieli.

Opcja b – uzyskanie zaświadczenia do głosowania gdziekolwiek. Najpóźniej na 2 dni przed dniem wyborów, czyli w tym wypadku do 22-go maja, musisz pójść do urzędu gminy, w której jesteś zameldowany i również złożyć wniosek, który dostaniesz do wypełnienia na miejscu. Wypisujesz karteczkę, oddajesz i możesz głosować wszędzie w obrębie kraju, gdzie Cię nogi, rower, autostop, czy kajak poniesie.

W obu przypadkach, to maksymalnie godzina roboty. Polska chyba jest warta tych 60 minut, co?

 

Co ludzie wyciągnęli z przeprosin studentki ASP?

Skip to entry content

Przed weekendem po sieci wirusowo rozprzestrzenił się filmik z Iwoną Ogrodzką – studentką 4-go roku malarstwa, która przeprasza. Przeprasza swoją rodzinę, przeprasza mieszkańców Łukowic, przeprasza ministra kultury i dziedzictwa narodowego, przeprasza panią premier, przeprasza pana prezydenta, przeprasza dyrektora wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, przeprasza swoich wykładowców i przeprasza podatników. Za co?

Za to, że zmarnowała ich pieniądze na naukę niepragmatycznego zawodu, za to, że nie sprzeda swoich prac i za to, że społeczeństwo nie będzie mieć wymiernych korzyści ze jej nauki. Zasadniczo za to, że wpadł jej tak głupi pomysł do głowy, jak studiowanie malarstwa.

Tylko niewielka część osób odczytała przeprosiny studentki ASP jako głębszą i zmuszającą do myślenia prowokację, którą autorka chciała naświetlić większy problem. Bardzo duża część odbiorców tego filmiku, potraktowała go śmiertelnie poważnie, nie widząc drugiego dna w ukorzeniu się dziewczyny. Przyjęli go wprost, bez zastanawiania się, co może czaić się pod tym do przesady ekshibicjonistycznym okazaniem skruchy. Większość dostrzegła w nim:

a) nieogarnięcie studentów – odczytując przeprosiny jako zobrazowanie niezaradności życiowej i bycia egzystencjalnym niedorozwojem, który nie potrafi zadbać o siebie

b) brak pracy po studiach w Polsce – odkrywając po raz 3785, że magister nic nie znaczy, nie jest tożsamy z zarabianiem piątki na rękę i jedyne co się liczy to doświadczenie lub pomysł na siebie

c) prezydenta nieudacznika – stwierdzając, że nie ma absolutnej potrzeby aby go przepraszać, skoro jest dużo większym przegrańcem

studentka asp przeprasza 3

d) złe zarządzanie podatkami – i przeznaczanie swoich pieniędzy na coś, co nie wpływa na dobrobyt w kraju i bezpośrednio nie przekłada się na zwiększenie PKB

e) wąsik i tłustą cerę – no widać, ale pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że jednak to nie jest najważniejsze w tym filmie

f) brak rynku sztuki w Polsce – bo po co to komu? drogie, brzydkie i niezrozumiałe, poza tym, kiedyś to byli wielcy artyści, a teraz to są cudaki

g) prośbę o wybaczenie – sugerując oczywiście adekwatne rozwiązanie

studentka asp przeprasza 2

Niewiele osób jednak wpadło na to, że jest to najzwyklejsza prowokacja, którą studentka ASP chciała wywołać dyskusję. Dyskusję wokół sztuki, skupiającą się na tym, czy obecność artystów w społeczeństwie musi mieć wymiar ekonomiczny? Czy w czasach pędzącego postępu technologicznego, żywieniowego, inflacji, kryzysu, przeładowania na rynku dóbr, pandemii kreowania potrzeb i zjadającego własny ogon konsumpcjonizmu, jest miejsce na kulturę wysoką? A w zasadzie, to, czy sztuka musi być użyteczna, żeby mieć rację bytu?

Odpowiedź na ostatnie pytanie oczywiście brzmi „nie”, bo właśnie tym się różni sztuka, od produktów, że nie jest nastawiona na zysk, sprzedaż i tworzenie wartości dodanej w spółce. Mimo, że to pytanie retoryczne, to komentarze pod tym filmikiem i sposób jego odbioru przez ogół, sugeruje, że jednak każdy powinien je sobie zadać. I odpowiedzieć. A później wyobrazić sobie, jak wyglądałby świat i życie, gdyby wszystkie działania człowieka były nastawione tylko i wyłącznie na pragmatyzm i tworzenie rzeczy użytecznych. I czy chciałby żyć w takim świecie.

I na samym końcu, każdy z nas powinien zapytać samego siebie, czy Ludwig van Beethoven i Antonio Vivaldi, też powinni przeprosić za to, że ich symfonie nie wpłynęły dodatnio na ówczesne PKB?