Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #26: słownik fotograficzny, Bronisław Komorowski i Hipsterski Maoizm

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 26

Ten tydzień bezdyskusyjnie był tygodniem Komorowskiego. Jednak nie do końca w pozytywnym znaczeniu tej frazy. W sumie to w całkowicie negatywnym. Wiele osób mówi, że największe szanse na wygranie w drugiej turze miałby nie odzywając się do 24-go maja i im więcej jego działań śledzę, tym bardziej się z tym zgadzam. Konkrety poniżej, a oprócz nich trochę wartościowego YouTube’a i linków do niepolitycznych treści.

Słownik fotograficznych: trudno mi powiedzieć coś więcej, niż, że to zestawienie podstawowych pojęć, które powinien poznać każdy, kto chce zająć się robieniem zdjęć na serio. No może jeszcze dodam, że autorka jest najbardziej fotogeniczną rudą dziewczyną jaką znam.

42 kuchenne gadżety, które chcę mieć! W tym takie wariactwa jak sosjerka z R2D2, krajalnica do pizzy w kształcie statku ze “Star Streka” i fartuch kucharski stylizowany na uniform Robina z “Batmana”.

Jak to jest mieszkać obok akademików w juwenalia? I przeżywać atak Żółwi Ninja, Motomyszy z Marsa i niedoszłych bardów jednocześnie. Czyli spojrzenie na to, co działo się w zeszłym tygodniu w Krakowie, z perspektywy kogoś, kto już jest po.

9-latek recenzuje nowych Avengersów: i z bólem serca, dumy, i opuszek palców muszę przyznać, że robi to dużo lepiej niż ja. Polecam tego podstawówkowicza.

Komorowski doradza Młodemu: że jak chce kupić mieszkanie zarabiając 2 000zł, to musi albo zmienić pracę albo wziąć kredyt. Z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, ta odpowiedź zelektryzowała internautów i przerodziła się w falę nienawiści. A co niby miał odpowiedzieć?

https://www.youtube.com/watch?v=Do4OsDMJTBA

Komorowski kontra niepełnosprawna: zapewne tak samo podstawiona jak młody w filmiku wyżej, tyle, że tu wychodzi brzydka rzecz, która dotąd była kryta. Mianowicie prezydent Polski jest kukiełką, którą steruje zza jego pleców sufler. I to jest faktyczny problem niszczący wizerunek.


 

Syndrom Trinity: tak, chodzi o tę laskę z “Matrixa”, o seksizm i o parytety w hollywodzkich filmach. Brzmi dziwnie, co? Ale słucha się całkiem znośnie.

Pogromcy Przysłów: kolesie z kanału Grupa Filmowa Darwin, w przerwach miedzy odcinkami “Wielkich konfliktów” kręcą luźniejsze rzeczy.  I jedną z nich jest własnie parodia “Pogromców mitów” z Discovery. Bardzo zresztą udana, chętnie obejrzałbym cały sezon.


 

Damska stylówka tygodnia: nie wiem co mi się bardziej podoba na tym zdjęciu – mural, modelka, czy buty? Te ostatnie widać najmniej, a są naprawdę bajeranckie i widząc je na żywo, trudno skupić się na czymś innym. U Mademoiselle Kate zobaczycie je w całej okazałości i kilka innych rzeczy, od których trudno oderwać oczy.

zdjęcie pochodzi z bloga mademoiselle-kate.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga mademoiselle-kate.blogspot.com

 

Męska stylówka tygodnia: za każdym razem jak wchodzę na bloga Vnitasa, zastanawiam się, czy te ciuchy są faktycznie tak dobre, czy to on jest tak skrojony, że wszystko na nim leży, jakby się w tym urodził. Tym razem jest podobnie i jeśli tylko ktoś mi zagwarantuje, że w klasyczno-oficjalnych ciuchach będę wyglądał nie gorzej, niż on, to zaczynam chodzić w marynarkach.

zdjęcie pochodzi z bloga vaniitas.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga vaniitas.blogspot.com

 

Klip tygodnia: Dawid Podsiadło i Flirtini na antenie Czówrki stworzyli bardzo ładną, wkręcającą piosenkę. Świetny podkład Jedynaka i Mentosa i idealnie wklejający się w to leniwy wokal Dawid. Szkoda tylko, że nie po polsku.


 

Fanpage tygodnia: Hipsterski Maoizm polecałem już przy zestawieniu profili, bez których Facebook byłby nudny, ale robię to jeszcze raz. Odkąd kampanie kandydatów na prezydenta nabrały tempa, pojawiają się tam absolutne kozaki, które nie sposób przeglądać w trakcie spożywania posiłku, bo zawartość jamy ustnej ląduje na ziemi, ścianie lub monitorze. Autorzy profilu to asy satyry politycznej.

Pozdrawiamy słodkiego pana Andrzeja

Posted by Hipsterski maoizm on 13 maja 2015

 
Jeśli znacie równie dobre, oscylujące wokół polityki, funpagi, to podrzućcie.

(niżej jest kolejny tekst)

7 wad “Avengers: Czas Ultrona”

Skip to entry content

W weekend byłem na nowej ekranizacji przygód komiksowych superbohaterów – „Avengers: Czas Ultrona”. Nie, żebym był jakimś zagorzałym fanem, bo dużo bardziej jarają mnie wszelkie wariacje na temat X-Menów, ale na „Iron Man 3” bawiłem się jak Adam Hofman na diecie poselskiej, więc stwierdziłem, że sprawdzę. W końcu Robert Downey Jr. w obsadzie filmu, to już od jakiegoś czasu gwarancja przynajmniej przyzwoitej rozrywki. No i udało mi się znaleźć seans nie w 3D, o w miarę przyzwoitej porze, więc „za” było zdecydowanie więcej niż „przeciw”.

Jakie wrażenia po seansie?

Nie jest to tytuł tak słaby jak ostatnia „Godzilla”, bo nie wiem co trzeba by zrobić, żeby przebić tego gniota, ale do „Przeszłość, która nadejdzie” sporo mu brakuje. Mniej więcej tyle, ile Elizie z Warsaw Shore do bycia piosenkarką. No dobra, może ciut mniej. W każdym razie z pewnością nie jest to film, na który trzeba pójść, żeby móc nazywać się miłośnikiem kina rozrywkowego. Ot, taki przyjemny średniak dla fanów serii. Dla wszystkich pozostałych po prostu średniak, na którym lepiej sprawdzić, czy koleżanka z którą się przyszło nie ma wody z kolanach, ani udach, niż skupiać na ekranie.

Czemu?

 

Walka, walka, walka

Avengers-czas ultronu

Od razu walimy z grubej rurki – najpoważniejszy zarzut wobec filmu. Niestety w „Avengers: Czas Ultrona” nie ma czasu na budowanie napięcia, osadzanie widza w klimacie i pozwolenie mu aby przejął się losem swojej planety. Nie ma na to czasu, bo trzeba napierdalać! Obraz dominują sceny walki, przerywane scenami bitwy, z luką na sceny wojny. I tak w kółko od wciśnięcia „play” przez operatora do napisów końcowych. Chciałeś się wczuć w sytuację postaci na ekranie? To idź na „Milczenie owiec”.

 

Ten typ z łukiem

Avengers_hawkeye

To przeszkadzało mi już w poprzedniej części, ale w tej uniemożliwiało mi zabawę. Avengersi to zbiór superbohaterów, więc jak sama nazwa wskazuje, powinno być super. Thor jest synem Odyna i ma kozacki młot, Kapitan Ameryka jest genetycznie modyfikowanym koleżką z poprzedniego stulecia, Iron Man to cud techniki i naukowy geniusz, a Hulk to Hulk. I nagle na pierwszy plan tego składu wychodzi ziomeczek, którego jedyną umiejętnością jest to, że potrafi strzelać z łuku.

To nawet Strasburger wilgotniejsze suchary klepie. Przecież to jest superbohaterstwo na poziomie Wardęgi. Z jednej strony mamy półbogów, a z drugiej typa, który za dużo naoglądał się Robin Hooda. Gdyby jeszcze był jakimś turbo samcem alfa, albo chociaż rzucał śmieszne teksty, ale jest tylko wiecznie ciągnącą się za ekipą ciapą. W dodatku chodzącą w bezrękawniku. Jakbym Bronka 20 lat wcześniej widział.

 

Brak logiki

avengers-age-of-ultron-

To mnie zawsze irytuje w filmach sensacyjno-komiksowo-rozrywkowych, ale tu już osiąga apogeum. Tego typu tytuły opierają się na tym, że ten dobry z tym złym, tłuką się jak mięso na kotlety, rozpierdalając po drodze całe miasto. Wieżowce, centra handlowe, samochody, wylatują w powietrze jak fajerwerki w nowy rok i wszyscy mają w dupie, że są w nich ludzie. I giną. Im większy budynek jebnie na ziemię, tym większa zabawa przecież. Mimo to, że podczas jednej takie sceny walki, zginęło „przypadkiem” kilkaset osób, protagonisty nigdy to nie rusza.

Co się dzieje jednak, gdy w kadrze pojawi się dziecko? No trzeba ratować. To chuj, że w poprzednich scenach główny bohater zabił dziesiątki takich dzieci rzucając czarnym charakterem po domach. Dziecko jest widoczne w kadrze, więc trzeba olać misję ratowania świata i wyłączenie bomby 30 sekund przed wybuchem, który zmiecie wszystkich z planety, tylko rzucić się na ratunek jakiemuś przypadkowe bachorowi. Tak, to brzmi logicznie.

 

Infantylne momenty

avengers czas ultrona  recenzja

W połowie filmu Avengersi zostają dojechani przez ziomków Ultrona – sztuczną inteligencję, która przemieszcza się po sieci z prędkością światła – i postanawiają się schować. Nie w bunkrze, nie w schronie odciętym od świata i komunikacji, nie na biegunie północnym gdzie zasięg LTE ani GPS nie sięga. Nie. W jakimś domku na wsi. Który widać z każdej satelity.

Domek należy do typa z łukiem i jego żony i mimo, że jest widoczny jak czarne oliwki na pizzy, to Avengersi są pod wrażeniem jak świetnie łucznik ukrył go przed światem.

Tak jak pisałem dwa akapity wyżej, typ z łukiem w grupie ma pozycję popychadła, służącego bardziej za mięso armatnie, niż kogoś kto jest w stanie zrobić COKOLWIEK. Mimo to, typu w trakcie rozmowy z żoną oznajmia jej, że musi być liderem dojechanych Avengersów, pomóc im stanąć na nogi i ocalić świat od zagłady. Co jest najmniej przekonującą sceną motywacyjną, jaką w życiu widziałem.

 

Za dużo żartów

Tony Stark ma w tym filmie złote linijki, które sprawiają, że między kolejnymi niekończącymi się scenami walki, można się faktycznie zaśmiać. Niestety pozostali mają te linie lekko zardzewiałe i nawet dałoby się je jeszcze jakoś naoliwić, gdyby nie fakt, że padają zbyt często. Esencją przeładowania, co by nie mówić, sensacyjnego tytułu żartami, jest odnoszenie się co kwadrans w pseudo-śmieszny sposób do suchara Kapitana Planety z początku filmu. Jakbym chciał obejrzeć rasową komedię, to bym włączył wystąpienie Magdy Ogórek, a nie szedł do kina.

 

Ultron

avengers czas ultrona ultron

Niestety, ale wyjątkowo słabym punktem „Czasu Ultrona” jest sam Ultron, będący jednocześnie najmniej inteligentną sztuczną inteligencją jaką widziałem. Koleś, a w zasadzie „to coś”, ma dostęp do WSZYSTKICH baz danych i WSZYSTKICH systemów informatycznych na świecie.

I co robi, żeby unicestwić ludzkość?

Nie wprowadza buntu maszyn, czy awarii instalacji elektrycznej, która jest w każdym domu. Nie zmienia procedur produkcji żywności, czy filtrowania wody, żeby po cichu zatruć ludzi. Nie wysyła też radzieckich bomb na biały dom, żeby rozpętać trzecią wojnę światową.

Nie. Stwierdza, że najlepszy pomysłem będzie wyrwanie kawałka Ziemi i rzucenie nim w planetę, bo widział to na filmie o wyginięciu dinozaurów. Innymi słowy, wybiera standardowe rozwiązanie godne zwykłego czarnocharakterowego osiłka, które można sabotować na dziesiątki sposobów, a nie jakiś przekminiony sposób, na który mógłby wpaść tylko cyber-mózg. Zawiodłem się.

 

Brak Pepper Pots

avengers czas ultrona   recenzja

Przypominam, że w tej części przygód Iron Mana jest już oficjalnie jego panną, więc nie wiem jak mogli nie pokazać jej nawet przez chwilę, jednocześnie komunikując jej istnienie. Bo niby co, sugerują, że ani się o niego nie martwiła, ani nie chciała mu pomóc w kulminacyjnej scenie, ani nie czekała w domu z rosołem i schabowym na jego powrót?

Co te amerykańskie produkcje robią ludziom z głowami? Przecież kobiety nie są aż tak oziębłe, prawda?

Co zrobić, żeby głosować poza miejscem zameldowania?

Skip to entry content

W zeszłym tygodniu pisałem, że kto nie głosuje, ten nie ma prawa narzekać. W poniedziałek okazało się, że tego prawa nie posiada przerażająco wiele osób.

W pierwszej turze tegorocznych wyborów prezydenckich frekwencja była żenująco niska. Bardziej żenująca niż zwykle. Niecałe 50% osób uprawnionych do głosowania poszło do urn. Co to znaczy? Że co drugi dorosły Polak ma w dupie Polskę. Nie interesuje go sytuacja, ani przyszłość kraju, w którym mieszka. Nie jestem z tych, którzy oczekują, że konkretna opcja polityczna poprawi jego sytuację materialną, bo to zależy głównie ode mnie, ale mimo to nie jest mi wszystko jedno. Zależy mi.

Osoby, które wolą oglądać „Celebrity Splash” niż poświęcić kwadrans na zaangażowanie się w los swojego kraju, najczęściej tłumaczą to tym, że nie mają na kogo głosować. Bo wszyscy źli, niedobrzy, banda bolszewików, złodziei, darmozjadów i świń, które powinny skończyć w ubojni, a nie dorywać się do koryta. Też nie darzę polityków wyjątkową estymą i wielu z nich zafundowałbym dietę ze śrutu, ale jest inny sposób, żeby to wyrazić. Inny niż olanie wyborów i inny niż podłożenie ognia pod sejm.

Sposobem na pokazanie politykom, że nie nadają się do swojej pracy jest oddanie nieważnego głosu.

Czyli napisanie na karcie do głosowania wszystkich żalów, niezaznaczenie żadnego kandydata, zaznaczenie wszystkich, bądź dopisanie do listy kandydatów Sarny Z Krzesłem Na Głowie. Lub zrobienie z tym arkuszem papieru czegokolwiek innego. W momencie, gdy połowa lub więcej głosów byłoby nieważnych, byłby to wyraźny znak, że kolesie z wiejskiej są do odstrzału i że potrzeba nowych, innych, lepszych. W sytuacji, gdy ponad połowa głosów jest nieoddanych, znaczy to tyle, że prezydentem może zostać nawet największy oszust i idiota, bo społeczeństwu i tak jest wszystko jedno.

Kolejnym argumentem usprawiedliwiającym niewrzucanie kartki do skrzynki z polską flagą, jest mieszkanie poza miejscem zameldowania. Tyle, że to żaden argument. Bo NIC nie stoi na przeszkodzie, żeby dopisać się do rejestru wyborców w miejscu, w którym chcemy głosować. Lub uzyskać zaświadczenie o prawie do głosowania i oddać głos GDZIEKOLWIEK. To prostsze niż emigracja z powodu niezadowolenia z sytuacji w kraju, ale fakt, trudniejsze, niż zmiana kanału w telewizorze. Bo trzeba ruszyć dupę i dowiedzieć się jak to zrobić. Nie teleportuję Was do odpowiedniego wydziału administracji, ale przepis podaję Wam na tacy. Bo mi zależy.

Co zrobić, żeby głosować poza miejscem zameldowania?

Opcja a – dopisanie do listy wyborców w miejscu aktualnego pobytu. Najpóźniej na 5 dni przed dniem wyborów, czyli w tym wypadku do 19-go maja, musisz pójść do urzędu gminy, w której przebywasz i złożyć wniosek, który dostaniesz do wypełnienia na miejscu. Wypisujesz karteczkę, oddajesz i możesz głosować nieopodal swojego akademika, biura, czy klubu w którym Twoje zwłoki zalegną do niedzieli.

Opcja b – uzyskanie zaświadczenia do głosowania gdziekolwiek. Najpóźniej na 2 dni przed dniem wyborów, czyli w tym wypadku do 22-go maja, musisz pójść do urzędu gminy, w której jesteś zameldowany i również złożyć wniosek, który dostaniesz do wypełnienia na miejscu. Wypisujesz karteczkę, oddajesz i możesz głosować wszędzie w obrębie kraju, gdzie Cię nogi, rower, autostop, czy kajak poniesie.

W obu przypadkach, to maksymalnie godzina roboty. Polska chyba jest warta tych 60 minut, co?