Close
Close

Granie w Lotto to sabotowanie własnych marzeń

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Lee
autorem zdjęcia jest Lee

Jako dzieciak miałem w zwyczaju puszczać Dużego Lotka – raz do roku w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Raz, że wtedy była jakaś turbo kumulacja – bo oczywiście w razie wygranej, 9-letniemu chłopcu nie wystarczyłby milion, tylko od razu musiałby mieć ich kilka – a dwa, że liczyłem na jakąś magiczną moc tego okresu. Że Mikołaj, Elfy, samotny wędrowiec, postanowienia noworoczne, dużo świątecznych filmów na TVNie i te sprawy. Z naiwnością adekwatną do ówczesne wieku, wierzyłem, że jak puszczam Lotka dzień przed sylwestrem, zaznaczę datę swoich urodzin i mamy i mocno pochucham, to wygram.

Chyba Was nie zaskoczę mówiąc, że nigdy nie trafiłem szóstki?

Jako już nieco mniej naiwny nastolatek, wpadłem na jakieś wyliczenia z których wynikało, że szansa trafienia wszystkich liczb w losowaniu jest jak jeden do kilku milionów. Nie trzeba mieć habilitacji z prawdopodobieństwa i kombinatoryki, żeby wiedzieć, że to niewiele. Konkretnie, na tyle mało, by liczenie na wygraną w tej grze uznać za głupotę i stratę czasu. I pieniędzy.

Puszczanie kuponu stało się dla mnie równie sensowne, co leczenie problemów z erekcją lubczykiem.

Z jednej strony było mi trochę przykro, że nie żyjemy w bajkowym świecie hollywoodzkich filmów, gdzie nie trzeba zamykać drzwi po wyjściu z domu, żeby nikt się nie włamał, a ludzie umawiają się na spotkania bez podawania adresów i dat, wypowiadając tylko „spotkajmy się jutro”, z drugiej natomiast, urealniło mi to obraz świata, rzucając w twarz fakt, że fortuny nie spadają z nieba jak letni grad, tylko trzeba na nie zapracować. Obecnie jako dorosły człowiek, widząc kolejki przed kolekturami, zastanawiam się, czy Ci wszyscy ludzie nie dotarli do tego wyliczenia prawdopodobieństwa, czy mieli aż tak chujowego nauczyciela matematyki, że tego nie rozumieją?

Bardziej realny niż wygrana w Lotto, jest wybuch instalacji gazowej w Twoim domu i spalenie Cię żywcem. Mimo to, chyba nie sprawdzasz jej co tydzień, co?

Pomijając kwestię prawie, że zerowej szansy na wygraną, to granie na loterii ma inny destrukcyjny aspekt. Mianowicie utratę siły sprawczej i oddanie kontroli nad własnym życiem.

Co robisz, gdy chcesz zjeść czekoladę i akurat nie masz jej w barku, a nie jesteś blogerem, żebyś mógł liczyć, że za chwilę kurier przyniesie Ci ją w darze losu? Poderzjewam, że idziesz do sklepu i kupujesz. Odruchowo, bez zastanawiania, po prostu.

To teraz drugie pytanie: co robisz, gdy chcesz mieć nowe buty, a oprócz tego, że nie jesteś blogerem, to nie jesteś też znanym raperem, żebyś mógł je dostać od sponsora? Strzelam, że zastanawiasz się dłuższą chwilę, szukasz najkorzystniejszej ceny w sieci, porównujesz z tą w sklepach stacjonarnych, wydzielasz jakąś część z miesięcznego budżetu i także idziesz do sklepu i kupujesz.

Pytanie numer trzy: co robisz, gdy chcesz polecieć na zagraniczne wakacje, a nie jesteś blacharą, żeby ktoś Ci je mógł zasponsorować? Obstawiam, że myślisz o tym z wyprzedzeniem, robisz plan uzbierania potrzebnej kwoty i co miesiąc wrzucasz parę stówek do świnki skarbonki, żeby w sierpniu zaczęła kwiczeć, a jej kwik z przepełnienia przełożył się na zajebisty wyjazd. Analizowanie, planowanie, działanie. Robi tak każdy dorosły człowiek, żyjący na własny rachunek.

Dlaczego więc w tym związku przyczynowo-skutkowym, gdy w głowie pojawia się obraz wycieczki dookoła świata, czy mieszkania w Malibu, w Twojej głowie nie pojawia się plan działania, tylko myśl zagrania w Lotto?

Jeśli Ty nie wierzysz, że jesteś coś w stanie zrobić, to nikt inny nie uwierzy za Ciebie. To po pierwsze. Po drugie, gdybyś czas, energię, wiarę i pieniądze, które poświęcasz na granie w Lotto włożył w samorozwój i działanie, gwarantuję Ci, że po kilku latach zdobyłbyś to, o czym marzyłeś wypełniając kupon. Nigdy nie jestem w stanie tego zrozumieć, dlaczego ludzie wolą oddawać realizację swoich marzeń maszynie losującej, zamiast po prostu zacząć pracować nad ich realizacją.

Naprawdę uważasz, że bardziej prawdopodobne jest trafienie szóstki, niż zostanie wybitnym pisarzem, zawodową tancerką, czy zajebistym gitarzystą? Otóż z prostej matematyki wynika, że nie. Dużo realniejsze jest stworzenie drugiego Instagrama, trzeciego Facebooka, czy czwartego Tindera, którego pokochają ludzie na całym świecie, a fundusze z Doliny Krzemowej inwestujące w start-upy kupią go za duży hajs, niż wytypowanie tych cholernych 6 cyfr. Serio, większe szanse są na to, że śpiewając w dworcowym przejściu trafi na Ciebie łowca talentów i zaproponuje kontrakt płytowy w BMG, niż, że wyciągniesz właściwy los.

Dlaczego więc wybierasz najmniej prawdopodobną opcję, sabotując swoje marzenia?

Na koniec krótka metafora. Z pewnością zdarzyło Ci się kiedykolwiek płynąć statkiem, łodzią, czy chociażby rowerkiem wodnym i wiesz jak to działa. Żeby łódź nie rozbiła się o brzeg, nie osiadła na mieliźnie i nie została wywrócona przez wiatr, potrzebny jest napęd i sternik. Sternik, który będzie nią kierował, czuwał nad tym, by zmierzała, do wcześniej określonego do celu. Puszczanie Dużego Lotka, to wyjebanie sternika za burtę i zostawienie łódki ze swoim życiem na łaskę i niełaskę fal. I liczenie, że jakimś cudem dodryfuje do celu, nie rozbijając się o skały.

(niżej jest kolejny tekst)

“Jurassic World” – czyli jak nie robić filmu o dinozaurach

Skip to entry content

„Jurassic Park” jedynka i dwójka były sztosami! Świetnie zbudowana fabuła, wiarygodny rozwój wydarzeń i przede wszystkim  racjonalnie dozowane napięcie wciągające widza w klimat. To były filmy, na których dziewczyny łamały chłopakom kości śródręcza z emocji, a bezwarunkowa reakcja ciała w kulminacyjnych scenach grozy wyrzucała popcorn pod sufit. Na „Jurassic World” jedyny wyrzut, to wyrzucenie pieniędzy w błoto, bo kontynuacja mimo zaawansowanych efektów specjalnych wygenerowanych przez komputery, które na co dzień symulują loty w kosmos, nawet nie ociera się o jakość tytułów reżyserowanych przez Spielberga.

Ale po kolei.

 

Tragiczny scenariusz oparty na motywie wartości rodzinnych

Jest taki chwyt reklamowy, że jak nie wiesz co pokazać, to pokazujesz dzieci albo starców, bo to zawsze wzrusza. Twórcy „Jurassic World” stwierdzili, że film to przecież taka dłuższa reklama, więc tu te prawidłowości też powinny się sprawdzić. I postawili na pierwszą opcję. Pretekstem do pokazania dinuzaurów jest najmniej na świecie przejmująca historia rodzeństwa, których rodzice się rozwodzą. Przy czym relacje między nimi i rodzicami są tak nieudolnie przedstawione i tak spłycone, że widz nie dość, że im nie współczuję, to liczy, że któryś z nich zostanie w końcu zjedzony przez T-rexa.

 

Postacie-wydmuszki

Tak bardzo jak „Mad Max” jest ideałem pod kątem budowania postaci pierwszo, drugo i trzecioplanowych w kinie rozrywkowym, tak „Jurassic World” jest anty-wzorem z dopiskiem „tak się, kurwa, nie robi!”. Mimo nieustannych dialogów mających wyjaśnić widzowi kto jest kim – czemu treser jest treserem, czemu nastolatek jest nastolatkiem i czemu ruda, jest biurwą, która zdążyła zostać kierowniczką parku rozrywki, ale nie zdążyła zostać matką – i tak o tych postaciach nic nie wiadomo i są jedynie anonimowymi awatarami, za którymi biegają komputerowe wizualizacje gatunku, który wyginął miliony lat temu.

Przez to, że żaden z bohaterów nie ma wiarygodnej historii, ani nie jesteś w stanie utożsamić się z którymś z nich, ani przejąć ich losem.

 

Typiara w szpilkach

Jestem facetem, więc nie mam za dużego doświadczenia w chodzeniu w butach na obcasie. Jedyny raz kiedy miałem coś takiego na stopach, to przebierano-zakrapiana impreza w liceum, gdy prawie pozbawiłbym się części uzębienia zbyt szybko wstając w takim obuwiu. Jednak mimo osobistego szczątkowego kontaktu ze szpilkami, wiem od koleżanek zaprawionych w bojach, jakie trudy wiążą się z poruszaniem na 12-centymetrowym gwoździu. Przez cały dzień. Wiem, że to na dłuższą metę niewygodne, męczące i zdecydowanie nieprzyjazne do wykonywania nieprzemyślanych, gwałtownych ruchów. Dlatego, gdy zobaczyłem jak ruda przez pół filmu próbuje być jak Usain Bolt i BIEGA w szpilkach po lesie, piasku, szkle i się nie przewraca, ba!, nawet nie traci równowagi przy przebieżce przez bagno, straciłem resztki szacunku do tego filmu.

To miało być science-fiction, a nie narko-fantasy.

 

Muzyka jak z Magix Music Maker

Czyli tendencyjna i odtwórcza do bólu. Brakowało jeszcze tylko śmiechu i szlochu puszczanego z playbacku jak w „Świecie według Bundych”. Albo didaskaliów u dołu ekranu: „UWAGA, TERAZ JEST PODNIOSŁA SCENA, WIĘC MACIE SIĘ WZRUSZYĆ!!!”.

 

To mają być dinozaury?

Powód dla którego idzie się na tego typu tytuły, główne danie, gwóźdź programu, wisienka na torcie, sutek na cycku. Zwał jak zwał.

W pierwszych dwóch częściach filmu budziły przerażanie, przyśpieszały tętno, rozszerzały źrenice, spłycały oddech i wysyłały info do stolca, że spotkanie jest w gaciach. Gdy wyskakiwały z ciemności chciało się wypluć płuca wykrzykując onomatopeje i momentalnie zasłaniało twarz, chcąc uchronić się przed ostrzami ich kłów. Zasadniczo z miejsca stan przedzawałowy i szybki rachunek sumienia. W „Jurassic World” jest nieco inaczej.

Czwarta część została nakręcona pod rodziny z dzieciakami i najstraszniejszym elementem filmu jest cena na bilecie. Zwłaszcza gdy idziesz w weekend na 3D.

Dinozaurów niby jest więcej i niby są też większe, ale jak mówi stare góralskie przysłowie „liczy się nie ilość oscypków, a jakość owczego mleka”. I tutaj tej jakości za bardzo nie ma. Najczarniejszy charakter, czyli Zmutowany Dinozaur, teoretycznie kogoś je, ale robi to w dzień i w taki oczywisty sposób, że trudno o jakieś emocje. Pterodaktyle teoretycznie porywają ludzi i okaleczają dziobami, ale robią to tak zabawnie, że zamiast się bać na tych scenach, głośno się śmiałem. Raptory teoretycznie też tam kogoś atakują, ale jakoś tak bez przekonania. W sensie, że ani one nie są przekonane, że chcą go zaatakować, ani ten bohater nie jest przekonany, że musi uciekać, ani ja nie jestem przekonany, że jest sens siedzieć do końca seansu.

Największy zarzut? Straszne dinozaury nie straszą.

Teoretycznie to film nakręcony lepszym sprzętem, z większą gamą śmiercionośnych gadów będących esencją gatunku, więc powinien dawać widzowi większą dawkę emocji. Tyle, że to tylko teoria. W praktyce ten tytuł rozczarowuje jak Tara Reid bez Photoshopa i niszczy legendę kozackich filmów grozy o dinozaurach, zostawiając wzdrygający posmak plastiku i niestrawność po niedogotowanym półprodukcie.

Nie polecam.

W grudniu zeszłego roku opublikowałem na blogu tekst pod tytułem „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?”, który był internetowym koniem trojańskim. Nagłówek sugerował, że w tekście czytelnicy dostaną przepis na śmierć, jednak w środku znajdowało się coś zupełnie innego – numery telefonów, pod którymi można otrzymać pomoc będąc w dołku emocjonalnym. Dzięki tej sztuczce, osoby szukające sposobu na odebranie sobie życia znajdowały miejsca, w których mogą je uratować. Dotarcie do nich było to dla mnie bardzo ważne, więc ucieszyłem się, że trik zadziałał, wpis rozszedł się po Fejsie i zindeksował w Googlach.

Jednak, gdy po pół roku od publikacji posta wszedłem do statystyk bloga, to co tam zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach.

 

Co miesiąc 4000 osób trafia na mojego bloga, bo chce się zabić

Z fraz po jakich internauci trafiają na Stay Fly wynika, że 4000 osób miesięcznie wklepuje w Google „jak popełnić samobójstwo” i wpada tu szukając przepisu na śmierć. PRZERAŻAJĄCE! 4000 żywych istnień każdego miesiąca tak intensywnie myśli o odebraniu sobie życia, że aż zaczyna się do tego przygotowywać szukając najlepszego sposobu. Zobaczyłem tę liczbę i odebrało mi mowę, bo nie jest to jednorazowy przypadek, a powtarzający się co miesiąc trend!

To straszne, że tak wielu osobom jest tak źle ze sobą i swoim życiem, że aż planują jego zakończenie.

A trzeba wziąć pod uwagę, że to tylko i wyłącznie ludzie, którzy trafili do mnie na bloga, a nie wszyscy, którzy wpisują tę kombinację w wyszukiwarce. Tych jest wielokrotnie więcej i szczerze mówiąc, aż słabo mi się robi, gdy myślę ile. Ile czyichś ojców, wyczekiwanych córek, kochanych mężów, bliskich przyjaciółek, czy dobrych kumpli z ławki, każdego miesiąca przeczesuje internet w poszukiwaniu jak najskuteczniejszej metody na bezbolesne samobójstwo. I znajduje ją.

 

Zróbmy rewolucję, zhackujmy Google!

Cytując Zeusa „nie ma co wychodzić z kina dopóki trwa seans”. Dopóki żyjesz, wynik meczu nie jest ustalony i wszystko może się zmienić, dlatego umyślne, bezpowrotne zakańczanie go przed czasem, to najgłupsze co można zrobić. Każdy nowy dzień to nowe możliwości i nowa szansa na znalezienie rozwiązania, a z autopsji wiem, że jak gówniana sytuacja by nie była, to zawsze jakieś się znajdzie. Tylko trzeba być w stanie je dojrzeć, co czasem nie jest możliwe bez pomocy psychologa.

Dlatego chcę, żebyśmy wszystkim zagubionym w labiryntach problemów podali nić Ariadny. A najłatwiej możemy to zrobić hackując Google.

Użyjmy technologii przeciwko niej samej. Zaspamujmy wyszukiwarki na hasło „jak popełnić samobójstwo” tekstami, w których ludzie znajdą iskrę nadziei. Jeśli osoba myśląca o odebraniu sobie życia na pierwszych 10 stronach wyników wyszukiwań znajdzie linki z numerami telefonów do pogotowia psychologicznego, pod którymi może uzyskać pomoc, to jest bardzo duża szansa, że z niej skorzysta. Jeśli te 100 pierwszych wyników będzie odsyłać do wpisów o tym, że życie ma sens i że z każdego bagna da się wyjść, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ten człowiek naprawdę w to uwierzy.

Im więcej osób nie znajdzie w Googlach przepisu na śmierć, tym lepsza będzie otaczająca nas rzeczywistość!

 

Jak to zrobić?

Mam nadzieję, że nie muszę Cię już dłużej przekonywać, że brak rodzin opłakujących bezsensowne odejście matki, syna, czy żony, to dobry pomysł. Żeby wywalić poradniki o wiązaniu pętli poza wyniki wyszukiwania i wepchnąć zamiast nich teksty niosące pomoc, wystarczą 4 proste kroki.

  1. Zatytułuj wpis „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?” lub „Jak skutecznie i bezboleśnie się zabić?” lub jakąś z kombinacji tych tytułów.
  2. Użyj we wpisie wielokrotnie takich fraz jak „samobójstwo”, „zabić się”, „odebrać sobie życie” i ich kombinacji lub pochodnych.
  3. Umieść we wpisie pozytywne treści, niosące nadzieję i dające wiarę, że nie ma problemu, z którym nie można sobie poradzić, a samobójstwo nie jest rozwiązaniem.
  4. Zachęć czytelnika, żeby zamiast planowania śmierci zadzwonił pod jeden z tych numerów, gdzie otrzyma fachową pomoc i dalsze wsparcie.
    116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
    22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
    116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
    801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
    800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Tyle wystarczy.

 

Czyjeś życie jest w Twoich rękach!

Nawet jeśli masz bloga modowego, nawet jeśli Twoi czytelnicy nie są zainteresowani tematyką społeczną, nawet jeśli wydaje Ci się, że jesteś jednym z miliona i możesz sobie to odpuścić, bo zrobi to ktoś inny, to mylisz się. W pierwszym przypadku możesz dodać wpis z datą wsteczną, tak by nie wyświetlił się na głównej stronie, a w drugim, tak jak w przypadku wyborów, każdy głos się liczy. Każde działanie, które sprawi, że artykuły z listami tabletek, które trzeba połknąć, żeby się nie obudzić zostaną wyrzucone poza nawias, jest istotne.

Jesteśmy blogerami – liderami opinii, którzy mają wpływ na odbiorców. Pokażmy, że to nie tylko puste hasło! Pokażmy, że blogosfera ma realną moc zmieniania rzeczywistości!

autorem zdjęcia jest The Pondering Moose