Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #31: PornHub, zakochiwanie się i lewitacja

Skip to entry content

Cotygodniowy Przegląd Internetu 31 PornHub miłość i lewitacja

Bieżący tydzień upłynął pod znakiem magii i empatii. Mam na myśli oczywiście hackowanie Googli i zapychanie wyników wyszukiwania treściami z numerami telefonów do pogotowia psychologicznego. Od poniedziałku w zasadzie trudno było zająć mi się czymś innym, bo albo odpisywałem na wiadomości osób dopytujących o akcję, albo czytałem teksty, które już powstały. W chwili gdy to piszę, jest już grubo ponad 100 blogerów, którzy wsparli akcję i jestem naprawdę dumny z nas jako środowiska, że podjęliśmy ten temat, ale szerzej wypowiem się w przyszłym tygodniu, bo to zasługuję na osobną, dłuższą formę. Co działo się w sieci poza #GoogleHack?

10 filarów filmów katastroficznych: czyli rozłożenie na czynniki pierwsze takich arcydzieł hollywoodzkiego kina jak “Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”, “2012”, czy najnowszego cyber-hitu “San Andreas”. Po lekturze tekstu możesz zacząć tytułować się filmoznawcą.

Potrzymasz mi torebkę? Celne uchwycenie anomalii damsko-męskich, w których facet nosi torebkę partnerki. Obserwacja dość istotna, a została ledwo liźnięta, więc spodziewajcie się kontynuacji tematu.

Jak PornHub radzi sobie marketingowo? Tak, tak, dobrze przeczytałeś, nie ma tam żadnej literówki. Chodzi o ten serwis z filmami, na których odgrywane są sceny z książki do biologii z działu “rozmnażanie”. A konkretnie to chodzi o to, jak byt z tak trudną tematyką może się promować. Okazuje się, że całkiem nieźle i to bez szczucia cycem.

Słownik polonijny: “barbeć kiuk”, “bekjard”, “sczardżować” i inne ordynarne makaronizmy używane w Czikago i Londku, po których dostaję mdłości.

Czy jeszcze się zakocham? To pytanie zadaje sobie chyba każdy dorosły, który zakończył związek. Bez znaczenia, czy ta relacja trwała 3 miesiące, czy 3 lata. W pewnym wieku, po kolejnym niepowodzeniu na polu damsko-męskim, zaczyna się ocierać o przekonanie, że już więcej nic się nie wydarzy. Asia z “Wyrwane z kontekstu” przekonuje, że to nieprawda.

Dlaczego nie wychodzi Ci w miłości? Świetnie napisane, niezależne rozwinięcie tematu z tekstu powyżej. Cóż za koincydencja.

Ciągłe życie ze smarfonem w dłoni: to nie życie, tylko w najlepszym wypadku rejestrowanie na Snapchacie wydarzeń, które Cię omijają. Bardzo dosadny film, ukazujący jedną z głównych chorób naszych czasów.

Cuanta verdad !!!

Posted by Jose Acosta on 20 lutego 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Kristina Dolinskaya to zjawiskowa nastolatka z Odessy o stu twarzach. Jako wiosenna hipisko-indianka prezentuje się zdecydowanie najlepiej i na tyle przekonująco, że można by z nią krowy kraść, czy co tam jedzą hipisi.

zdjęcie pochodzi z bloga kristinadolinskaya.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga kristinadolinskaya.blogspot.com

 

Męska stylówka tygodnia: Qmike’a polecałem już wielokrotnie i z pewnością polecę jeszcze nie raz, bo jego zdjęcia oszołamiają! Gość jest esencją jakości w kontekście blogów modowych. Za każdym razem kiedy widzę, że lewituje w perfekcyjnym kadrze z idealnie wyeksponowanymi detalami, chcę zadzwonić do niego i powiedzieć, że jest zajebisty i, że będę jego darmowym asystentem-popierdółą.

zdjęcie pochodzi z bloga quyenmike.com
zdjęcie pochodzi z bloga quyenmike.com

 

Klip tygodnia: nie ma tu ani podprogowego przekazu, ani techniki prostującej zwoje mózgowe, ale przyjemnie się słucha i są hipnotyzujące letnio-wakacyjne widoki. W sam raz na poprawę samopoczucia w zapowiadane deszcze w ten weekend.

Fanpage tygodnia: trudno mi dodać coś poza tym, co znajdziecie w tytule profilu. Ot, najlepsze cytaty z najgorszych harlekinów.

Jest to jakieś rozwiązanie.

Posted by Typowy Harlequin on 16 czerwca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: uśmiechnij się. Najlepiej do osoby po Twojej prawej.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Granie w Lotto to sabotowanie własnych marzeń

Skip to entry content

autorem zdjęcia jest Lee
autorem zdjęcia jest Lee

Jako dzieciak miałem w zwyczaju puszczać Dużego Lotka – raz do roku w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Raz, że wtedy była jakaś turbo kumulacja – bo oczywiście w razie wygranej, 9-letniemu chłopcu nie wystarczyłby milion, tylko od razu musiałby mieć ich kilka – a dwa, że liczyłem na jakąś magiczną moc tego okresu. Że Mikołaj, Elfy, samotny wędrowiec, postanowienia noworoczne, dużo świątecznych filmów na TVNie i te sprawy. Z naiwnością adekwatną do ówczesne wieku, wierzyłem, że jak puszczam Lotka dzień przed sylwestrem, zaznaczę datę swoich urodzin i mamy i mocno pochucham, to wygram.

Chyba Was nie zaskoczę mówiąc, że nigdy nie trafiłem szóstki?

Jako już nieco mniej naiwny nastolatek, wpadłem na jakieś wyliczenia z których wynikało, że szansa trafienia wszystkich liczb w losowaniu jest jak jeden do kilku milionów. Nie trzeba mieć habilitacji z prawdopodobieństwa i kombinatoryki, żeby wiedzieć, że to niewiele. Konkretnie, na tyle mało, by liczenie na wygraną w tej grze uznać za głupotę i stratę czasu. I pieniędzy.

Puszczanie kuponu stało się dla mnie równie sensowne, co leczenie problemów z erekcją lubczykiem.

Z jednej strony było mi trochę przykro, że nie żyjemy w bajkowym świecie hollywoodzkich filmów, gdzie nie trzeba zamykać drzwi po wyjściu z domu, żeby nikt się nie włamał, a ludzie umawiają się na spotkania bez podawania adresów i dat, wypowiadając tylko „spotkajmy się jutro”, z drugiej natomiast, urealniło mi to obraz świata, rzucając w twarz fakt, że fortuny nie spadają z nieba jak letni grad, tylko trzeba na nie zapracować. Obecnie jako dorosły człowiek, widząc kolejki przed kolekturami, zastanawiam się, czy Ci wszyscy ludzie nie dotarli do tego wyliczenia prawdopodobieństwa, czy mieli aż tak chujowego nauczyciela matematyki, że tego nie rozumieją?

Bardziej realny niż wygrana w Lotto, jest wybuch instalacji gazowej w Twoim domu i spalenie Cię żywcem. Mimo to, chyba nie sprawdzasz jej co tydzień, co?

Pomijając kwestię prawie, że zerowej szansy na wygraną, to granie na loterii ma inny destrukcyjny aspekt. Mianowicie utratę siły sprawczej i oddanie kontroli nad własnym życiem.

Co robisz, gdy chcesz zjeść czekoladę i akurat nie masz jej w barku, a nie jesteś blogerem, żebyś mógł liczyć, że za chwilę kurier przyniesie Ci ją w darze losu? Poderzjewam, że idziesz do sklepu i kupujesz. Odruchowo, bez zastanawiania, po prostu.

To teraz drugie pytanie: co robisz, gdy chcesz mieć nowe buty, a oprócz tego, że nie jesteś blogerem, to nie jesteś też znanym raperem, żebyś mógł je dostać od sponsora? Strzelam, że zastanawiasz się dłuższą chwilę, szukasz najkorzystniejszej ceny w sieci, porównujesz z tą w sklepach stacjonarnych, wydzielasz jakąś część z miesięcznego budżetu i także idziesz do sklepu i kupujesz.

Pytanie numer trzy: co robisz, gdy chcesz polecieć na zagraniczne wakacje, a nie jesteś blacharą, żeby ktoś Ci je mógł zasponsorować? Obstawiam, że myślisz o tym z wyprzedzeniem, robisz plan uzbierania potrzebnej kwoty i co miesiąc wrzucasz parę stówek do świnki skarbonki, żeby w sierpniu zaczęła kwiczeć, a jej kwik z przepełnienia przełożył się na zajebisty wyjazd. Analizowanie, planowanie, działanie. Robi tak każdy dorosły człowiek, żyjący na własny rachunek.

Dlaczego więc w tym związku przyczynowo-skutkowym, gdy w głowie pojawia się obraz wycieczki dookoła świata, czy mieszkania w Malibu, w Twojej głowie nie pojawia się plan działania, tylko myśl zagrania w Lotto?

Jeśli Ty nie wierzysz, że jesteś coś w stanie zrobić, to nikt inny nie uwierzy za Ciebie. To po pierwsze. Po drugie, gdybyś czas, energię, wiarę i pieniądze, które poświęcasz na granie w Lotto włożył w samorozwój i działanie, gwarantuję Ci, że po kilku latach zdobyłbyś to, o czym marzyłeś wypełniając kupon. Nigdy nie jestem w stanie tego zrozumieć, dlaczego ludzie wolą oddawać realizację swoich marzeń maszynie losującej, zamiast po prostu zacząć pracować nad ich realizacją.

Naprawdę uważasz, że bardziej prawdopodobne jest trafienie szóstki, niż zostanie wybitnym pisarzem, zawodową tancerką, czy zajebistym gitarzystą? Otóż z prostej matematyki wynika, że nie. Dużo realniejsze jest stworzenie drugiego Instagrama, trzeciego Facebooka, czy czwartego Tindera, którego pokochają ludzie na całym świecie, a fundusze z Doliny Krzemowej inwestujące w start-upy kupią go za duży hajs, niż wytypowanie tych cholernych 6 cyfr. Serio, większe szanse są na to, że śpiewając w dworcowym przejściu trafi na Ciebie łowca talentów i zaproponuje kontrakt płytowy w BMG, niż, że wyciągniesz właściwy los.

Dlaczego więc wybierasz najmniej prawdopodobną opcję, sabotując swoje marzenia?

Na koniec krótka metafora. Z pewnością zdarzyło Ci się kiedykolwiek płynąć statkiem, łodzią, czy chociażby rowerkiem wodnym i wiesz jak to działa. Żeby łódź nie rozbiła się o brzeg, nie osiadła na mieliźnie i nie została wywrócona przez wiatr, potrzebny jest napęd i sternik. Sternik, który będzie nią kierował, czuwał nad tym, by zmierzała, do wcześniej określonego do celu. Puszczanie Dużego Lotka, to wyjebanie sternika za burtę i zostawienie łódki ze swoim życiem na łaskę i niełaskę fal. I liczenie, że jakimś cudem dodryfuje do celu, nie rozbijając się o skały.

“Jurassic World” – czyli jak nie robić filmu o dinozaurach

Skip to entry content

„Jurassic Park” jedynka i dwójka były sztosami! Świetnie zbudowana fabuła, wiarygodny rozwój wydarzeń i przede wszystkim  racjonalnie dozowane napięcie wciągające widza w klimat. To były filmy, na których dziewczyny łamały chłopakom kości śródręcza z emocji, a bezwarunkowa reakcja ciała w kulminacyjnych scenach grozy wyrzucała popcorn pod sufit. Na „Jurassic World” jedyny wyrzut, to wyrzucenie pieniędzy w błoto, bo kontynuacja mimo zaawansowanych efektów specjalnych wygenerowanych przez komputery, które na co dzień symulują loty w kosmos, nawet nie ociera się o jakość tytułów reżyserowanych przez Spielberga.

Ale po kolei.

 

Tragiczny scenariusz oparty na motywie wartości rodzinnych

Jest taki chwyt reklamowy, że jak nie wiesz co pokazać, to pokazujesz dzieci albo starców, bo to zawsze wzrusza. Twórcy „Jurassic World” stwierdzili, że film to przecież taka dłuższa reklama, więc tu te prawidłowości też powinny się sprawdzić. I postawili na pierwszą opcję. Pretekstem do pokazania dinuzaurów jest najmniej na świecie przejmująca historia rodzeństwa, których rodzice się rozwodzą. Przy czym relacje między nimi i rodzicami są tak nieudolnie przedstawione i tak spłycone, że widz nie dość, że im nie współczuję, to liczy, że któryś z nich zostanie w końcu zjedzony przez T-rexa.

 

Postacie-wydmuszki

Tak bardzo jak „Mad Max” jest ideałem pod kątem budowania postaci pierwszo, drugo i trzecioplanowych w kinie rozrywkowym, tak „Jurassic World” jest anty-wzorem z dopiskiem „tak się, kurwa, nie robi!”. Mimo nieustannych dialogów mających wyjaśnić widzowi kto jest kim – czemu treser jest treserem, czemu nastolatek jest nastolatkiem i czemu ruda, jest biurwą, która zdążyła zostać kierowniczką parku rozrywki, ale nie zdążyła zostać matką – i tak o tych postaciach nic nie wiadomo i są jedynie anonimowymi awatarami, za którymi biegają komputerowe wizualizacje gatunku, który wyginął miliony lat temu.

Przez to, że żaden z bohaterów nie ma wiarygodnej historii, ani nie jesteś w stanie utożsamić się z którymś z nich, ani przejąć ich losem.

 

Typiara w szpilkach

Jestem facetem, więc nie mam za dużego doświadczenia w chodzeniu w butach na obcasie. Jedyny raz kiedy miałem coś takiego na stopach, to przebierano-zakrapiana impreza w liceum, gdy prawie pozbawiłbym się części uzębienia zbyt szybko wstając w takim obuwiu. Jednak mimo osobistego szczątkowego kontaktu ze szpilkami, wiem od koleżanek zaprawionych w bojach, jakie trudy wiążą się z poruszaniem na 12-centymetrowym gwoździu. Przez cały dzień. Wiem, że to na dłuższą metę niewygodne, męczące i zdecydowanie nieprzyjazne do wykonywania nieprzemyślanych, gwałtownych ruchów. Dlatego, gdy zobaczyłem jak ruda przez pół filmu próbuje być jak Usain Bolt i BIEGA w szpilkach po lesie, piasku, szkle i się nie przewraca, ba!, nawet nie traci równowagi przy przebieżce przez bagno, straciłem resztki szacunku do tego filmu.

To miało być science-fiction, a nie narko-fantasy.

 

Muzyka jak z Magix Music Maker

Czyli tendencyjna i odtwórcza do bólu. Brakowało jeszcze tylko śmiechu i szlochu puszczanego z playbacku jak w „Świecie według Bundych”. Albo didaskaliów u dołu ekranu: „UWAGA, TERAZ JEST PODNIOSŁA SCENA, WIĘC MACIE SIĘ WZRUSZYĆ!!!”.

 

To mają być dinozaury?

Powód dla którego idzie się na tego typu tytuły, główne danie, gwóźdź programu, wisienka na torcie, sutek na cycku. Zwał jak zwał.

W pierwszych dwóch częściach filmu budziły przerażanie, przyśpieszały tętno, rozszerzały źrenice, spłycały oddech i wysyłały info do stolca, że spotkanie jest w gaciach. Gdy wyskakiwały z ciemności chciało się wypluć płuca wykrzykując onomatopeje i momentalnie zasłaniało twarz, chcąc uchronić się przed ostrzami ich kłów. Zasadniczo z miejsca stan przedzawałowy i szybki rachunek sumienia. W „Jurassic World” jest nieco inaczej.

Czwarta część została nakręcona pod rodziny z dzieciakami i najstraszniejszym elementem filmu jest cena na bilecie. Zwłaszcza gdy idziesz w weekend na 3D.

Dinozaurów niby jest więcej i niby są też większe, ale jak mówi stare góralskie przysłowie „liczy się nie ilość oscypków, a jakość owczego mleka”. I tutaj tej jakości za bardzo nie ma. Najczarniejszy charakter, czyli Zmutowany Dinozaur, teoretycznie kogoś je, ale robi to w dzień i w taki oczywisty sposób, że trudno o jakieś emocje. Pterodaktyle teoretycznie porywają ludzi i okaleczają dziobami, ale robią to tak zabawnie, że zamiast się bać na tych scenach, głośno się śmiałem. Raptory teoretycznie też tam kogoś atakują, ale jakoś tak bez przekonania. W sensie, że ani one nie są przekonane, że chcą go zaatakować, ani ten bohater nie jest przekonany, że musi uciekać, ani ja nie jestem przekonany, że jest sens siedzieć do końca seansu.

Największy zarzut? Straszne dinozaury nie straszą.

Teoretycznie to film nakręcony lepszym sprzętem, z większą gamą śmiercionośnych gadów będących esencją gatunku, więc powinien dawać widzowi większą dawkę emocji. Tyle, że to tylko teoria. W praktyce ten tytuł rozczarowuje jak Tara Reid bez Photoshopa i niszczy legendę kozackich filmów grozy o dinozaurach, zostawiając wzdrygający posmak plastiku i niestrawność po niedogotowanym półprodukcie.

Nie polecam.