Close
Close

Pamiętam swój pierwszy wyjazd na festiwal, szukanie transportu do Hradec Kralove na ostatnią chwilę, pakowanie się 4 godziny przed odjazdem autobusu i szukanie po północy czynnego kantoru, który wymieniłby nam złotówki na korony. Po dotarciu nawet nie zastanawiałem się czego zapomniałem, bo na dobrą sprawę nawet nie wiedziałem co powinienem ze sobą wziąć. Przy drugim wypadzie na Hip-Hop Kemp z listą rzeczy niezabaranych już było znacznie łatwiej, bo po dotarciu do Katowic, skąd ruszałem z resztą ekipy do Czech, olśniło mnie, że nie wziąłem namiotu. W końcu to tylko miejsce, które przez 4 dni miało być naszym domem, każdemu mogłoby się zdarzyć o nim nie pomyśleć, co nie? Dobra, nie odpowiadajcie.

W tym roku zamierzam się wybrać na aż 4 festiwale muzyczne, w tym na pierwszy już w ten piątek, więc pomyślałem, że i Wam, i mnie, będzie łatwiej się pakować na takie wydarzenie mając listę najpotrzebniejszych rzeczy. Stąd ten konsultowany z Ministrem Rozrywki i Rekreacji, zatwierdzony przez Instytut Dnia Następnego i testowany w terenie przez ze mnie Niezbędnik Festiwalowicza.

Co powinieneś zabrać ze sobą jadąc na kilkudniową plenerową imprezę muzyczną?

0. Namiot, karimata i śpiwór – wiem, że to oczywista oczywistość, oczywistsza niż kac po zmieszaniu wódki z szampanem i paczką fajek, ale z autopsji wiem, że da się tego zapomnieć, więc na wszelki wypadek wymieniam.

1. Zapalniczka – jedno z najbardziej wielofunkcyjnych urządzeń, które przydaje się zawsze. I odpalisz nią komuś papierosa, nawiązując nową znajomość, i otworzysz piwo, i rozpalisz grilla, i nieco rozświetlisz mrok, szukając zgubionych w trawie 5 złotych, i pobujasz się pod sceną przy piosence do wczuty. Waży tyle co nic, a może uratować życie, cytując Beary’ego Gryllsa.

2. Więcej ciuchów niż zakładałeś – duże masowe imprezy, na których ludzie wpadają w hiper-euforię mają to do siebie, że często dzieje się coś, czego nie zakładałeś. Na przykład, że nad ranem, tuż przed świtem, wskakujesz w ciuchach do jeziora. Albo, gdy nagle zaczyna padać deszcz, a ziemia pod stopami zamienia się w błoto, ktoś wpada na pomysł, żeby zrobić minizawody w ślizgu na klacie i uznajesz, że to brzmi sensownie. W takich momentach naprawdę doceniasz to, że wziąłeś jeden komplet ubrań więcej, niż planowałeś.

3. Czapka/kapelusz – zabrzmię teraz jak stary dziad, ale z udarem słonecznym nie ma żartów, a cały dzień na otwartej przestrzeni bez nakrycia głowy może do tego doprowadzić.

4. Papier toaletowy – kible na polu namiotowym to nie ani toalety w Hiltonie, ani w Sheratonie, ani nawet nie w akademiku AGHu. Bywają lepsze, jak te na Audioriver, czy bezapelacyjnie najgorsze na świecie, jak te na Hip-Hop Kempie, jednak jadąc na jakąś imprezę pierwszy raz nie wiesz czego się spodziewać, więc lepiej się zabezpieczyć.

5. Buty do wywalenia – zasadniczo wszystkie ciuchy, które bierzesz na plenerowe koncerty nie powinny być Twoimi stylówkami życia z logiem krokodyla za furmankę siana, bo masz 50% pewności, że nie wrócą do domu w takim stanie w jakim wyjechały, jednak w przypadku butów tych procent masz 100. Albo Ci je ktoś udepta na śmierć, albo je zabłocisz nie do poznania, albo po prostu przechodząc po pijaku przez ogrodzenie zahaczysz o wystający pręt i zrobisz w nich dziurę. Innymi słowy, na festiwal weź takie obuwie, którego nie będzie Ci żal pożegnać raz na zawsze.

[emaillocker]

6. Nerka – w niczym się tak dobrze nie nosi portfela, telefonu, chusteczek i innych pierdół, które normalnie obciążają Ci kieszenie, jak w saszetce przewieszonej przez ramię. Czy tam upiętej w pasie. Ryzyko wypadnięcia w trakcie skakania pod sceną drastycznie spada.

7. Węgiel i leki przeciwbólowe – mieszanie alkoholi, żarcie po którym Chodakowska dostałaby zawału serca, słońce, brak snu i nocne funkcjonowanie na zwiększonych obrotach może doprowadzić do rozregulowania organizmu. Podstawowe leki w krytycznej sytuacji pomogą Ci doprowadzić się do porządku i nie kończyć imprezy przed czasem.

8. Bank energii – choćbyś używał telefonu tylko i wyłącznie do dzwonienia, to bateria i tak w którymś momencie Ci padnie. Zazwyczaj w najmniej oczekiwanym, na przykład gdy wróciłeś się na chwilę po coś do namiotu i miałeś się zdzwonić z resztą gdzie są. Punkt z kontaktami na polu namiotowym zazwyczaj jest oblegany bardziej niż damska toaleta w Galerii Krakowskiej, a noszenie ze sobą po mieście rozgałęźnika i proszenie się w knajpach o podładowanie bywa kłopotliwe. Na przeciętnym banku energii naładujesz telefon do pełna 3 razy i będziesz miał kłopot z głowy.

9. Prezerwatywy – jak to mawia Rocco Siffredi: „nie znasz godziny, ani doby, kiedy ktoś rozłoży nogi”. Nie namawiam do przygodnego seksu, ale lato i zew natury mają to do siebie, że czasem wygrywają z logicznym myśleniem, a w takiej sytuacji zdecydowanie lepiej mieć zabezpieczenie przed ciążą i chorobami wenerycznymi, niż nie mieć i liczyć, że tym razem może nic się nie stanie. Poza tym, prezerwatywa po nadmuchaniu całkiem nieźle sprawdza się jako poduszka.

10. Peleryna – jeszcze raz wrócimy do motywu deszczu – serio, lepiej stać pod sceną w foliowym worku przypominając Teletubisia, niż ominąć koncert ulubionego wykonawcy ze względu na tragiczna pogodę. Lub łapać zapalenie oskrzeli, gardła i zatok tkwiąc ponad godzinę w ciuchach mokrych jak po wyjęciu z pralki. Może nie ma w tym swagu, ale jest komfort.

11. Zatyczki do uszu – ściany namiotu są ścianami tylko z nazwy i jeśli, tak jak ja, masz ultra płytki sen, znienawidzisz je za to. Za to pokochasz różowe, plastelino-podobne zatyczki za to, że tłumią echa basu i krzyki najtwardszych weteranów cisnących z melanżem do bladego świtu i piski ich koleżanek. Bez nich nie przetrwałbym ani jednej nocy na polu.

To tyle z mojej listy najpotrzebniejszych rzeczy, które są podstawą przetrwania festiwalu. Jeśli uważasz, że ten spis należy poszerzyć i uzupełnić o jakieś gadżety, to śmiało, komentarze są Twoje.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

5 rzeczy, które powinieneś zrobić po maturze

Skip to entry content

Drogi tegoroczny maturzysto, możliwe, że nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale okres, w którym obecnie się znajdujesz, to najprawdopodobniej najdłuższe wakacje w Twoim życiu. NAJ-DŁU-ŻSZE. Zakładając oczywiście, że po średniej szkole od razu pójdziesz na studia, a po nich do pracy, jak system przykazał. I pomijając emeryturę i ewentualną odsiadkę w zakładzie karnym, czego oczywiście Ci nie życzę. Biorąc pod uwagę, że czas jest jedynym dobrem nieodnawialnym, i że tyle wolnego naraz nie dostaniesz w zasadzie nigdy w żadnej firmie, warto go wykorzystać lepiej niż leżąc na kanapie.

Na przykład na rozwijanie siebie, poznawanie świata i naukę umiejętności, które przydadzą Ci się w „prawdziwym życiu”.

Oto 5 rzecz, które powinieneś zrobić po maturze:

 

1. Pojedź na stopa

Tak zwani „dorośli ludzie” nie mają czasu na jazdę stopem, bo każdy dzień wyrwany ze szpon pracy jest dla nich na wagę platyny. Dlatego planując urlop są czasem w stanie przepłacić za samolot, aby zredukować podróż z 2 dni do 4 godzin. Jest to zupełnie zrozumiałe i sam robię tak samo, ale warto choć raz w życiu stanąć z plecakiem na autostradzie i kciukiem łapać okazję.

Dlaczego?

Po pierwsze i najważniejsze, sprawdzasz swoje zdolności do przetrwania w niesprzyjających warunkach. Kiedy musisz opuścić swoją strefę komfortu, narazić się na niepewność i możliwość stania na poboczu całą noc i cały dzień, sporo dowiadujesz się o sobie i o tym, jak reagujesz na trudniejsze sytuacje. Uczysz się cierpliwości i wytrwałości i nawiązywania kontaktu z obcymi ludźmi. A gdy w końcu łapiesz tego stopa, nabierasz w sobie przekonania, że co by się nie działo jesteś w stanie sobie poradzić. To ugruntowanie poczucia zaradności przydaje się na każdym etapie życia i jest nie do przecenienia.

Po drugie, poznajesz nowych ludzi, często z innych kultur, którzy mogą Cię zainspirować, nauczyć czegoś lub podzielić się doświadczeniami, które po prostu będą interesujące. Jeśli podróżujesz do innego kraju, nikt Ci nie opowie o nim tyle, co tubylec. A w ciągu kilku godzin jazdy może Ci opowiedzieć naprawdę sporo.

Po trzecie, to po prostu dobra zabawa. Będąc autostopowiczem masz szansę przeżyć przygody, o których wcześniej słyszałeś tylko z opowiadań, czy oglądałeś na filmach. Trochę adrenaliny, trochę śmiechu. I to za darmo.

 

2. Naucz się gotować

Nawet jeśli uważasz, że studia to przeddorosłość, przedłużenie dzieciństwa i beztroska do kwadratu, bo możesz melanżować w tygodniu, wracać nad ranem i nikt Ci kazań nie będzie wygłaszał, to w świetle prawa, mając te 19 lat, odpowiadasz sam za siebie. Więc warto byłoby posiąść umiejętność organizowania sobie pożywienia.

W trakcie 7 lat życia w Krakowie przeprowadzałem się 15 razy, trafiając w akademikach i wynajętych mieszkaniach na najróżniejsze egzemplarze współlokatorów, w tym na dość pokaźną grupę ekstremalnych słoików. Jedyne co byli w stanie zrobić w kuchni poza jajecznicą i herbatą, to odgrzać przywiezione z domu w hurtowych ilościach gołąbki, mielone, schabowe i klopsy. Czasem w ich wyprawkach były nawet ugotowane ziemniaki, bo najwyraźniej rodzice wiedzieli, że brakuje im jakiegoś chromosomu i sami nie ogarną tak skomplikowanej czynności.

Większość z nich jechała na gotowych obiadkach aż do 5-go roku, co było dla mnie przerażające, że już w każdej możliwej kategorii dorośli ludzie nie potrafią zadbać o siebie w tak podstawowym aspekcie. Nie bądź kaleką życiową, naucz się gotować.

 

3. Pójdź do pracy

Bananowe życie i hajs od starych jest świetny do momentu, aż nie odetną Ci go z dnia na dzień i nie poczujesz na własnym pustym żołądku, że wszystko kosztuje, a pieniądze nie pojawiają się samoistnie po wypowiedzeniu zaklęcia „ale jestem głodny”.

W momencie, gdy idziesz do pierwszej pracy i zaczynasz zarabiać pierwsze grosze, zupełnie zmienia Ci się perspektywa patrzenia na rzeczywistość. Przede wszystkim zaczynasz odczuwać wartość pieniądza i szanujesz go, bo gdy z własnej kieszeni masz wydać ¼ wypłaty lub więcej na Air Maxy, zastanowisz się o wiele więcej niż raz, czy to na pewno dobry pomysł.

Twoje pierwsze działanie zarobkowe na 90% nie będzie pracą przy biurku, tylko zajęciem fizycznym, więc będziesz miał okazję zobaczyć jak żyją „zwykli ludzie”. Ile muszą się nastarać, napocić i namęczyć, żeby zarobić na mieszkanie i jedzenie, i czy to ich cieszy. To powinno dać Ci do myślenia i zmotywować do rozwoju, żeby nie skończyć jak oni, tylko w porę zająć się czymś, co i będzie dawać Ci satysfakcję, i dobre wynagrodzenie.

 

4. Naucz się otwierać piwo bez otwieracza

W trakcie studiów nic Ci się tak nie przyda, jak umiejętność otwierania zakapslowanej butelki zapalniczką, kluczami, drugą zakapslowaną butelką, klamrą od paska, czy pendrivem. Serio. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, ile znajomości nawiązałem przez to, że ktoś nie miał otwieracza, a chciał się napić.

 

5. Znajdź swoją pasję!

Już na wstępie ustaliliśmy, że masz sporo czasu, bo ¼ roku to okres niepojęcie długi, więc jeśli do tej pory nie odkryłeś co Cię jara, to naprawdę teraz jest świetny moment, żeby to zrobić. Lepszego nie będzie.

Dlaczego jest to w ogóle ważne?

Bo człowiek bez zajawki, bez czegoś tylko jego, co go naprawdę kręci i daje przyjemność z robienia tego, dużo traci. I najczęściej jego późniejsze życie ogranicza się tylko do pracy i obowiązków domowych. W momencie, gdy masz coś co Cię jara, czujesz, że Twoja egzystencja jest pełniejsza. I co równie istotne, łatwiej radzisz sobie w kryzysowych sytuacjach, bo masz odskocznię, swoje schronienie, w którym możesz przeczekać zły okres i wyrzucić złe emocje.

Inną kwestią jest natomiast to, że jeśli w porę dojdziesz do tego, co lubisz robić i w czym jesteś dobry, rozwijając się w tym kierunku, możesz zamienić to w sposób na życie.

Dlatego teraz, gdy nie masz na głowie kartkówek, klasówek, egzaminów, poprawek, ani innych rzeczy, które mocno by Cię absorbowały, masz idealną okazję, żeby próbować i szukać. Możesz pojechać na warsztaty aktorskie, zapisać się na kurs rysunku, uczyć się grać na gitarze z YouTube, czy próbować programować w Javie. Możesz wymyślić jakiś totalny odpadł, jak granie pałeczkami na artykułach gospodarstwa domowego albo spawanie Transformersów z rozbitych samochodów. Lub cokolwiek innego, co sprawia Ci przyjemność. Dwa poprzednie pomysły zapewniły ich autorom radość i pieniądze. Z Twoim może być tak samo, tylko musisz zacząć od zdefiniowania co Cię kręci.

A teraz masz na to czas.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #33: bankructwo 50 Centa, Tomasz Knapik i Sztuka Rymotwórcza

Skip to entry content

zdjęcie pochodzi ze strony facebook.com/sztuka.rymotworcza
zdjęcie pochodzi ze strony facebook.com/sztuka.rymotworcza

Wolałbym udawać, że nie wiem co się działo w tym tygodniu i że nie dotarł do mnie syf związany z in vitro i kompletnym niezrozumieniem tematu przez osoby z rządu. Dotarł. Mimo to, odpuszczam go w dzisiejszym CPI, bo mam wystarczająco nadpsute nerwy innymi tematami. Na przykład tym, że rozchorowałem się w lato i ostatnie kilka dni spędziłem praktyczne nie wychodząc spod kołdry. Jak pechowe jest to? Przynajmniej dobrze, że było co czytać.

50 Cent został bankrutem? Tak podało wiele mediów, jednak raper, którego majątek szacuje się na 155 milionów dolarów, z dnia na dzień nie został bankrutem, tylko ogłosił bankructwo. Bardzo przystępnie napisane wyjaśnienie czym różnią się te dwa stany i o co chodzi w całym zamieszaniu.

Maciej Stuhr będzie grał w serialu Jakuba Żulczyka: ale info, ale info! Z nieskrywanym podnieceniem czekam na rozwój wydarzeń!

Słowniczek podstawowych pojęć modowych: jeśli tak jak ja myśleliście, że „it-girl” to dziewczyna-informatyk,  albo chcecie wiedzieć jakie jest polskie tłumaczenie „outfitu”, to wpadajcie do Tamary. Bardzo przydatny cykl wpisów.

Emerytura w kamperze: jest możliwa. Mega inspirujący artykuł o pomyśle na jesień życia. Teresa i Andrzej Walczakowie zamiast czekać na śmierć w mieszkaniu, podróżują po świecie i doceniają uroki bycia nomadami.

Jak poradzić sobie z kłopotliwą teściową? Przywitać rozgrzanym żelazkiem? Poczęstować dopalaczem? A może zapaść się pod ziemię i udawać, a może uznać, że jej nieustanne narzucanie się wcale Ci nie przeszkadza? Matylda przedstawia sensowne rozwiązanie.

Czyja to wypowiedź – Peji, czy polityka? Zaskakujący quiz z jeszcze bardziej zaskakującymi odpowiedziami. W wynikach spodziewaj się niespodziewanego.

Czy niechamski prank może być śmieszny? Twórca kanału Jeleniejaja dowodzi, że tak. Dla mnie to zdecydowanie dużo bardziej zabawne, niż napastowanie przechodniów po nocy, czy wypróżnianie się do śmietnika w galerii handlowej.


 

King Fury i Tomasz Knapik: turbo-sensacyjno-rozrywkowy krótkometrażowy film, czerpiący wszystko co najlepsze z kultowych filmów akcji, właśnie pojawił się w wersji z polskim lektorem. Nawet jeśli nie lubisz tego typu obrazów, to warto sprawdzić dla samego niezawodnego Tomasza Knapika.


 

Jules z „Pulp fiction” testuje burgera: i po jego rekomendacji sam bym stestował.

Damska stylówka tygodnia: w obliczu zaistniałych okoliczności natury, nie jestem w stanie napisać nic więcej niż: ŁOOOOOUŁ! Więcej zdjęć doprowadzających do wystrzeszczu na blogu Macademian Girl.

zdjęcie pochodzi z bloga macademiangirl.com
zdjęcie pochodzi z bloga macademiangirl.com

 

Klip tygodnia: dawno nie było nic od Quebo, co? Klip nie urywa żadnej części ciała i ze scenariuszem, czy montażem można by zdecydowanie więcej pokombinować, ale miło się ogląda. Raz, że jest superbohater w złotych butach, a dwa, że obraz był kręcony w Krakowie.


 

Fanpage tygodnia: klasyka malarstwa w ostatnich czasach przeżywa prawdziwy renesans. Najpierw „Sztuczne fiołki”, potem „Rubens był z Bytomia”, a teraz cytaty z polskich rapowych kawałków. I niech ktoś tylko spróbuje powiedzieć, że szerszego ogółu odbiorców nie da się zainteresować sztuką. Gdybym tylko w ten sposób miał podawaną wiedzę w liceum, najznamienitsze dzieła wraz z ich autorami recytowałbym z pamięci.

Wincenty Wodzinowski x DJ 600V ft. K.A.S.T.A. Squad”Toast”/”Wychylylybymy”

Posted by Sztuka Rymotwórcza on 20 czerwca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: dzisiejsze ogłoszenie to raczej wyznanie i deklaracja miłości. Chciałem ogromnie, ale to ogromnie podziękować Marcinowi Wolakowi z firmy SpeedUp.pro, który jest najlepszym specem od WordPressa jakiego znam. Marcin po raz kolejny uratował mi tyłek, sprawiając, że blog nie wyleciał w powietrze, przez, że tak to ujmę, zewnętrzne czynniki niszczące, tylko stoi tam gdzie stał i ma się dobrze. Nie wiem jak on to robi, że w momencie kiedy inni wymiękają on jest w stanie rozwiązać każdy problem, ale w moim osobistym rankingu aniołów stróżów jest na pierwszym miejscu.

Polecam tego allegrowicza!