Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #41: Gryfny wybór zajtów z internetu

Skip to entry content

Dawno nie było żadnej gościnki, co? Tym razem zastępstwo jest dość dosłowne, bo w dzisiejszym Cotygodniowym Przeglądzie Internetu zamiast mnie zajmować się Wami będzie się pani nauczyciel – Saga. Na co dzień bije dzieci smyczą w podstawówce, a w razie trudności wychowawczych zakłada im kosze na śmieci na głowę, udając, że to nowoczesne metody nauczania ortografii. Gdy akurat nie katuje nastolatków omówieniem „Krzyżaków”, prowadzi bloga Wysoka.es, gdzie dzieli się przemyśleniami związanymi z edukowaniem młodzieży. I refleksjami dotyczącymi bycia ponad 180-centymetrową laską. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak to jest patrzeć na wszystkich z góry, to wpadajcie do niej.

I jeszcze słówko wyjaśnienia, czemu ja dziś nie prowadzę CPI: poleciałem nad morze. Ale tym razem nie w celach wakacyjno-rozrywkowych, tylko do ciężkiej i poważnej pracy. Jak, po co i dlaczego dowiecie się z Fejsa, a tymczasem zostawiam Was pod opieką Sagi.

Agnieszka Saga Wachnik

Dzień dobry.

Wszyscy są? Ostatnia ławka, nie rozmawiać. A ty wyrzuć gumę do kosza. Całą. No, już zostawiamy fejsika, ostatnie zdjątka na instagrama i jedziemy z tematem. I proszę zdjąć plecak z ławki, nie jesteśmy… w miejscu, gdzie kładzie się plecaki na powierzchniach płaskich. No. To wyciągamy karteczki.

Podpisujemy u góry, imię-naziwsko-klasa-data.

.

.

.

.

.

.

Nie no, tak się z wami droczę, Jan by mi tego nie wybaczył.

Szanowni czytelnicy pana Stej Flaja, nazywam się Saga i dziś mam przyjemność poprowadzić zastępstwo za miłego nieobecnego. Pan Favre wziął chorobowe, pojechał do Bułgarii, na Słowację albo do innych Egiptów, urodziło mu się dziecko – nie wiem, nie pytajcie mnie. Coś tam zadał z ćwiczeń do zrobienia, ale umówmy się, że zastępstw nikt nie bierze poważnie, więc przejdźmy do konkretów. A jakby pytał, to powiedzcie, że zrobiliśmy do strony dwudziestej trzeciej.

Ale o tej gumie mówiłam poważnie. Weźże ją wypluj, synek.

Dziękuję.

 

Śląski savoir-vivre. Jak wiadomo, córki górników to gryfne dziołszki, co to poradzą jakie maszkety dobre uwarzić, jak i parę dobrych leveli wyrychtować. Więc jakbyście jechali kiedy w gości do swej lubej, to tutaj znajdziecie poradnik, jak się zachować. Łącznie z tą kwestią seblekania laczków.

Volkswagen przygotował reklamę po śląsku, która wzbudza więcej emocji, niż ta po polsku. Warto też rzucić okiem na komentarze na fan page’u marki, gdzie admin goda jak równy z równym.

Ludzie od „Ślonskiego suchara na dzisiej” założyli śląskie biuro tłumaczeń. Co więcej, organizują kursy języka śląskiego. Jeśli w szkole nie mieliście lekcji ślonskiej godki, a o tym czym są fuzekle dowiedzieliście się na wuefie, to możecie zadbać w ten sposób o swoje śląskie korzenie. Poza tym, warto rzucić okiem na dotychczasowe projekty biura. Ulotka dentysty skradła mi serce.

O tym, że zabawy z patyczkami nie warto odkładać w nieskończoność mówi Boska Matka.

Leftover Women – fotoreportaż Klaudii Lech o sheng nu, czyli niezamężnych Chinkach po trzydziestce z sukcesami ekonomiczno-zawodowymi na koncie. Jeśli sądzicie, że „Nie zdążyłam zostać mamą” to było szczucie i piętnowanie, to przejrzyjcie ten materiał. Same bohaterki fotografii nie mają problemów ze swoim statusem, to rodzina wywiera na nich presję i wstydzi się „samotności” córek.

Rzut beretem w wykonaniu polskiego złotego medalisty przed imprezą i trafiamy do Japonii, gdzie trafiamy na mangi dla dziewcząt. Dowiadujemy się o tym, że nie jest źle dostać plaskacza, bym namawianą do konsumpcji związku i w sumie romans z nauczycielem w podstawówce nie jest zły. Aha-aha.

Jeszcze w kontekście rodziny, tekst o patologiach tego zjawiska. Rozejrzyj się i sprawdź, czy powinieneś, powinnaś reagować. Jeśli widzisz siebie na liście – po ptokach.

Lubicie pokarmić oczy? A lubicie zdjęcia? Łukasz o srogim oku wybiera w Chaotic Bookmarks fotografie ciekawe, czasami trudne, ale zawsze hipnotyzujące i angażujące. Style naprawdę różne, warto spróbować zmierzyć się z każdym z nich.

Plotki, ploteczki. Dziewiętnastowieczna wersja psiego tabloidu, czyli „Pudel Ir”. (Tak naprawdę, to pułapka mająca promować Narodowe Czytanie „Lalki” w Kaliszu, strzeżcie się!)

Co zrobić z wysokimi osobami na koncertach? W związku z tym, że koncerty już są dosyć uciążliwe, lepiej, żeby wysokie osoby ułatwiły życie mniejszym koleżankom i kolegom stając z tyłu. Tam, gdzie ich miejsce.

Powrót sześciolatki-gate. Profesor Vetulani swoim tweetem o nieogarniętych dzieciakach wrócił z buta do tematu, czy szkoły są gotowe na ludzi plujących mleczakami, a w komentarzach grono pedagogiczne zbiera baty za swoją niekompetencję.

Dodatek tygodnia: na Śląsku każdy, kto rozpoczyna swoją przygodę ze ścieżką oświaty, otrzymuje róg obfitości, czyli tytę. Teoretycznie dostają je tylko pierwszoklasiści, ale a) trzeba dbać o swoje dziecko wewnętrzne, b) czasami tylko perspektywa tyty dostosowanej do wieku pozwala wrócić w mury uczelni.

zdjęcie pochodzi z bloga awglowieparyz.blog.pl
zdjęcie pochodzi z bloga awglowieparyz.blog.pl

Klip tygodnia: kolega Zabrocki buja się od dłuższego czasu po świecie, nagrywał m.in. z Hey i z Nosowską, nie wygląda jednak na to, żeby miał się rozlecieć, bo we wrześniu wychodzi jego solowa płyta, a teledysk do singla macie powyżej. Polanie ostatnio robią coraz więcej ciekawych klipów, a ten jest intrygująco i niepokojąco dziwny, jak sam kawałek zresztą –  trochę mroczny, trochę groteskowy, a miejscami zawstydzająco szczery. No i jest Karolina Romuk-Wodoracka, która będzie wam się śniła po nocach, jako i mnie słodko męczy. Smacznego.


 

Fan page tygodnia: jest to sztuka niełatwa, tak przekopać się przez gazety i kolorowy druk, żeby wybrać z niego słowa i obrazy czasami totalnie od siebie różne i stworzyć kolaż tak trafny i dowcipny, że człowiek leży i myśli o wyobraźni.

coś jeszcze przeżyć

Posted by Zlepki on 17 sierpnia 2015

 

Zanim zaczniecie się pakować i rzucać plecakami – na moich zajęciach możecie przeczytać o romansach polsko-zagranicznych oraz o tym, jak dzieci reagują na lekcje o układzie rozrodczym człowieka. Zadania domowego nie będzie, ale ostatnia ławka ma odkleić te gumy do żucia, które przykleiła przed chwilą do blatu.

Dziękuję za uwagę, proszę pościerać tablicę.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Sztuczka którą stosuję, żeby mieć popularnego bloga

Skip to entry content

Odkąd 2,5 roku temu znalazłem się w rankingu Kominka, we „wschodzących gwiazdach blogosfery” nieustannie dostaję pewne pytanie. Czy to na konferencjach, czy na luźnych integracjach blogerów, czy podczas przypadkowych spotkań w warzywniaku przy kupowania cebuli, regularnie i upierdliwie jak konieczność składania zeznania podatkowego, wraca jedno zagadnienie. Bez różnicy, czy to wywiad do prasy, radia studenckiego, czy internetowego periodyku o psach, zawsze, ale to ZAWSZE pada ten sam tekst. Wszelkie kontakty drogą elektroniczną również nie są od niego wolne i notorycznie jestem molestowany detektywistycznym pytaniem, które brzmi:

JAKIE SZTUCZKI STOSUJESZ, ŻEBY MIEĆ POPULARNEGO BLOGA?

Dziesiątki razy odpowiadałem na nie w ten sam i jednocześnie jedyny możliwy sposób: ŻADNE. Przy okazji tłumacząc pytającemu, że licznego, zaangażowanego grona odbiorców, które stale będzie wracać po Twoje treści nie da się zdobyć jakimś trikiem, czy podstępem. Mimo, że nie wszyscy internauci należą do Mensy, to jednak nie są bezrefleksyjnymi idiotami, którzy wracają do twórcy mimo robienia ich w chuja.

Teksty pod SEO, dają Ci przypadkowych ludzi z wyszukiwarki, których interesuje jeden konkretny temat, najczęściej związany z seksem albo seksem, a nie to co masz dopowiedzenia. Krzykliwe nagłówki i kontrowersyjne tematy dają 5-sekundowe zainteresowanie i odbijają się czwkawką jeśli chcesz prowadzić bloga dłużej niż miesiąc. Jest jeszcze, upragniony przez początkujących blogerów, wjazd na główną Wykopu. Ten jednak, poza pożarciem miesięcznego transferu w ciągu doby, nie daje nic.

Niestety tłumaczenie tego pytającym daje najczęściej tę samą reakcję, co przestrzeganie 7-latka przed lizaniem zamrażalnika od środka – nakręca ich jeszcze bardziej. W obliczu tej sytuacji i stale wznoszącej się fali pytań o trik, podstęp, chwyt, sposób, kombinację skrótów klawiaturowych i magiczne zaklęcie na wybicie się w blogosferze, nie mam wyjścia i muszę zdradzić swój sekret.

Uwaga, podaję jedyną skuteczną sztuczkę na zdobycie popularności i zarabianie w kurwę hajsu na blogu, którą stosują absolutnie wszyscy z czołówki – od Michała Szafrańskiego po Macademian Girl – ale ze strachu, że kolejny ryj dorwie się do koryta, nie chcą jej podać. Jesteś gotowy, żeby ją przyswoić i zmienić swoje życie tak, że nawet śmierć Cię nie pozna? Proszę bardzo.

 

Żeby…

 
 
 

…to…

 
 

…osiągnąć…

 
 

…wystarczy…

 
 
 

…że…

 

…będziesz…

 
 
 
 
 

…NAPIERDALAŁ!…

 
 
 
 
 

…aż…

 

…tego…

 
 

…nie…

 
 
 

…osiągniesz.

autorem zdjęcia jest klement127

Przez to, że na blogu i Fejsie często przemycam lokalny folklor i klimat miasta królów, często dostaję od Was maile z pytaniami o Kraków, jakbym był certyfikowanym przewodnikiem. Do dyplomu jeszcze troszeńkę mi brakuje, ale na te, na które jestem w stanie sensownie odpowiedzieć za każdym razem odpisuję. I wśród nich regularnie powtarza się, jak poniedziałek po weekendzie, pytanie o jedzenie. A konkretnie: gdzie warto co zjeść w Krakowie? Z adnotacją, żeby najlepiej nie było to miejsce tuzinkowe i przeciętne, ani pod żadnym pozorem sieciówka, tylko typowo lokalna knajpa.

Żeby ułatwić życie i sobie, i Wam, zebrałem 5 miejsc, w których warto zjeść odwiedzając Gród Króla Kraka i jedno bonusowe, gdzie możecie podelektować się najlepszym krakowskim deserem.

 

Zapiekanki na Placu Nowym

gdzie zjeśc w Krakowie - zapiekanki na Placu Nowym

gdzie zjeśc w Krakowie - zapiekanki na Placu Nowym 2

Zwane też zapieksami z okrąglaka. Legenda głosi, że najlepsze są u Endziora, ale niestety to powiedzenie jest już nieaktualne i w zasadzie niemal w każdym okienku okrągłego budynku dostaniesz naprawdę dobrą bagietkę z serem z pieczarkami. I oczywiście z innymi dodatkami wedle uznania. Zapiekanki na Placu Nowym są dostępne w zasadzie w każdej możliwej do wymyślenia konfiguracji: i hawajskie z ananasem, i góralskie z oscypkiem, i greckie z fetą, i wiejskie z kiszonym ogórkiem i kiełbasą.

Być w Krakowie i nie zjeść zapieksy z okrąglaka, to jak być w Paryżu i nie zjeść ślimaków. Da się, ale lepiej się nie przyznawać.

 

Frytki belgijskie

gdzie zjeśc w Krakowie - frytki belgijskie gdzie zjeśc w Krakowie - frytki belgijskie 2

Ostatni krzyk hipsterskiej mody i w wersji dostępnej na skwerku przy ulicy Wawrzyńca, wyjątkowo dobry. Grube, podwójnie smażone, chrupkie fryty z belgijskich ziemniaków z szeroką paletą sosów. Ja jestem tradycjonalistą i zazwyczaj biorę z majonezem, ale z duńskim sosem, miodową musztardą albo pomidorami i bazylią są równie pyszne. To danie jednak nie jest pozbawione wad, po pierwsze to atomowa bomba kaloryczna, po drugie jest bez mięsa. No dobra, w sumie tylko to drugie to wada.

 [emaillocker]

Kiełbaski z Hali Targowej

gdzie zjeśc w Krakowie - kiełbaski z hali targowej gdzie zjeśc w Krakowie - kiełbaski z hali targowej 2

Nie jest to danie ani wykwintne, ani nietypowe, ale ze względu na klimat, w Krakowie kultowe. Kiełba z Niebieskiej Nyski, dostępna codziennie od 20 do 3 w nocy wraz z prawdziwą staroszkolną oranżadą, to klasyka lokalnego folkloru. Idealnie wysmażona, podawana z bułą i musztardą, była nieraz solidnym podkładem pod całonocne szwendanie się po mieście i kolejne zmienianie klubów. Mimo pospolitości tej potrawy, w każdy weekend ustawiają się po nią pod Halą Targową kolejki i młodych, i starych.

 

Pizza Garden

gdzie zjeśc w Krakowie - Pizza Garden gdzie zjeśc w Krakowie - Pizza Garden 2

Najlepsza włoska pizza jaką kiedykolwiek jadłem w Polsce! Niepozorny lokal znajdujący się tuż za przystankiem autobusowym na ulicy Marii Konopnickiej serwuje prawdziwe niebo w gębie. Idealnie wypieczona, z właściwie cienkim ciastem, mozzarellą i prawdziwym pomidorowym sosem. Moja ulubiona to ta z włoską kiełbasą i oliwkami, ale przy innych też nie zdarzyło mi się zostawić choćby brzegów. Niestety ze względu na niewielkie gabaryty lokalu, często trzeba czekać na wolny stolik, ale obłędny smak pizzy rekompensuje wszystko.

 

Jadłodajnia u Stasi

gdzie zjeśc w Krakowie - jadłodajnia u Stasi 2 gdzie zjeśc w Krakowie - jadłodajnia u Stasi 3

W zestawieniu musiał znaleźć się choć jeden lokal z typową polską kuchnią, gdzie dostaniemy klasykę niedzielnych obiadków i jest nim właśnie Jadłodajnia u Stasi. Stołówka w podwórzu Mikołajskiej 16 jest prawdziwym miejscem z duszą, do którego zaglądają w zasadzie tylko wieloletni mieszkańcy Krakowa i częściej spotkamy tu sędziów, czy profesorów niż studenciaków. Dostaniecie tu prawdziwego mielonego, totalnie babciny rosół, ziemniaki ze zsiadłym mlekiem, nieoszukane pierogi z mięsem i inne dania rodem z polskiej wsi. Jeśli chcesz zjeść „zwykły” obiad, to wpadasz tutaj.

 

Lody na Starowiślnej

gdzie zjeśc w Krakowie - lody na Starowiślnej gdzie zjeśc w Krakowie - lody na Starowiślnej 2

Deserowy bonusik, o którym mówiłem we wstępie. O ile we wcześniej opisywanych miejscach mogły się zdarzać mniejsze lub ciut większe kolejki, o tyle w tym przypadku stanie w kilkudziesięcio osobowym tłumie jest pewne. Lody na Starowiślnej 83, to najlepsza i jednocześnie najbardziej oblegana lodziarnia w Krakowie. Słodkości robią z tradycyjnej receptury, co przekłada się na smak doprowadzający podniebienie do orgazmu. Dostępne jest tylko 7 podstawowych smaków – waniliowe, czekoladowe, kawowe, truskawkowe, malinowe, bakaliowe i jagodowe – ale to wystarczy, żebyś oszalał na ich punkcie.

To tyle jeśli chodzi o miejsca, gdzie warto zjeść w Krakowie, ale domyślam się, że dla odwiedzających Miasto Królów to za mało, więc uspokajam, że w przygotowaniu jest też wpis o tym, gdzie warto się napić. Niekoniecznie herbaty.

 [/emaillocker]