Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #43: edukacja seksualna w Polsce, nowy film Tarantino i Joan Cornellà

Skip to entry content

W ciągu mijających 7 dni wszyscy żyli wiadomym tematem i w 43 odcinku CPI również się on pojawia, ale szczątkowo, bo uważam, że należy zachować jakiś umiar w tej materii. Ja prywatnie ekscytowałem się nowym lokum i tym, że w końcu wszystko udało mi się przewieźć, rozpakować i poukładać. To znaczy wszystko poza garniturem, o którym oczywiście zapomniałem. Nie zapomniałem za to sprawdzić, co działo się w sieci poza międzynarodowym problemem. A trochę tego było.

Masz prawo być nieidealna: od blogerek modowych, czy w ogóle ludzi internetu, którzy pojawiają się na świeczniku, oczekuje się, że będą perfekcyjni. Że ich ciała będą obiciem kanonów piękna przedstawianych w filmach reklamowych, a są przecież zwykłymi ludźmi. Trafny tekst o tym, że tym trochę bardziej znanym często nie pozwala się być nieidealnym.

Jak edukuje się seksualnie w Polsce? Świetna rozmowa na temat lekcji „wychowania do życia w rodzinie” prowadzonych w szkołach z przedstawicielką Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Mimo długich zawoalowanych nazw gadka jest bardzo rzeczowa i treściwa.

Przestań wreszcie marzyć: i zacznij działać. Bo wieczni marzyciele ciągle gadający o swoich wielkich snach, a lokujący ich realizację w „kiedyś”, wkurzają bardziej niż kminek w chlebie.

Mężczyźni wolą króliczki: zabawny dialog o tym, że seks jest lepszy kiedy z partnerem możesz, i przede wszystkim chcesz, również porozmawiać. Przed, po albo zamiast.

Pohamuj swój entuzjazm: lub też bardziej poetyckie „nie zesraj się”, nie jest najbardziej wyczekiwanym komentarzem, gdy uzewnętrzniasz swoją radość i cieszysz się z małych rzeczy. Z dużych zresztą też.

Jak wygląda obóz przejściowy dla uchodźców w Röszke? Konrad Kruczkowski z Halo Ziemia i Jakub Górnicki z Podróżniccy pojechali to sprawdzić. Szacunek dla chłopaków za inicjatywę i zaangażowanie.

Jak dobry utwór można spieprzyć tragicznym refren? Niestety właśnie tak. Zeusem jaram się od epki „Muzyka ofensywna” i jest jednym z najlepszych raperów w kraju, ale ten discopolowy wokal i przejście w refrenie jest totalnie asłuchalne. Może chociaż gdyby ta laska tak nie fałszowała dałoby rade przesłuchać bez ściszania.

Co Ty niby wiesz o szpagatach, ziomeczeku? Dopóki nie rozłożysz nóg na płasko z miejsca w metrze, to nic.

SPLITTING NEW YORK (follow me on Instagram: @LoganPaul)

Posted by Logan Paul on 29 sierpnia 2015

 

Nowy film Quentina Tarantino! „Nienawistna ósemka” lub lepiej brzmiące w oryginale „The Hateful Eight”. Po pierwszym zwiastunie już widzę, że to będzie kozak i że tegoroczna zima będzie gorąca! Czekam z odliczonym hajsem na bilet w łapie!

Klip tygodnia: bardzo przyjemny teledysk, który mimo, że cały nagrany tylko na 7 ujęciach, to bez porównania ciekawszy od animacji, gdzie co wers jest zmiana kadru. Oprócz tego sporo punchline’ów i bardzo ładne hasztagi. Ładniejsze niż u niejednego niuskulowca.

Damska stylówka tygodnia: ta stylówka to ostatni powiem lata. W przyszłym tygodniu pewnie będą już jakieś płaszcze, a co najmniej swetry. Dlatego docencie DaisyLine za taki ładny, letni kombinezon z odkrytymi ramionami i nogami.

daisy line

 

Męska stylówka tygodnia: niestety, ale brak. Nie było nic, ale to zupełnie nic ciekawego na męskich blogach modowych w tym tygodniu. Jak uważacie inaczej i chcecie mnie wyprowadzić z błędu, to zapraszam do komentarzy.

 

Fanpage tygodnia: grafikę poniżej z pewnością kojarzycie bo wielokrotnie latała skradziona po Fejsie, dlatego warto zapoznać się z profilem autora. Niepokojące, psychodeliczne, a przy tym wyjątkowo zabawne mini-komiksy to coś, co naprawdę warto mieć polubionego. Po odkryciu tego miejsca w sieci przeklikiwałem kolejne grafiki przez dobre pół godziny i nie trafiłem na ani jedną słabą. Respekta.

http://joancornella.bigcartel.com/product/selfie’Selfie’ Limited edition poster. 11.7” × 11.7”15€

Posted by Joan Cornellà on 21 sierpnia 2015

 

Ogłoszenie parafialne: w nowym mieszkaniu mam zdecydowanie większą przestrzeń niż w poprzednim i chodząc z zamkniętym oczami po moim pokoju jest nawet szansa, żeby się zgubić. Dlatego doszło do mnie, że mogę zrealizować małe marzenie z dzieciństwa, a mianowicie, kupić sobie rzutnik i zrobić prywatne kino domowe. Zupełnie nie znam się na rzutnikach, tudzież projektorach, i nie wiem co jest istotne przy wyborze takowego, a co nie, a tym bardziej ile taka zabawka powinna kosztować. Jeśli więc ktoś z Was operuje wiedzą na ten temat, to będę wdzięczny za wszelkie info, a zwłaszcza za polecenie konkretnego projektora do domowego użytku.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Prosta odpowiedź na pytanie: „Czy powinniśmy przyjąć uchodźców z Syrii?”

Skip to entry content

Od kilkunastu dni wszyscy żyjemy sprawą uchodźców z Syrii i problematyczną decyzją przed którą stanęliśmy jako społeczeństwo: przyjąć ich czy nie? Wydawałoby się, że odpowiedź dla osób o wyrazistych poglądach jest dość oczywista – prawicowcy mówią „won z nimi”, a lewaki otwierają ramiona. Jednak prawicowi narodowcy są najczęściej zadeklarowanymi katolikami, a przecież pismo święte mówi by miłować bliźniego swego jak siebie samego i na Wigilii zostawić wolne miejsce dla zbłąkanego wędrowca. Pojawia się więc zgrzyt. Lewaki z kolei, mimo, że starają się ignorować wszelkie kontrargumenty, dopuszczają do siebie doniesienia o istnieniu terrorystów wśród muzułmańskich przybyszów. Również zgrzyt.

To dylematy ludzi o skrajnych, wyrazistych poglądach. Jak z kolei spojrzenie na tę sprawę wygląda u osoby, która na co dzień nie opowiada się za jedną konkretną opcją polityczną? Na przykład u mnie?

Z jednej strony, każdego człowieka szkoda. No dobra, może nie każdego, bo jestem w stanie przywołać w głowie sylwetki osób, których śmierć mógłbym uznać za uzasadnioną, ale większości ludzi nie należy się życie w strachu, czy egzystencja w nieludzkich warunkach. Zwłaszcza tym zupełnie niewinnym, czyli dzieciom. Słysząc o rodzinach koczujących na dziko bez dostępu do wody i jedzenia budzi się we mnie wrażliwość i potrzeba pomocy, i siedząc z gorącą herbatą, w kapciach przed komputerem uwiera mnie w boku przekonanie, że silniejszy powinien pomóc słabszemu, a obojętność dobrego człowieka pozwala tryumfować złu.

Z drugiej strony, wyznaję zasadę, że najpierw powinno się zadbać o lokalne podwórko, a dopiero później wybierać się na koniec świata z niesieniem pomocy. Czy u nas, w Polsce, nie ma rodzin żyjących na skraju ubóstwa? Czy choćby w Krakowie, nie ma osób żyjących w permanentnej biedzie, którym potrzebna jest pomoc? W squatach, w barakach z dykty, w przepełnionych domach dziecka? Czy nie powinniśmy się zająć w pierwszej kolejności swoimi, bieżącymi problemami, zanim będziemy okazywać miłosierdzie egzotycznym nieznajomym?

Z trzeciej strony, uchodźcy wyrywają się z paszczy wojny, gdzie istnieje bezpośrednie zagrożenie utraty życia, więc trudno stopniować, że czyjaś śmierć jest mniej lub bardziej ważna. Jeśli jesteśmy w stanie im pomóc przeżyć, to powinniśmy to zrobić.

Z czwartej strony, do jakiego stopnia powinna sięgać nasza pomoc? Czy tylko ograniczyć się do wpuszczenia ich na teren Polski? Czy do zorganizowania im dachu na głową i pożywienia? Czy może jeszcze dalej – do zapewnienia pełnoprawnych mieszkań i regularnej pracy? Czy może nie do dawania im przysłowiowej wędki, a tylko ryb, dopóki sytuacja w ich kraju się nie uspokoi? Czy jako społeczeństwo stać nas na to w sensie finansowym? A jeśli nie stać, to powinniśmy wystosować oficjalny komunikat „przepraszam, ale musicie umrzeć, bo nie mamy na tyle funduszy, by wam pomóc, a nie chcemy się zadłużać”?

Z piątej strony, ile z tych osób jest uchodźcami, a ile zwykłymi imigrantami? Ile z nich, wykorzystując okazję, chce się po prostu tu przenieść po lepszą pracę? Co stanie się z miejscami pracy dla Polaków, prawowitych mieszkańców tego kraju, gdy rynek zaleje tania arabska siła robocza? Masowe zwolnienia, wzrost bezrobocia? Albo jeszcze gorzej, co jeśli ci imigranci chcą się tu osiedlić tylko po to, żeby żerować na socjalu? Z naszego budżetu?

Z szóstej strony, przecież Polacy to samo od lat robią w Wielkiej Brytanii. Czy nie powinniśmy przyjąć syryjskich imigrantów i pozwolić im się tu osiedlić, tak samo jak Anglicy pozwalają Polakom?

Z siódmej strony, to przecież muzułmanie, wyznawcy islamu, jakie są szanse, że po wpuszczeniu ich do Polski będą chcieli się asymilować z nami i naszą tradycją opartą na katolizcyźmie? W innych krajach wygląda to różnie i często mimo upływu lat azylanci nie chcą się integrować z miejscową ludnością, ani nawet uczyć jej języka, tylko żyją w swoich gettach. Ale to pół biedy. Co jeśli nie tyle nie będą chcieli się asymilować, co po prostu zaczną z nami walczyć? Wśród nich mogą być przecież terroryści, którzy tylko czekają aż dostaną się do takiej Galerii Krakowskiej, czy metra na Marszałkowskiej i zdetonują bombę w godzinach szczytu. Co wtedy?

Z ósmej strony, tak jak posiadanie penisa przez mężczyznę nie jest równoważne z gwałceniem, tak inny kolor skóry i wyznawanie innej religii nie jest automatycznie powiązane z zamachami.

Czy w takim razie powinniśmy przyjąć uchodźców z Syrii?

Jak widzicie, próbowałem znaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie, ale jej nie znalazłem i obawiam się, że takowa nie istnieje. Nie mam pojęcia jak ustosunkować się do tej sprawy i jakie podejście jest słuszne, a mam wrażenie, że od wszystkich nas się tego oczekuje. Wyczuwam presję jakoby każdy z osobna musiał się określić „jestem za – ratujmy ich” albo „jestem przeciw – wynocha do siebie”, bo tak trzeba. A przecież każdy z nas ma prawo powiedzieć „nie wiem”. Żyjemy w czasach kiedy trzeba mieć sprecyzowane zdanie na każdym temat, a przecież zajęcie stanowiska wobec wielopłaszczyznowego międzynarodowego konfliktu, to nie to samo co stwierdzenie „lubię te nowe czipsy o smaku krewetek” albo „muzyka Sarsy jest bardziej do dupy niż dziecięce czopki”.

Pamiętajmy o tym, że możemy powiedzieć „nie wiem” i czasem jest to najlepsza odpowiedź jakiej można udzielić. Przynajmniej w danym momencie.

7 powodów, dla których warto iść na „Wawel. Alchemia światła”

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Tauron Dystrybucja

W przyszły weekend, czyli 18-go i 19-go września, w Krakowie dzieje się mocna rzecz. O 20:00 na dziedzińcu arkadowym na Wawelu grany będzie multimedialny spektakl na 200 000 lumenów. Przy wsparciu marki Tauron Dystrybucja odbędzie się przedstawienie „Wawel. Alchemia światła” z udziałem takich kozaków jak Jerzy Stuhr, Anna Dymna, Jerzy Trela i Grzegorz Turnau, a to wszystko w oprawie trójwymiarowego mapowania rzucanego na mury zamku. Brzmi abstrakcyjnie jak hasła reklamowe na profilu„Copywriter płakał jak pisał”? No to konkretnie i po kolei o tym, dlaczego niby miałbyś poświęcać piątkowy albo sobotni wieczór, żeby iść na to wydarzenie.

 

Wawel w nowym świetle i formie

Większość osób dawny dom królów polskich kojarzy z nudnym miejscem, w którym, podczas szkolnych wycieczek byli poddawani torturom wysłuchania wszystkich mądrości przewodnika. Wpadli tam raz z klasą i stwierdzili, że tyle kontaktu z najbardziej znanym polskim zamkiem im wystarczy. Ewentualnie patrzą przez pryzmat katastrofy smoleńskiej. „Wawel. Alchemia światła” pozwala spojrzeć na to miejsce z zupełnie innej perspektywy, ukazując je jako przestrzeń, która nie tylko jest świątynią przeszłości, ale i wielofunkcyjnym centrum ekspresji. Łącząc historyczne mury z nowoczesną sztuką audio-wizualną, zamek zupełnie zmienia swoją formę i pokazuje, że tam gdzie na co dzień dominuje patos jest też miejsce na rozrywkę.

 

Jerzy Stuhr

Alchemia Światła Kraków (1)

Pierwszy kontakt z Jerzym Stuhrem miałem jako nastolatek, gdy ciocia zabrała mnie do teatru na jego dwugodzinny monolog – „Kontrabasistę”. Przez cały spektakl siedziałem zamurowany, chłonąc jego grę aktorską i nie mogłem wyjść z podziwu, jak jeden człowiek może przez tak długi czas ciągle gadać i nawet przez moment nie być nudnym. To przedstawienie było mistrzostwem i od tego momentu starałem się śledzić każdą działalność, którą podejmował. I czy dawał wykład dla studentów, czy dubbingował amerykańską animację – tak, tak, mowa o jego kultowej roli w „Shreku” – cały czas robił to na najwyższym możliwym poziomie, magnetyzując odbiorców. Nie spodziewam się, żeby w tym przypadku było inaczej.

 

Wizualizacje

Byliście kiedyś na trójwymiarowym mapowaniu? Ci którzy byli w tym roku w namiocie „Circus tent” na Audioriver powinni kojarzyć temat, a reszcie już wyjaśniam o co chodzi. Mappind 3D to nie wyświetlanie po prostu jakiegoś obrazu na powierzchni płaskiej, jak ma to miejsce przy puszczaniu slajdów na wykładach, czy prowadzeniu prezentacji. To rzucanie na nierówną powierzchnię projekcji, które zostały stworzone tylko i wyłącznie pod nią. Innymi słowy, to użycie konkretnej przestrzeni do pomalowania jej ruchomym światłem.  A teraz weźcie pod uwagę, że mowa w tym kontekście o mapowaniu na zamku sprzed 1000 lat. Nieźle, co?

 

Smok Wawelski

Nie mam takiego świra na punkcie smoków jak Chińczycy, ale odkąd usłyszałem w dzieciństwie legendę o gadzie, który terroryzował Małopolskę lubiłem go sobie wyobrażać. Tym razem nie będę musiał, bo legenda ożyje jako świetlna animacja w swoim naturalnym środowisku – na zamku wśród ludzi.

 

Synestezja

Synestezja, to w największym uproszczeniu pomieszanie zmysłów. Na przykład odbieranie węchem kolorów, lub zmian temperatury za pomocą wzroku. Występuje, gdy do mózgu dochodzi tyle bodźców z otoczenia, że zaczyna je ze sobą łączyć. Biorąc pod uwagę, że podczas „Wawel. Alchemia światła” będzie i muzyka na żywo, i animacje, i efekty świetlne, i taniec, i śpiew, i operowanie słowem mówionym, a wszystko to w sprzyjającym wyostrzaniu zmysłów klimacie nocy, bardzo prawdopodobne, że komuś z Was może się to zdarzyć.

 

Nowoczesna lekcja historii

Alchemia Światła Kraków (4)

Historia była moją piętą achillesową na każdym etapie edukacji i jedynym przedmiotem, z którego miałem kiedykolwiek dwóję na semestr. Głównie przez nauczycieli bez powołania, którzy przekazywali mi wiedzę za karę i ultra niestrawnie napisane podręczniki do tego przedmiotu. Tu będzie zupełnie inaczej. Tu sceny z historii naszego państwa, które są osią fabularną przedstawienia, będą ukazane jako ekscytujące przygody, do których chce się wracać. Czyli odwrotnie niż w szkole.

 

To lepsze niż „w weekend byłem znowu na melanżu”

Ja wiem, że imprezy są spoko i że po ciężkim tygodniu miło odreagować stresy na bibie, ale miło też wyrwać się z rutyny i zrobić coś innego. Próbowanie nowych rzeczy poszerza horyzonty, inspiruje do rozwoju i pozwala poznać nowych ludzi, których nie spotkałoby się w miejscach, do których chodzi się zazwyczaj. I z pewnością podczas pierwszej randki dużo lepiej brzmi „w weekendu byłem na multimedialnym spektaklu na Wawelu z najlepszymi polskimi aktorami teatralnymi i wizualizacjami, od których schodzi zaćma z oczu”, niż „aaa, znowu byłem na melanżu”.

Gdyby powodów do pójścia na „Wawel. Alchemia światła” nie było Wam dość, to tutaj znajdziecie więcej informacji o wydarzeniu www.alchemiaswiatla.pl, a tu kupicie bilety www.ticketpro.pl (lub w Empiku, Media Markcie albo Saturnie). To co, widzimy się?