Close
Close

Pierwszy raz w telewizji – jak to wygląda od kuchni?

Skip to entry content

W poniedziałek po raz pierwszy w życiu byłem w telewizji, konkretnie w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2. Zaproszono mnie jako człowieka-z-internetu, abym skomentował „rozstanie w samolocie” – sytuację, która w zeszłym tygodniu była dość głośna w USA. Podczas jednego z lotów pewien koleś postanowił zerwać ze swoją dziewczyną tuż przed startem, najwyraźniej uznając, że sam lot nie jest wystarczającą dawką emocji, co wywołało kłótnię między parą. Kłótnię, którą sfotografowała i na bieżąco relacjonowała na Twitterze współpasażerka siedząca obok. I która, wraz ze zdjęciem eks-kochanków, wirusowo rozprzestrzeniła się w sieci. Nieładnie, co? I właśnie po to miałem pojawić się w studiu, żeby powiedzieć jak ta sytuacja wygląda z perspektywy osoby aktywnie tworzącej internet.

Fragment, w którym się pojawiam możecie zobaczyć TUTAJ, natomiast podejrzewam, że większość z Was zastanawia się jak taka wizyta w telewizji wygląda od kuchni. Ja, będąc dzieciakiem często fantazjowałem jak może wyglądać studio nagrań i w jakich warunkach powstaje ta magia, która sprawia, że codziennie w szklany ekran wpatrują się setki tysięcy, a nawet miliony osób. Zresztą, będąc dorosłym i widząc znajomych na kanapach w śniadaniówkach też mnie cholernie ciekawiło, jak to jest.

Teraz już wiem.

 

Przy realizacji jednego odcinka pracuje ogromny sztab ludzi

Jan Favre - Stay Fly - Pytanie na śniadanie (1)

I to jeszcze większy niż się wydaje.

Zacznijmy od tego, że zupełnie inna osoba się z Tobą kontaktuje w sprawie udziału, inna Cię odbiera, gdy się zjawisz w budynku, inna prowadzi Cię na plan, a inna z Tobą rozmawia podczas nagrania. Oprócz tego inna osoba Cię maluje – makijaż jest obowiązkowy niezależnie od płci, tak że fani równouprawnienia powinni być szczęśliwi – inna „opiekuje” się Tobą i innymi gośćmi w trakcie oczekiwania na nagranie, inna podaje napoje, dwie inne podłączają Cię do mikroportu, trzy inne Cię kamerują i nie mam pojęcia ile innych ogląda to wszystko na bieżąco w reżyserce. Od groma ludzi!

Mocno to kontrastuje z produkcjami youtube’owymi, gdzie za wszystkie te elementy odpowiedzialna jest najczęściej tylko jedna osoba.

 

Nie dostaje się za to pieniędzy

Dla mnie to było oczywiste mniej więcej od zawsze, ale spotkałem wiele osób, które były bardzo zaskoczone, że „jak to, telewizornia nie płaci piniendzy?”. Otóż nie, za kilkuminutowy udział w porannym programie nie dostaje się hajsu.

 

Ekipa realizująca program jest bardzo miła

Jan Favre - Stay Fly - Pytanie na śniadanie (4)

Wszyscy, których wymieniłem wyżej są naprawdę serdeczni i sympatyczni. I to od pani makijażystki po Annę Popek. Nikt nie kozaczy, nie gwiazdorzy i nie daje Ci odczuć, że jesteś tu tylko przypadkowym, chwilowym gościem, który zaraz zniknie, więc można mieć go w dupie. I to mimo tego, że każdego dnia pojawia się tam przynajmniej 6 osób takich jak Ty, więc przemiał jest naprawdę spory.

 

Wszystko wygląda inaczej niż na ekranie

To co na ekranie telewizora wydaje się profesjonalne i dopracowane co do najdrobniejszego szczegółu, od środka wygląda jak prowizorka. Nie sugeruję, że organizacja planu zdjęciowego jest amatorska, ale patrząc na to od kuchni byłem zdziwiony, że efekt końcowy  jest tak dobry. Zarówno instalacje, scenografia, jak i sami prowadzący i sposób rozmowy, wydają się zupełnie zwyczajni i bez takiego blichtru jaki widać pod drugiej stronie kamery. Ot, jakaś kanapa ustawiona nie wiedzieć czemu na środku dużego holu i jakiś siedzący na niej człowiek.

 

Jest stres jak na maturze

Jan Favre - Stay Fly - Pytanie na śniadanie (5)

Niby mam jakieś tam doświadczenie w gadaniu do urządzenia nagrywającego dźwięk i obraz, bo niby niewielką, ale jedna miałem przygodę z YouTube. Z odpowiadaniem na pytania też jakoś sobie radzę, bo udzieliłem jakichś kilkunastu wywiadów. Mimo to, jadąc pod gmach TVP byłem pospinany jak przed pierwszą spowiedzią. Napięcie potęgował fakt, że w studiu musiałem być o 7:50, co wiązało się z pobudką o 6:30, a ja jestem jedną z tych osób, którym mózg się włącza dopiero w okolicach 9:00, więc wiedziałem, że nie będę za specjalnie elokwentny ani błyskotliwy.

Próbowałem jakoś racjonalizować sytuację, że po pierwsze, mniej więcej wiem o czym będę mówił, po drugie, przecież już występowałem przed wieloma ludźmi na konferencjach i nigdy nie zapomniałem o oddychaniu, a po trzecie, i tak nikt znajomy nie będzie tego oglądał, bo celowo nie informowałem ludźmi w obawie, że jednak zemdleję na wizji, więc w najgorszym wypadku po prostu nie pochwalę się linkiem na Facebooku. Nie pomogło. Udało mi się zachować przytomność przez całość nagrania, ale i tak stresowałem się jak przed ustnym angielskim. Bo co by nie było, to jednak TELEWIZJA.

 

Trudno powiedzieć coś sensownego

Mojej wypowiedzi daleko do przemowy Steve’a Jobsa na Stanford w 2005 roku, nie tylko ze względu na stres.

Przede wszystkim, prowadzący widzą Ciebie i pytania pierwszy raz w życiu i kompletnie nic o Tobie nie wiedzą, i o temacie na który macie rozmawiać mniej więcej tyle samo, więc trudno zrobić im coś innego, niż rzucić jakieś ogólnikowe zapytanie-wytrych, na które odpowiada się jednym zdaniem. Dalej, jest baaardzo mało czasu. Na YouTube 8 minut wydaje się wiecznością w trakcie, której można omówić wszystkie wątki miłosne z „Mody na sukces”, ale w telewizji to dosłownie mrugnięcie okiem. Biorąc oczywiście pod uwagę, że w tych 8 minutach ma być przedstawienie tematu i mają go skomentować 4 niezależne osoby. I w końcu, trudno powiedzieć coś sensownego, bo do telewizji idzie się dla lansu, więc jeśli jesteś świeżakiem i chcesz zbudować jakąś dłuższą wypowiedź, już po kilku zdaniach Twój bardziej doświadczony rozmówca Ci przerwie, bo to on chce być na świeczniku.

 

Od występu w telewizji nie rośnie ruch na blogu

A na pewno nie od jednorazowego pokazania się w śniadaniówce. Krążą mity o tym, jakoby wyświetlenie się na ekranie telepudła było bezpośrednio powiązane z wystrzeleniem statystyk odwiedzin w kosmos. Ale to mity. Nie dość, że w dniu występu na fanpage nie przybyło mi setek tysięcy fanów, tylko 14, czyli o 3 więcej niż wynosi standardowa dzienna średnia, to ruch na blogu miałem ciut niższy niż zazwyczaj w poniedziałki, bo przez to, że byłem na nagraniu nowy wpis opublikowałem dopiero popołudniu. To tak, gdyby się ktoś zastanawiał, jak wygląda konwertowanie odbiorców z telewizji na internet.

To tyle z moich wrażeń po pierwszym razie z profesjonalnymi kamerami. Jeśli macie jakiekolwiek pytania odnośnie tego jak to jest i co tam się dzieje, to walcie śmiało.

(niżej jest kolejny tekst)

Błędy językowe, które byłyby poprawne w słowniku Pawłowicz

Skip to entry content

Znacie to uczucie kiedy zastanawiacie się, czy przypadkiem nie jesteście w filmie, a Wasze życie nie rozgrywa się na planie tragikomedii? Zaczynając swoją przygodę z pracą, gdy chodziłem do fizycznej, monotonnej, niemiłosiernie powtarzalnej tyrki, kilkukrotnie zdarzyło mi się zastanowić, czy w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności nie występuję w kolejnej części „Dnia świstaka”, tylko nikt mi o tym nie powiedział. Dużo później, będąc już dość mocno doświadczony przez życie i absurdy organizacyjno-biurokratyczno-prawne systemu, w którym żyjemy, zdarzyło mi się zastanowić, czy nie gram w „Dniu Świra”. W zeszłym tygodniu natomiast, bardzo poważnie rozważałem, czy aby na pewno nie uczestniczę w kolejnej produkcji Monty’ego Pythona.

Wszystko za sprawą posłanki Krystyny Pawłowicz. Która jednocześnie jest profesorem. Wyjątkowo nie chodzi o jej poglądy na temat in vitro, seksu, czy aborcji, ale o to jak posługuje się słowem pisanym. Otóż Krysia w jednej ze swoich wypowiedzi na Facebooku popełniła wyjątkowo brzydki błąd – napisała „wziąść” zamiast „wziąć”. Sprawa pewnie przeszłaby bez echa, bo każdemu zdarzają się błędy, nawet profesorom, ale Kryśka dołożyła napalmu do pieca, bo zamiast przyznać się do pomyłki, zaczęła iść w zaparte. Wmawiając wszystkim, że czarne jest białe, a białe jest czarne i że oczywiście nie była to językowa gafa, a jedyna poprawna forma.

Nie wierzę swoim oczom :oPani Krystyna Pawłowicz w odpowiedzi na zarzut, że „wziąść” jest niepoprawną formą. #tosięniedziejenaprawdę

Posted by Pani Korektor on 27 sierpnia 2015

Podążając za tym genialnym wyjaśnieniem, zebrałem inne równie częste błędy, które w słowniku Pawłowicz byłyby poprawne.

Włanczać – osoby będące za pan brat z nowymi technologiami, wiedzą, że każde urządzenie elektroniczne ma „włancznik” i „wyłancznik”, stąd czasownikiem opisującym uruchomienie sprzętu jest słowo „włanczać”. Tylko zacofanym emerytom oglądającym „Taniec z gwiazdami” przez radio na korbkę wydaje się, że tam jest jakieś „ą”.

Poszłem – „nieważne, czy szłem, czy szedłem, ważne, że ona doszła” – jak mawia najbardziej znany polski elektryk. I trudno kwestionować taką konkluzję.

Pierw – dodawanie do rdzennie polskiego przysłówka „pierw” przedrostka „naj”, jest szkodliwą amerykanizacją naszego języka. Nasza kultura jest na tyle wartościowa, że nie musimy za wszelką cenę zaszczepiać w niej chwalipięctwa i rozbuchanego ego mieszkańców USA. To, że oni uważają się za speców w każdej dziedzinie i choćby gotowali jajko na twardo powiedzą, że są w tym najlepsi, nie znaczy, że my też musimy wszędzie pakować „naj”.

Spaźniać – jak masz nie być na czas, to przynajmniej z klasą. „Spóźnia się” plebs, „spaźnia się” arystokracja. Odkąd Polska przyjęła chrzest w 1410, sformułowanie to było zarezerwowane tylko dla najważniejszych głów rządzących państwem. Dziś niektórzy pseudo-poloniści próbują sugerować, że to błąd, ale co oni mogą wiedzieć, skoro ich przodkowie w tamtych czasach pili wodę z jednej kałuży z końmi?

Okąpać – ci, którzy mówią, że „idą się wykąpać”, może i się myją, ale na pewno nie tak dokładnie jak Ci, którzy zażywają „okąpieli”. Człowiek okąpany jest czystszy niż łzy ministrant przyjmującego pierwszy raz kopertę po kolędzie. Warto na to zwrócić uwagę już w trakcie pierwszej randki i zastanowić się, czy chciałbyś się obudzić obok dziewczyny, która tylko się kąpie. Fujka, co?

Półtorej roku – mamy równość płci i traktowanie „roku” tylko i wyłącznie w kategoriach rzeczownika rodzaju męskiego, to za przeproszeniem, tfu, seksizm!

Brzmi jak scenariusz do nowego skeczu Monty’ego Pythona?

Cotygodniowy Przegląd Internetu #41: Gryfny wybór zajtów z internetu

Skip to entry content

Dawno nie było żadnej gościnki, co? Tym razem zastępstwo jest dość dosłowne, bo w dzisiejszym Cotygodniowym Przeglądzie Internetu zamiast mnie zajmować się Wami będzie się pani nauczyciel – Saga. Na co dzień bije dzieci smyczą w podstawówce, a w razie trudności wychowawczych zakłada im kosze na śmieci na głowę, udając, że to nowoczesne metody nauczania ortografii. Gdy akurat nie katuje nastolatków omówieniem “Krzyżaków”, prowadzi bloga Wysoka.es, gdzie dzieli się przemyśleniami związanymi z edukowaniem młodzieży. I refleksjami dotyczącymi bycia ponad 180-centymetrową laską. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak to jest patrzeć na wszystkich z góry, to wpadajcie do niej.

I jeszcze słówko wyjaśnienia, czemu ja dziś nie prowadzę CPI: poleciałem nad morze. Ale tym razem nie w celach wakacyjno-rozrywkowych, tylko do ciężkiej i poważnej pracy. Jak, po co i dlaczego dowiecie się z Fejsa, a tymczasem zostawiam Was pod opieką Sagi.

Agnieszka Saga Wachnik

Dzień dobry.

Wszyscy są? Ostatnia ławka, nie rozmawiać. A ty wyrzuć gumę do kosza. Całą. No, już zostawiamy fejsika, ostatnie zdjątka na instagrama i jedziemy z tematem. I proszę zdjąć plecak z ławki, nie jesteśmy… w miejscu, gdzie kładzie się plecaki na powierzchniach płaskich. No. To wyciągamy karteczki.

Podpisujemy u góry, imię-naziwsko-klasa-data.

.

.

.

.

.

.

Nie no, tak się z wami droczę, Jan by mi tego nie wybaczył.

Szanowni czytelnicy pana Stej Flaja, nazywam się Saga i dziś mam przyjemność poprowadzić zastępstwo za miłego nieobecnego. Pan Favre wziął chorobowe, pojechał do Bułgarii, na Słowację albo do innych Egiptów, urodziło mu się dziecko – nie wiem, nie pytajcie mnie. Coś tam zadał z ćwiczeń do zrobienia, ale umówmy się, że zastępstw nikt nie bierze poważnie, więc przejdźmy do konkretów. A jakby pytał, to powiedzcie, że zrobiliśmy do strony dwudziestej trzeciej.

Ale o tej gumie mówiłam poważnie. Weźże ją wypluj, synek.

Dziękuję.

 

Śląski savoir-vivre. Jak wiadomo, córki górników to gryfne dziołszki, co to poradzą jakie maszkety dobre uwarzić, jak i parę dobrych leveli wyrychtować. Więc jakbyście jechali kiedy w gości do swej lubej, to tutaj znajdziecie poradnik, jak się zachować. Łącznie z tą kwestią seblekania laczków.

Volkswagen przygotował reklamę po śląsku, która wzbudza więcej emocji, niż ta po polsku. Warto też rzucić okiem na komentarze na fan page’u marki, gdzie admin goda jak równy z równym.

Ludzie od „Ślonskiego suchara na dzisiej” założyli śląskie biuro tłumaczeń. Co więcej, organizują kursy języka śląskiego. Jeśli w szkole nie mieliście lekcji ślonskiej godki, a o tym czym są fuzekle dowiedzieliście się na wuefie, to możecie zadbać w ten sposób o swoje śląskie korzenie. Poza tym, warto rzucić okiem na dotychczasowe projekty biura. Ulotka dentysty skradła mi serce.

O tym, że zabawy z patyczkami nie warto odkładać w nieskończoność mówi Boska Matka.

Leftover Women – fotoreportaż Klaudii Lech o sheng nu, czyli niezamężnych Chinkach po trzydziestce z sukcesami ekonomiczno-zawodowymi na koncie. Jeśli sądzicie, że „Nie zdążyłam zostać mamą” to było szczucie i piętnowanie, to przejrzyjcie ten materiał. Same bohaterki fotografii nie mają problemów ze swoim statusem, to rodzina wywiera na nich presję i wstydzi się „samotności” córek.

Rzut beretem w wykonaniu polskiego złotego medalisty przed imprezą i trafiamy do Japonii, gdzie trafiamy na mangi dla dziewcząt. Dowiadujemy się o tym, że nie jest źle dostać plaskacza, bym namawianą do konsumpcji związku i w sumie romans z nauczycielem w podstawówce nie jest zły. Aha-aha.

Jeszcze w kontekście rodziny, tekst o patologiach tego zjawiska. Rozejrzyj się i sprawdź, czy powinieneś, powinnaś reagować. Jeśli widzisz siebie na liście – po ptokach.

Lubicie pokarmić oczy? A lubicie zdjęcia? Łukasz o srogim oku wybiera w Chaotic Bookmarks fotografie ciekawe, czasami trudne, ale zawsze hipnotyzujące i angażujące. Style naprawdę różne, warto spróbować zmierzyć się z każdym z nich.

Plotki, ploteczki. Dziewiętnastowieczna wersja psiego tabloidu, czyli „Pudel Ir”. (Tak naprawdę, to pułapka mająca promować Narodowe Czytanie „Lalki” w Kaliszu, strzeżcie się!)

Co zrobić z wysokimi osobami na koncertach? W związku z tym, że koncerty już są dosyć uciążliwe, lepiej, żeby wysokie osoby ułatwiły życie mniejszym koleżankom i kolegom stając z tyłu. Tam, gdzie ich miejsce.

Powrót sześciolatki-gate. Profesor Vetulani swoim tweetem o nieogarniętych dzieciakach wrócił z buta do tematu, czy szkoły są gotowe na ludzi plujących mleczakami, a w komentarzach grono pedagogiczne zbiera baty za swoją niekompetencję.

Dodatek tygodnia: na Śląsku każdy, kto rozpoczyna swoją przygodę ze ścieżką oświaty, otrzymuje róg obfitości, czyli tytę. Teoretycznie dostają je tylko pierwszoklasiści, ale a) trzeba dbać o swoje dziecko wewnętrzne, b) czasami tylko perspektywa tyty dostosowanej do wieku pozwala wrócić w mury uczelni.

zdjęcie pochodzi z bloga awglowieparyz.blog.pl
zdjęcie pochodzi z bloga awglowieparyz.blog.pl

Klip tygodnia: kolega Zabrocki buja się od dłuższego czasu po świecie, nagrywał m.in. z Hey i z Nosowską, nie wygląda jednak na to, żeby miał się rozlecieć, bo we wrześniu wychodzi jego solowa płyta, a teledysk do singla macie powyżej. Polanie ostatnio robią coraz więcej ciekawych klipów, a ten jest intrygująco i niepokojąco dziwny, jak sam kawałek zresztą –  trochę mroczny, trochę groteskowy, a miejscami zawstydzająco szczery. No i jest Karolina Romuk-Wodoracka, która będzie wam się śniła po nocach, jako i mnie słodko męczy. Smacznego.


 

Fan page tygodnia: jest to sztuka niełatwa, tak przekopać się przez gazety i kolorowy druk, żeby wybrać z niego słowa i obrazy czasami totalnie od siebie różne i stworzyć kolaż tak trafny i dowcipny, że człowiek leży i myśli o wyobraźni.

coś jeszcze przeżyć

Posted by Zlepki on 17 sierpnia 2015

 

Zanim zaczniecie się pakować i rzucać plecakami – na moich zajęciach możecie przeczytać o romansach polsko-zagranicznych oraz o tym, jak dzieci reagują na lekcje o układzie rozrodczym człowieka. Zadania domowego nie będzie, ale ostatnia ławka ma odkleić te gumy do żucia, które przykleiła przed chwilą do blatu.

Dziękuję za uwagę, proszę pościerać tablicę.