Close
Close

Prosta odpowiedź na pytanie: “Czy powinniśmy przyjąć uchodźców z Syrii?”

Skip to entry content

Od kilkunastu dni wszyscy żyjemy sprawą uchodźców z Syrii i problematyczną decyzją przed którą stanęliśmy jako społeczeństwo: przyjąć ich czy nie? Wydawałoby się, że odpowiedź dla osób o wyrazistych poglądach jest dość oczywista – prawicowcy mówią „won z nimi”, a lewaki otwierają ramiona. Jednak prawicowi narodowcy są najczęściej zadeklarowanymi katolikami, a przecież pismo święte mówi by miłować bliźniego swego jak siebie samego i na Wigilii zostawić wolne miejsce dla zbłąkanego wędrowca. Pojawia się więc zgrzyt. Lewaki z kolei, mimo, że starają się ignorować wszelkie kontrargumenty, dopuszczają do siebie doniesienia o istnieniu terrorystów wśród muzułmańskich przybyszów. Również zgrzyt.

To dylematy ludzi o skrajnych, wyrazistych poglądach. Jak z kolei spojrzenie na tę sprawę wygląda u osoby, która na co dzień nie opowiada się za jedną konkretną opcją polityczną? Na przykład u mnie?

Z jednej strony, każdego człowieka szkoda. No dobra, może nie każdego, bo jestem w stanie przywołać w głowie sylwetki osób, których śmierć mógłbym uznać za uzasadnioną, ale większości ludzi nie należy się życie w strachu, czy egzystencja w nieludzkich warunkach. Zwłaszcza tym zupełnie niewinnym, czyli dzieciom. Słysząc o rodzinach koczujących na dziko bez dostępu do wody i jedzenia budzi się we mnie wrażliwość i potrzeba pomocy, i siedząc z gorącą herbatą, w kapciach przed komputerem uwiera mnie w boku przekonanie, że silniejszy powinien pomóc słabszemu, a obojętność dobrego człowieka pozwala tryumfować złu.

Z drugiej strony, wyznaję zasadę, że najpierw powinno się zadbać o lokalne podwórko, a dopiero później wybierać się na koniec świata z niesieniem pomocy. Czy u nas, w Polsce, nie ma rodzin żyjących na skraju ubóstwa? Czy choćby w Krakowie, nie ma osób żyjących w permanentnej biedzie, którym potrzebna jest pomoc? W squatach, w barakach z dykty, w przepełnionych domach dziecka? Czy nie powinniśmy się zająć w pierwszej kolejności swoimi, bieżącymi problemami, zanim będziemy okazywać miłosierdzie egzotycznym nieznajomym?

Z trzeciej strony, uchodźcy wyrywają się z paszczy wojny, gdzie istnieje bezpośrednie zagrożenie utraty życia, więc trudno stopniować, że czyjaś śmierć jest mniej lub bardziej ważna. Jeśli jesteśmy w stanie im pomóc przeżyć, to powinniśmy to zrobić.

Z czwartej strony, do jakiego stopnia powinna sięgać nasza pomoc? Czy tylko ograniczyć się do wpuszczenia ich na teren Polski? Czy do zorganizowania im dachu na głową i pożywienia? Czy może jeszcze dalej – do zapewnienia pełnoprawnych mieszkań i regularnej pracy? Czy może nie do dawania im przysłowiowej wędki, a tylko ryb, dopóki sytuacja w ich kraju się nie uspokoi? Czy jako społeczeństwo stać nas na to w sensie finansowym? A jeśli nie stać, to powinniśmy wystosować oficjalny komunikat „przepraszam, ale musicie umrzeć, bo nie mamy na tyle funduszy, by wam pomóc, a nie chcemy się zadłużać”?

Z piątej strony, ile z tych osób jest uchodźcami, a ile zwykłymi imigrantami? Ile z nich, wykorzystując okazję, chce się po prostu tu przenieść po lepszą pracę? Co stanie się z miejscami pracy dla Polaków, prawowitych mieszkańców tego kraju, gdy rynek zaleje tania arabska siła robocza? Masowe zwolnienia, wzrost bezrobocia? Albo jeszcze gorzej, co jeśli ci imigranci chcą się tu osiedlić tylko po to, żeby żerować na socjalu? Z naszego budżetu?

Z szóstej strony, przecież Polacy to samo od lat robią w Wielkiej Brytanii. Czy nie powinniśmy przyjąć syryjskich imigrantów i pozwolić im się tu osiedlić, tak samo jak Anglicy pozwalają Polakom?

Z siódmej strony, to przecież muzułmanie, wyznawcy islamu, jakie są szanse, że po wpuszczeniu ich do Polski będą chcieli się asymilować z nami i naszą tradycją opartą na katolizcyźmie? W innych krajach wygląda to różnie i często mimo upływu lat azylanci nie chcą się integrować z miejscową ludnością, ani nawet uczyć jej języka, tylko żyją w swoich gettach. Ale to pół biedy. Co jeśli nie tyle nie będą chcieli się asymilować, co po prostu zaczną z nami walczyć? Wśród nich mogą być przecież terroryści, którzy tylko czekają aż dostaną się do takiej Galerii Krakowskiej, czy metra na Marszałkowskiej i zdetonują bombę w godzinach szczytu. Co wtedy?

Z ósmej strony, tak jak posiadanie penisa przez mężczyznę nie jest równoważne z gwałceniem, tak inny kolor skóry i wyznawanie innej religii nie jest automatycznie powiązane z zamachami.

Czy w takim razie powinniśmy przyjąć uchodźców z Syrii?

Jak widzicie, próbowałem znaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie, ale jej nie znalazłem i obawiam się, że takowa nie istnieje. Nie mam pojęcia jak ustosunkować się do tej sprawy i jakie podejście jest słuszne, a mam wrażenie, że od wszystkich nas się tego oczekuje. Wyczuwam presję jakoby każdy z osobna musiał się określić „jestem za – ratujmy ich” albo „jestem przeciw – wynocha do siebie”, bo tak trzeba. A przecież każdy z nas ma prawo powiedzieć „nie wiem”. Żyjemy w czasach kiedy trzeba mieć sprecyzowane zdanie na każdym temat, a przecież zajęcie stanowiska wobec wielopłaszczyznowego międzynarodowego konfliktu, to nie to samo co stwierdzenie „lubię te nowe czipsy o smaku krewetek” albo „muzyka Sarsy jest bardziej do dupy niż dziecięce czopki”.

Pamiętajmy o tym, że możemy powiedzieć „nie wiem” i czasem jest to najlepsza odpowiedź jakiej można udzielić. Przynajmniej w danym momencie.

(niżej jest kolejny tekst)

7 powodów, dla których warto iść na “Wawel. Alchemia światła”

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Tauron Dystrybucja

W przyszły weekend, czyli 18-go i 19-go września, w Krakowie dzieje się mocna rzecz. O 20:00 na dziedzińcu arkadowym na Wawelu grany będzie multimedialny spektakl na 200 000 lumenów. Przy wsparciu marki Tauron Dystrybucja odbędzie się przedstawienie „Wawel. Alchemia światła” z udziałem takich kozaków jak Jerzy Stuhr, Anna Dymna, Jerzy Trela i Grzegorz Turnau, a to wszystko w oprawie trójwymiarowego mapowania rzucanego na mury zamku. Brzmi abstrakcyjnie jak hasła reklamowe na profilu„Copywriter płakał jak pisał”? No to konkretnie i po kolei o tym, dlaczego niby miałbyś poświęcać piątkowy albo sobotni wieczór, żeby iść na to wydarzenie.

 

Wawel w nowym świetle i formie

Większość osób dawny dom królów polskich kojarzy z nudnym miejscem, w którym, podczas szkolnych wycieczek byli poddawani torturom wysłuchania wszystkich mądrości przewodnika. Wpadli tam raz z klasą i stwierdzili, że tyle kontaktu z najbardziej znanym polskim zamkiem im wystarczy. Ewentualnie patrzą przez pryzmat katastrofy smoleńskiej. „Wawel. Alchemia światła” pozwala spojrzeć na to miejsce z zupełnie innej perspektywy, ukazując je jako przestrzeń, która nie tylko jest świątynią przeszłości, ale i wielofunkcyjnym centrum ekspresji. Łącząc historyczne mury z nowoczesną sztuką audio-wizualną, zamek zupełnie zmienia swoją formę i pokazuje, że tam gdzie na co dzień dominuje patos jest też miejsce na rozrywkę.

 

Jerzy Stuhr

Alchemia Światła Kraków (1)

Pierwszy kontakt z Jerzym Stuhrem miałem jako nastolatek, gdy ciocia zabrała mnie do teatru na jego dwugodzinny monolog – „Kontrabasistę”. Przez cały spektakl siedziałem zamurowany, chłonąc jego grę aktorską i nie mogłem wyjść z podziwu, jak jeden człowiek może przez tak długi czas ciągle gadać i nawet przez moment nie być nudnym. To przedstawienie było mistrzostwem i od tego momentu starałem się śledzić każdą działalność, którą podejmował. I czy dawał wykład dla studentów, czy dubbingował amerykańską animację – tak, tak, mowa o jego kultowej roli w „Shreku” – cały czas robił to na najwyższym możliwym poziomie, magnetyzując odbiorców. Nie spodziewam się, żeby w tym przypadku było inaczej.

 

Wizualizacje

Byliście kiedyś na trójwymiarowym mapowaniu? Ci którzy byli w tym roku w namiocie „Circus tent” na Audioriver powinni kojarzyć temat, a reszcie już wyjaśniam o co chodzi. Mappind 3D to nie wyświetlanie po prostu jakiegoś obrazu na powierzchni płaskiej, jak ma to miejsce przy puszczaniu slajdów na wykładach, czy prowadzeniu prezentacji. To rzucanie na nierówną powierzchnię projekcji, które zostały stworzone tylko i wyłącznie pod nią. Innymi słowy, to użycie konkretnej przestrzeni do pomalowania jej ruchomym światłem.  A teraz weźcie pod uwagę, że mowa w tym kontekście o mapowaniu na zamku sprzed 1000 lat. Nieźle, co?

 

Smok Wawelski

Nie mam takiego świra na punkcie smoków jak Chińczycy, ale odkąd usłyszałem w dzieciństwie legendę o gadzie, który terroryzował Małopolskę lubiłem go sobie wyobrażać. Tym razem nie będę musiał, bo legenda ożyje jako świetlna animacja w swoim naturalnym środowisku – na zamku wśród ludzi.

 

Synestezja

Synestezja, to w największym uproszczeniu pomieszanie zmysłów. Na przykład odbieranie węchem kolorów, lub zmian temperatury za pomocą wzroku. Występuje, gdy do mózgu dochodzi tyle bodźców z otoczenia, że zaczyna je ze sobą łączyć. Biorąc pod uwagę, że podczas „Wawel. Alchemia światła” będzie i muzyka na żywo, i animacje, i efekty świetlne, i taniec, i śpiew, i operowanie słowem mówionym, a wszystko to w sprzyjającym wyostrzaniu zmysłów klimacie nocy, bardzo prawdopodobne, że komuś z Was może się to zdarzyć.

 

Nowoczesna lekcja historii

Alchemia Światła Kraków (4)

Historia była moją piętą achillesową na każdym etapie edukacji i jedynym przedmiotem, z którego miałem kiedykolwiek dwóję na semestr. Głównie przez nauczycieli bez powołania, którzy przekazywali mi wiedzę za karę i ultra niestrawnie napisane podręczniki do tego przedmiotu. Tu będzie zupełnie inaczej. Tu sceny z historii naszego państwa, które są osią fabularną przedstawienia, będą ukazane jako ekscytujące przygody, do których chce się wracać. Czyli odwrotnie niż w szkole.

 

To lepsze niż „w weekend byłem znowu na melanżu”

Ja wiem, że imprezy są spoko i że po ciężkim tygodniu miło odreagować stresy na bibie, ale miło też wyrwać się z rutyny i zrobić coś innego. Próbowanie nowych rzeczy poszerza horyzonty, inspiruje do rozwoju i pozwala poznać nowych ludzi, których nie spotkałoby się w miejscach, do których chodzi się zazwyczaj. I z pewnością podczas pierwszej randki dużo lepiej brzmi „w weekendu byłem na multimedialnym spektaklu na Wawelu z najlepszymi polskimi aktorami teatralnymi i wizualizacjami, od których schodzi zaćma z oczu”, niż „aaa, znowu byłem na melanżu”.

Gdyby powodów do pójścia na „Wawel. Alchemia światła” nie było Wam dość, to tutaj znajdziecie więcej informacji o wydarzeniu www.alchemiaswiatla.pl, a tu kupicie bilety www.ticketpro.pl (lub w Empiku, Media Markcie albo Saturnie). To co, widzimy się?

Kobiece zachowania, które nie pasują mężczyznom

Skip to entry content

Co jakiś czas ktoś wpada na szalony pomysł udowadniania, że obie płcie są równe i jedyne czym się różnią, to narządy do reprodukcji. Oczywiście jako ludzie wszyscy jesteśmy równi i nie można nas dzielić na gorszych i lepszych ze względu na cechy fizyczne, ale nie znaczy to, że psychicznie mężczyźni i kobiety są identyczni. Płeć damska w zachowaniu tak bardzo różni się od męskiej, jak Frank Sinatra muzycznie różni się od Franka Oceana. Albo Nelly od Nelly Furtado. Całościowo. Płcie nie są równe i w zależności od sytuacji, bądź danego aspektu życia, jedna ma więcej przywilejów od drugiej. Przynajmniej w naszej kulturze.

Nie wierzycie? To spróbujcie się nie zgodzić, że poniższe kobiecie zachowania nie pasują mężczyznom.

Całowanie się z koleżanką w usta: czy to na przywitanie, czy do zdjęcia na imprezie. W przypadku lasek, jeśli nie będzie to niezrozumiałe, śmieszne, czy głupie, to w najgorszym wypadku infantylne lub blacharskie. Ale mimo wszystko akceptowalne społecznie, bez epatowania zniesmaczeniem, a już na pewno nie wzbudzające agresji. A teraz wyobraźcie sobie, że dwóch kumpli witając się daje sobie buziaka w usta. Albo chociaż w policzek. Reakcja otoczenia byłaby zupełnie inna, co?

Poprawianie się w każdej szybie i lusterku: dziewczyny często poprawiają bluzkę, stanik, spódnicę, spodnie, marynarkę, koszulę, toczek, apaszkę, okulary, pasek, COKOLWIEK, gdy tylko natrafią na jakąś większą powierzchnię odbijającą obraz. I nie jest to komentowane. Mężczyznie przejawiającemu równe przywiązanie do nienagannego wyglądu od razu przypina się łatkę metroseksualisty albo geja.

Siadanie koleżance na kolanach: w autobusie, tramwaju, na ławce, na imprezie, bo nie ma wystarczająco miejsca, żeby usiadły obie albo dlatego, że po prostu mają taką fantazję. Nikogo za bardzo to nie wzrusza. A użyczenie kolan jednego kumpla drugiemu, żeby sobie przysiadł choć na chwilę? Oj, tu wzruszeniom mogłoby nie być końca i w ruch poszłoby wiele innych przedmiotów, niż tylko brwi.

Obejmowanie/przytulnie się z koleżanką na zdjęciu: bo jak się przytulą do fotki, to jest bardziej imprezowo/radośnie i inni wiedzą, że była taaaka zabawa i ominął ich melanż życia. Gdyby dwóch kolesi objęło się w pasie/założyłoby sobie ręce na szyje, większość osób oglądając taką fotografię jednak cieszyłoby się, że ich tam nie było.

Malowanie się przy innych: tu trudniej odnieść to do mężczyzn, bo faceci jednak z reguły się nie malują. Mimo to, gdy widzę jakąś dziewczynę, która w towarzystwie innych osób, przy stoliku w pubie, wyciąga lusterko i przejeżdża sobie błyszczykiem po wargach, albo jadąc zatłoczonym 501 jakby nigdy nic poprawia rzęsy tuszem, to zastanawiam się, czy również nikt nie miałby nic przeciwko, jakbym sobie zaczął czyścić zęby nicią dentystyczną albo uszy pałeczkami. Na przykład w kolejce do kasy w kinie, no bo czemu nie?

Trzymanie koleżanki za rękę przy przechodzeniu przez klub: żeby się nie zgubić, ewentualnie nie pozowlić tej ładniejszej z pary poderwać ultra przystojnego samca alfa na parkiecie. Przechodzenie dwóch dziewczyn połączonych uściskiem dłoni przez tłok nie budzi niczyich wątpliwości. W przypadku dwóch kolesi – jeśli nie jest to ojciec z synkiem, zaznaczam, synkiem, nie synem –  to samo budzi krzywe spojrzenia i uśpione uszczypliwe docinki pod ich adresem.

Mówienie o przyjaciółce “moja dziewczyna”: jest takie zabawne, no nie? I zupełnie nie mogę zrozumieć, czemu faceci nie mówią o swoich kumplach „mój chłopak”. Macie jakiś pomysł, dlaczego tak jest?